piątek, 21 sierpnia 2015

Charakterystyka Książąt

Hej, przeczytawszy rozdział piąty zrozumiałam, że w zestawieniu Aziz, Amir i Ali są do siebie bardzo podobni. Chciałam więc przedstawić ich charaktery aby nie wydali się wam mało wyraziści.
Amir - Często używa zdrobniej w stosunku do bliskich mu osób. Jest urodzonym przywódcą, mimo to stara się objąć tron jak najpóźniej się da. W stosunku do obcych bywa oziębły, jest zaborczy w stosunku do rzeczy, które sobie przywłaszczył. (Np."To mój kubek, tylko ja mogę z niego pić") Zazwyczaj postępuje zgodnie z obmyślonym wcześniej planem, choć chwilami bywa spontaniczny. Często nosi maskę despotycznego narcyza, lecz pod nią nadal jest dzieckiem.
Ali - W przeciwieństwie do Amira nie nosi maski narcyza, on jest narcyzem. Mówi to co myśli, często nie licząc się z uczuciami innych. Lubi rywalizację i smak zwycięstwa. Jest otwarty na nowe znajomości i w miarę możliwości pielęgnuje stare. Często posługuje się Ironią i sarkazmem twierdząc, że jest to przejaw inteligencji. Jest typem zdobywcy, im trudniej mu coś zdobyć lub osiągnąć tym bardziej się stara. Ceni sobie u ludzi bystrość i szczerość.
Aziz - Stara się izolować od obcych, ufa jedynie rodzinie. Uważa, że nie potrzebuje nikogo innego (Oprócz rodziny). Bywa wybuchowy, przy czym zachowuje resztki rozsądku. Często stara się narzucić innym swoje zdanie, opanował manipulacje do bardzo wysokiego poziomu. Jeszcze nie spotkał na tyle wytrwałej osoby by przebiła się przez mur, który wybudował dookoła siebie. W towarzystwie braci zachowuje się swobodnie, tylko wtedy może być sobą.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że mnie nie lubicie i nie chcecie komentować, ale jeżeli macie jakieś pytania piszcie...Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział 6 [Opowiadanie podstawowe]

Statystyki są przerażające, od dwóch dni nawet śladu człowieka! Zero komentarzy, nawet negatywnych, czy anonimowych. Wstydźcie się! Mam również nadzieję, że szósty rozdział przypadnie wam do gustu, jest dość długi jak na moje standardy (4789 słów) więc możecie być ze mnie dumni. Pragnę wam również przekazać, że dopóki nie pojawi się chociaż jeden komentarz, notki będą pojawiać się tylko w moich kopiach roboczych. Tak, więc nie ma nic za darmo. Chcecie czytać komentujcie, nie podoba się wam to miejcie na to wywalone, chociaż zdaję sobie sprawę, że mało ludzi przeczyta tak długi wstęp to nie ma, że nie uprzedzałam. Miłego czytania!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziały na kanapie pijąc już zimną herbatę, żadna z nich się nie odzywała dopóki w jedną z nich nie uderzyła pewna myśl.
- Nina, a co się stanie z Shogunem? Przecież już nie możemy zrezygnować.
- I tu jest kolejna rzecz o której Ci nie powiedziałam. Wzięłybyśmy psa z hodowli w Melishii, nasze zwierzęta żyją dużej i mniej chorują. - Odpowiedziała szatynka, lekko się uśmiechając.
- I pewnie zamierzałaś mi o tym powiedzieć jak dożyłby pięćdziesiątki i był całkowicie zdrowy?
- Emm, no w sumie to miałam zamiar Ci to powiedzieć jak skończyłaby się moja misja tutaj.
- Wiesz, że Cię kocham najbardziej na świecie? I, że jesteś najcudowniejszą kobietą jaką znam?
- Możesz mi wytłumaczyć wszystko od początku do końca? - Powiedziała obojętna na wyznania partnerki.
- Dobrze, więc wychowałam się w dość wysoko postawionej rodzinie. Kiedy miałam siedemnaście lat król postanowił, że przejdę inaugurację wcześniej, i żeby udowodnić, że na to zasługuję miałam odbyć misję. - Mówiła lekko ściszonym głosem, kiedy Amelia postanowiła jej przerwać.
- Czym jest ta cała inauguracja? - Zapytała zaciekawiona.
- To taka uroczystość na której ślubujesz wierność ojczyźnie i stajesz się dorosła według naszego prawa. A tak swoją drogą też będziesz musiała to przejść o ile będziesz chciała ze mną zostać. Tak, więc kontynuując miałam pilnować Luka, żeby nic mu się nie stało jako następcy tronu, a potem kiedy skończy dziewiętnaście lat wytłumaczyć mu czym jest Melishia i przetransportować do pałacu jego dziadka. - Zrobiła krótką przerwę by rudowłosa mogła zadać jakieś pytanie, kiedy nic nie usłyszała postanowiła mówić dalej. - Ale zawiodłam, kojarzysz jak ktoś zapukał do drzwi i nie powiedziałam Ci od razu kto to? - Amelia kiwnęła głową. - Jak powiedziałam Ci, że Luk jest w Melishii i muszę wracać to nie powiedziałam Ci wszystkiego. Ludzie króla Sulejmana porwali Lukasa. - Widząc przerażenie na twarzy dziewczyny szybko wytłumaczyła, że jest bezpieczny i nie mają zamiaru go torturować czy zabijać jak przypuszczała Amelia. Kiedy zielonooka się uspokoiła, Nina postanowiła opowiedzieć jej więcej o krainie w której się wychowała, o zwyczajach tam panujących o kulturze bardzo podobnej do tej z dalekiego wschodu oraz o możliwościach danych przez naturę.
- Czyli, że mogłybyśmy mieć dziecko? - Brunetka potwierdziła ruchem głowy. - Takie nasze, nasze?
- Tak, takie nasze, nasze i tylko nasze. Chcesz wiedzieć jak teraz czy masz jakieś inne ważniejsze pytania? - W pokoju panowała o wiele luźniejsza atmosfera niż jeszcze kilkanaście minut temu, obie dziewczyny co jakiś czas uśmiechały się do siebie bądź chichotały z komentarzy tej drugiej.
- Teraz, muszę wiedzieć jak u was robi się dzidziusie żeby wiedzieć jak nad takim popracować.
- Ok, więc do tego potrzeba dwojga Melishjanów i bardzo silna chęć posiadania dziecka przez obie strony. Tak w skrócie.
- A tak w normalnej wersji? Bo to mi na razie przypomina bajeczkę o pszczółkach czy motylkach.
- Myślałam, że wyjaśnię Ci to w innej chwili, bo mi się nie chce ale dobra. Chodzi o to, że każdy obywatel Melishii po inicjacji otrzymuje tak zwane „atrybuty obywatelskie”, czyli ogon, magię, możliwość decydowania o losie własnym i możliwość posiadania potomstwa, z czego magia i płodność są ze sobą ściśle powiązane. Chodzi o to, że podczas seksu nasze organizmy nie są w stanie utrzymać magii przy sobie i jeżeli moce dwóch osób chcą się połączyć, to po prostu to robią i tak powstaje dziecko. Dodatkowo jest jeszcze kilka innych rzeczy odnośnie wydawania na świat potomstwa. O na przykład kobietom łatwiej zajść w ciąże z kilku powodów, po pierwsze mamy silniejszą chęć posiadania dzieci, po drugie nasza magia jest bardziej żywiołowa.
- A tak hipotetycznie, jakbyśmy chciały mieć dzidziusia to która z nas by była w ciąży?
- Kojarzysz, że u normalnych ludzi łączą się dwie komórki i potem kobieta nosi dziecko? Tak u nas łączą się dwie magie, dwie energie życiowe tworząc jedną całość, nikt nie jest w stanie przewidzieć u kobiet, która z nich będzie nosić dziecko, ponieważ to magia decyduje. Najczęściej nosi je ta bardziej wrażliwa, chociaż różnie to bywa. Na przykład mam dwie starsze siostry, zostały poczęte w jednej chwili a że magia podzieliła się na pół to obie moje matki je nosiły.
- Czyli masz dwie mamy? - Zapytała Amelia przerywając.
- Tak, u nas to normalne. Za to dziwna jest wielodzietność, mam dwie starsze siostry i trzech starszych braci. - Nina uśmiechnęła się promiennie na wspomnie swojej dość hałaśliwej rodziny.
- Czyli będę miała dwie teściowe? Proszę powiedz, że nie są jak te z kawałów.
- Nie, spokojnie, są spoko. Najciekawiej jest w święto Kamish, kiedy zjeżdża się cała rodzina, łącznie jest nas wtedy ok. 70 osób.
- Co to za święto? I dlaczego aż tyle - Zapytała rudowłosa z ciekawością malującą się w głosie.
- Już wiem dlaczego studiujesz kulturoznawstwo. W tym święcie chodzi głównie o to żeby się bawić, to jest coś na wzór święta dziękczynienia i greckich Dionizji. Bawimy się przez siedem dni od 1 do 7 lipca, dajemy sobie prezenty, biesiadujemy i ogólnie miło spędzamy czas. A nazwa wzięła się od zwrotu Kam Shish, co w już dawno nie używanym języku oznacza „Jestem wdzięczny”.
- A skąd tak duża rodzina? - W oczach Amelii dało się zauważyć ogniki ciekawości,
- Rodzeństwo i ich partnerzy i partnerki wraz z dziećmi, wujkowie, ciotki, dziadkowie. To w sumie daje niezły wynik.
- Wiesz co? Aż nie chce mi się wierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę i ciągle mam wrażenie, że to sen. Mogłybyśmy pojechać do tej Melishii czy czegoś tam jak najpóźniej się da?
- Jasne słońce, dla Ciebie wszystko. - Nina przybliżyła się do swojej partnerki składając na jej ustach gorący pocałunek.
- Wiesz, że to był jeden z bardziej oklepanych tekstów jakie słyszałam. - Powiedziała zielonooka gdy tylko się od siebie oderwały - I nie dokończyłaś mi wszystkiego opowiadać. - Brunetka puściła wypowiedź dziewczyny mimo uszu początkowo delikatnie całując jej szyję by chwilę później zassać się na niej robiąc delikatną malinkę, co wywołało w rudowłosej ciche westchnienie. Nina na powrót przywarła ustami do gorącej szyi partnerki tym razem nie zostawiając po sobie czerwonego śladu. Sunęła delikatnie wargami po skórze by co jakiś czas ją podgryźć lub pieścić językiem. Zatrzymała się, napotykając przeszkodę w postaci czarnej koszulki na ramiączka. Odsunęła się delikatnie by móc zdjąć ją ze swojej kochanki, kiedy poczuła jak ta wstaje z kanapy. Spojrzała na nią a widok jaki zastała sprawił, że krew w jej żyłach zawrzała. Amelia zdejmowała powoli bokserkę uśmiechając się przy tym do brunetki, kiedy koszulka znalazła swoje miejsce na podłodze dziewczyna opuściła salon zmysłowym krokiem, udając się do sypialni.
Wracał do swojej komnaty z dość miłego obiadu wskazaną wcześniej drogą. Poznawszy księcia Amira i Aziza stwierdził, że pobyt w pałacu wcale nie będzie taki straszny. Całą królewską rodzinę zainteresowały Alverijskie obyczaje i święta takie jak dzień matki, dzień ojca, dzień dziecka czy innego rodzaju dni wyróżniające się swoją symboliką. Kiedy zaczął opowiadać o tradycjach w Polsce książę Amir stwierdził, że można by wprowadzić kilka takich jak śmigus dyngus czy walentynki dla urozmaicenia życia mieszkańców. Lukas zaśmiał się na wspomnienie przebiegłego uśmiechu na twarzy Aliego, gdy wytłumaczył na czym polega Prima Aprilis. Gdy dotarł już pod drzwi swojej komnaty i chwycił za klamkę poczuł na swoich oczach czyjeś dłonie.
- Zgadnij kto to? - Usłyszał bardzo cichy szept, przez co nie łatwo było mu zidentyfikować osobę stojącą za nim. Jednak gdy do jego nozdrzy dotarł zapach poziomek, którymi pachniała tylko jedna osoba, wiedział z kim ma do czynienia.
- Cześć Taavi. - Odpowiedział uśmiechając się szeroko.
- Cześć, kociaku. Skąd wiedziałeś, że to ja? - Tęczowo włosy zdjął ręce z oczu szatyna, który nacisnął mocno klamkę i wszedł do pokoju. Taavi widząc, że chłopak nie zamknął za sobą drzwi wszedł za nim.
- Po zapachu, pachniesz jak poziomki. - Odpowiedział jakby nigdy nic, po czym usiadł na jednym z foteli stojących przy kominku. Chwilę później drugi zajął Taavi.
- Przyszedłem, żeby przekazać Ci list od twojego dziadka. Jest zaplombowany magicznie tak, że tylko ty możesz go otworzyć. - Młodo wyglądający mężczyzna wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał ją Lukasowi. Chłopak otworzył list bez żadnego problemu i zaczął czytać jego treść w myślach. „Drogi Lukasie, jeżeli zapoznałeś się z treścią listu z odpowiedzią dla Sulejmana wiesz co napisałem. Musisz jednak wiedzieć, że czuję się winny z powodu twojego porwania, jak widać nie zapewniłem Ci wystarczającej ochrony. Nina, dziewczyna obok której mieszkałeś była odpowiedzialna za twoje życie w Alverii. Niestety nie podołała powierzonemu jej zadaniu. Chciałbym abyś wiedział, że w moim pałacu jesteś zawsze mile widziany i chciałbym Cię poznać jak najszybciej to możliwe. Wiedz również, że jesteś przeze mnie uznawany jako dziedzica i wnuka. Nie mów proszę nikomu o treści tego dość krótkiego listu. Jeżeli ktokolwiek będzie pytał możesz powiedzieć, że potwierdziłem moje poprzednie słowa. Treść listu jest widoczna tylko dla Ciebie więc nie musisz się obawiać, że ktoś go przeczyta. Razem z twoją matką czekamy na Ciebie, napisz jak tylko będziesz mógł. „ Kiedy skończył czytać sam nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć, jednego dnia dowiaduje się o tym, że jego dziadek się go wyparł, a kilka godzin później cofa wszystkie słowa. Na dodatek nie wiedział po co w ogóle się go wyrzekał, zamiast zgodzić się na rozejm w zamian za jego wolność, skoro rzekomo na niego czeka i nie może się doczekać spotkania.
- Mogę do niego napisać? - Spytał chowając kartkę z powrotem do koperty.
- Tak, żaden problem. Przynieść Ci kartkę i pióro? - Szatyn pokiwał przecząco głową.
- Powiesz mi coś więcej o tym wszystkim? - Mówił przyciszonym głosem przymykając delikatnie powieki.
- A co chcesz wiedzieć kociaku? - Odpowiedział patrząc się na profil chłopaka. Jego twarz wydawała się spokojna, jak gdyby spał.
- Nie wiem, może coś o tej całej inauguracji o której wszyscy tak gadają. - Taavi patrzył na poruszające się pełne wargi chłopaka. - I dlaczego mówisz do mnie „kociaku”? Mam imię.
- Mówię tak do Ciebie, bo przypominasz mi kociaka, a poza tym bardzo lubię koty. Jeżeli spotkałbyś kiedyś jakiegoś kota na korytarzu to możesz mieć pewność, że jest mój. A co do inauguracji, to po prostu powtarzasz słowa urzędnika bądź króla, on potem mówi formułkę i jak gdyby nigdy nic pojawia Ci się ogon.
- Jak to jest mieć ogon? - Spytał obserwując kątem oka lekko poruszającą się kitę.
- To w zasadzie jakbyś miał dodatkową rękę z parkinsonem, nie słucha się ciebie ale czasem jest użyteczna. A właśnie i też jest coś takiego, że im masz ładniejszą kitę tym bardziej atrakcyjny jesteś. A tak właściwie kiedy dokładnie masz urodziny?
- Piętnastego stycznia, a dlaczego pytasz? - Lukas zmienił pozycję siedząc teraz w poprzek fotela.
- Bo znając króla nie wypuści Cię wcześniej. Powiem tak, on jest dobrym człowiekiem tylko czasami nie wie kiedy odpuścić. Aktualnie za punkt honoru wziął połączenie rodów, odpuści sobie dopiero kiedy poślubisz kogoś spoza rodziny królewskiej. - Chłopak skrzywił się lekko na informację o zawziętości władcy. - Ale może zmienimy temat?
- Ok, to o czym chciałbyś porozmawiać? - Zapytał na powrót radosny młodzieniec.
- Na przykład o spacerze po ogrodzie, na który mam nadzieję się zgodzisz. - Taavi spojrzał się na Luka z błyskiem nadziei w oczach.
- Z przyjemnością, mam już dość tych samych czterech ścian. - Obaj wstali w tym samym momencie, udając się w kierunku drzwi. Zaraz po opuszczeniu komnaty, błękitnooki zaproponował ramię szatynowi na co ten zareagował cichym prychnięciem, jednocześnie korzystając z niemej propozycji. - Opowiesz mi trochę więcej o swojej rodzinie? Bo Lorie powiedziała mi tylko tyle, że jesteście dość specyficzni.
- Jasne, tak w zasadzie to jesteśmy dość specyficzni. Nie jesteśmy rodziną od samego początku, ja i Gabriel znamy się od małego. Gabi jest ode mnie starszy o trzy lata i był dla mnie jak starszy brat, teraz ta różnica się zatarła. Nasi rodzice byli bliskimi przyjaciółmi, pracowali dla króla i byli dość wysoko postawionymi urzędnikami. Kiedy mieliśmy po dziesięć i trzynaście lat zostali wysłani z misją na Alverię, już nie pamiętam, co mieli załatwić, ale to nie ma już znaczenia. Krótko mówiąc mieli wypadek, zginęli na miejscu. Z Gabim zostaliśmy sierotami, normalnie trafilibyśmy do sierocińca, ale ciocia, przyjaciółka naszych rodziców, przygarnęła nas i dała ciepły dom i serce. Potem, kiedy byliśmy już dorośli pojawiła się Lorie. Jej historia jest troszkę inna, jej matka zakochała się w Alveriiczyku, wzięli ślub, a jakiś czas później na świecie miała się pojawić Lorie. Jej ojciec dowiedział się o Melishii i o magii, kiedy jego żona była w ósmym miesiącu, zostawił ich. Tak po prostu, stwierdził, że to ponad jego siły. Wracając do tematu, Lorie została podrzucona do pałacu jak miała może trzy miesiące, w liście było wszystko wyjaśnione. Podobno jej matka nie mogła na nią patrzeć, bo zbyt przypominała ojca. - Taavi z każdym słowem stawał się coraz bardziej pochmurny. - Ciocia postanowiła się nią zająć, sama stwierdziła, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie miała własnych dzieci nie mogąc znaleźć partnerki. Tak, więc stało się nas troje. Pomagaliśmy cioci jak tylko mogliśmy, ale zamiast stać się pomocnymi wujkami, jesteśmy dość fajnymi braćmi. - Szli cały czas przez różnego rodzaju korytarze, Lukas zapatrzony w mówiącego Taaviego, który tymczasowo żył w swoim własnym świecie. Żaden z nich nie wiedział o osobie śledzącej ich od dłuższego czasu. Wreszcie dotarli do ogrodu, który szatyn mógł obserwować jedynie przez duże okno w pokoju. Osiemnastolatek prawie natychmiast zostawił Taaviego na rzecz pięknych kwiatów o każdym kolorze i odcieniu. Każdy kwiat miał inny kształt wyróżniając się na tle całej reszty, chłopak przypatrywał się im z widocznym zachwytem.
- Są śliczne. - Powiedział w przestrzeń pochylając się nad krzakiem z różowymi kwiatami o intensywnym cukierkowym zapachu.
- W ramach ciekawostki, kwitną co miesiąc. I są sadzone tak aby zawsze w ogrodzie było kolorowo. - Powiedział stojący kilka kroków dalej Taavi, który dokładnie lustrował wzrokiem uśmiechniętą twarz młodego mężczyzny.
- Chciałbym mieć taki widok w domu. - W głosie osiemnastolatka słychać było nutę smutku na wspomnienie o poprzednim miejscu zamieszkania.
- Może usiądziemy? - Szatyn przytaknął, po czym ruszyli wspólnie w kierunku najbliżej stojącej ławki. - Chciałbyś wiedzieć coś jeszcze, kociaku? - Powiedział Taavi, gdy obaj już siedzieli.
- Nie powiedziałeś jak Michał stał się waszą rodziną.
- Przepraszam, ale nie mogę Ci o tym powiedzieć. To jego prywatna sprawa. Może masz jakieś inne pytania, na które mam nadzieję będę w stanie odpowiedzieć.
- Właściwie, to chciałbym się jeszcze dużo dowiedzieć, ale nie wiem o co mam pytać.
- Rozumiem, a mógłbym ja się o coś zapytać? - Chłopak przytaknął, skupiając całą swoją uwagę na tęczowowłosym. - Jak dotychczas wyglądało twoje życie? Nie licząc oczywiście tego, że musiałeś spać na matmie, biorąc pod uwagę twoje zaległości. - Na twarzy Taaviego pojawił się delikatny uśmiech.
- Ej, na matematyce wcale nie spałem, po prostu nie umiałem się skupić na temacie. - Lukas zaśmiał się serdecznie, lekko przymrużając oczy, a na jego policzkach pojawiły się dołeczki. -Odpowiadając na twoje pytanie, to moje życie było trochę zakręcone, ale jakoś sobie radziłem. Jak byłem mały mieszkałem w Japonii z mamą, chodziłem do najlepszego przedszkola w Osace, potem do najlepszej podstawówki. Później ojciec się o mnie upomniał i przez dwa lata mieszkałem z nim w Anglii. Po dość dużej awanturze zamieszkałem w Polsce z dziadkiem. I szczerze tam mi się najbardziej podobało, tam miałem chociaż Ninę, Amelkę i dziadka.
- Pewnie kiepsko się czułeś, jak żegnałeś tak często przyjaciół?
- Niekoniecznie, nie miałem przyjaciół. - Widząc zdziwioną minę rozmówcy kontynuował. - Miałem znajomych, ale nie przyjaciół. Jak mieszkałem z mamą, to w szkole był wyścig szczurów, nikt nie miał czasu na głębsze przyjaźnie, a przynajmniej nie ze mną. W Anglii nie czułem się dobrze i prawie każdą chwilę spędzałem na czytaniu książek i nikt nie chciał zadawać się z nudziarzem. Za to w Polsce w trzeciej gimnazjum wszyscy już mieli znajomych a ja byłem tam nowy, więc też się ze mną nie zadawali. A poza tym poznałem Ninę i w miarę dobrze się dogadywaliśmy. Później w dwa lata zmieniałem trzy razy szkołę i za każdym razem byłem outsiderem. W między czasie poznałem Amelię, która szybko wprowadziła się do Niny i w końcu było dobrze. - Na twarzy Lukasa pojawił się smutny uśmiech (Wiem, że to oksymoron dop.od.aut).
- Ale wiesz, że jeszcze je spotkasz? - Taavi starał się pocieszyć szatyna. - Z tego co wiem to ta Nina jest Melishianką, więc nie będzie problemu. - W oczach chłopaka znowu pojawiły się iskierki radości na myśl o przyjaciółce.
- Nie przeszkadzam? - Dobiegł ich znajomy głos. Jakieś trzy metry od nich znajdował się mężczyzna o karmelowym odcieniu skóry.
- Nie, oczywiście, że nie. - Odpowiedział najmłodszy z towarzystwa.
- Cieszę się Lukasie, że moje towarzystwo Ci nie przeszkadza. - Podszedł do mężczyzn siedzących na ławce, po czym delikatnie musnął ustami policzek młodzieńca o brązowych oczach. - Witaj Taavi. - Skinął głową drugiemu, na co w odpowiedzi otrzymał identyczny gest. - Wszędzie Cię szukałem. - Zwrócił się do zdumionego chłopaka. - Miałem nadzieję, że zechcesz towarzyszyć mi i moim braciom w gorących źródłach. - Ali uśmiechnął się szelmowsko, czekając na odpowiedź.
- Przykro mi, ale Lukas właśnie spędza czas ze mną. - Odezwał się Taavi, miotając gromy spojrzeniem.
- Co nie zmienia faktu, że może miałby ochotę zmienić towarzystwo. - Odpowiedział z równie groźnym wzrokiem książę.
- Gdyby nie odpowiadało mu moje towarzystwo, to twoje tym bardziej nie byłoby go godne.
- Z tego co się orientuje, godzinę temu na obiedzie bawił się wybornie w MOIM towarzystwie. - Podkreślił przedostatnie słowo walcząc na spojrzenia z błękitnookim.
- A może dalibyście mi zdecydować z kim chcę spędzać czas?! - Krzyknął Lukas, przerywając im tą bezsensowną i na szczęście krótką wymianę zdań. Był ciekaw czy doszłoby do rękoczynów gdyby nie zareagował, ale wolał nie sprawdzać. Dwie pary oczu skierowały się na niego tracąc całą wrogość, którą jeszcze chwilę temu pałały. - Jeżeli macie się zachowywać jak dzieci walczące o zabawkę to nie mam zamiaru przebywać z żadnym z was. - Powiedział dobitnie, krzyżując ręce na torsie.
- Przepraszam. - Padło od dwóch mężczyzn naraz, oczywiście nie były to wzajemne przeprosiny.
- I myślicie, że przepraszając mnie to załatwicie? - Zapytał retorycznym tonem, jednak uzyskał odpowiedzi. Dwa głosy zlewały się w jeden wyrażając skruchę i niechęć do tego drugiego. - Dosyć! - Znowu krzyknął by uspokoić prawie walczących ze sobą o jego atencję mężczyzn. - Nie mam zamiaru marnować popołudnia na wasze sprzeczki. Macie się szczerze przeprosić, albo nie pokazywać mi się na oczy.
- Ale, kociaku. Dlaczego mam go przepraszać skoro to on nam przerwał rozmowę?
- Z tego co pamiętam, Lukas powiedział, że nie przeszkadzam. - Odpowiedział na słowny atak Ali.
- A co miał powiedzieć? Jest tu od niedawna i nie chciał być niemiły.
- Po naszej porannej rozmowie nie odniosłem wrażenia by był skrępowany moją osobą, nie pomyślałeś, że to przez Ciebie może czuć się nieswojo?
- Obaj macie się zamknąć! Mam dość przekrzykiwania was, widzę Lorie niedaleko fontanny. Pozwólcie, że to do niej pójdę. Nie mam siły na wasze spory, jeżeli dotrzecie do jakiegokolwiek porozumienia z przyjemnością spędzę z wami obojgiem czas, na razie jednak jest to ponad moje siły. - Szatyn wstał z ławki z nonszalanckim spojrzeniem, po czym skierował się w kierunku dziewczyny. Żaden z mężczyzn nie był na tyle odważny by chociaż próbować go zatrzymywać.
- No to mamy przesrane. - Skwitował książę z niewyraźną miną.
- Mógłbyś się wyrażać jak na członka rodziny królewskiej przystało.
- Nie widzę potrzeby, ponieważ to określenie idealnie oddaje naszą sytuację.
***
Blondynka spacerowała wolno po dość dużych rozmiarów ogrodzie, gdy dostrzegła zbliżającą się do niej postać.
- Cześć Luk, stało się coś? - Zapytała widząc minę chłopaka. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Te dwa osły kłócą się o mnie jakbym był co najmniej ze złota. - Odparł wskazując wzrokiem kłócących się ze sobą dwóch mężczyzn. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie, spokojnie. Nawet byłam u Ciebie w komnacie, żeby Cię wyciągnąć, ale jak widać ktoś mnie wyprzedził. - Lorie uśmiechnęła się serdecznie, wywołując tym samym równie szeroki uśmiech na twarzy Lukasa. - A tak poza naszym małym Zoo, jak Ci się to podoba?
- Małym Zoo? - Spytał chłopak, patrząc się na dziewczynę co najmniej jakby była z innej planety. (Co z tego, że jest z magicznej krainy i ma ogon dop.od.aut)
- No, powiedziałeś o nich „osły”, więc już można powiedzieć, że mamy mini Zoo.
- Trafne spostrzeżenie. Generalnie to nie mam za dużo doświadczeń poza rozmowami i snem, ale nie jest źle.
- Nie martw się, już nie powinieneś tak dużo spać. W twoim organizmie nie ma już praktycznie żadnych toksyn. A tak właściwie, to co sądzisz o swoich adoratorach? - Zmieniła temat i od razu zauważyła za twarzy chłopaka delikatne zażenowanie.
- Nie mam żadnych adoratorów. - Powiedział i ruszył powoli wąską ścieżką ledwie mogącą zmieścić dwie osoby, idące obok siebie. Dziewczyna natychmiast zrównała z nim krok, uśmiechając się sugestywnie. - No co? - Spytał pesząc się jeszcze bardziej.
- Przyznaj, który Ci się podoba? - Zapytała radosnym głosem.
- Nie wiem o czym mówisz. Swoją drogą przypominasz mi moją przyjaciółkę, też wszędzie widziała mi przyszłych partnerów. - Spróbował lekko zmienić temat, mając nadzieję, że Lorie zapyta się o jego sąsiadkę.
- Wiem, że nie wyglądam, ale jestem po pięćdziesiątce i swój rozum mam, gadaj który.
- Naprawdę, nie wiem o co Ci chodzi. - Na twarzy Lukasa dało się zauważyć lekki rumieniec, którego nie udało mu się powstrzymać jak przy rozmowie z Alim dzisiejszego poranka.
- Nie mów, że obaj Ci się podobają. - Zażartowała blondynka, lecz widząc pogłębiającą się czerwień na twarzy chłopaka zrozumiała niemą odpowiedź. - I co masz zamiar zrobić z tym fantem? - Powiedziała dosyć poważnie, jak na siebie, oczywiście.
- Em, poczekam i zobaczę. Po prostu obaj mi się fizycznie podobają i tyle. A jeżeli chodzi o charaktery, to obaj coś w sobie mają.
- Lukas, ale ty wiesz, że najprawdopodobniej Ci nie przejdzie. - Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. - Jeżeli z jednym nie ograniczysz teraz kontaktów do minimum, to utoniesz w tym bagnie. Jeżeli nawet delikatnie zaiskrzyło, to jest tylko kwestia czasu, aż to przerodzi się w miłość.
- Więc nie znając żadnego z nich mam zdecydować, w którym chce się zakochać albo namówić ich na trójkąt, bo obaj mi się podobają? - Spytał z naturalnym dla siebie w takich sytuacjach tonem.
- W sumie to można by to tak podsumować, chociaż z tym trójkątem lekko przegiąłeś. A mówiąc teraz, miałam na myśli jak najszybciej. Wiesz to w końcu ważna decyzja, a poza tym to Ci zazdroszczę.
- Czego? Dwóch debili kłócących się, który spędzi ze mną czas? - Lukas zaśmiał się dźwięcznie, przy rozmowie z Lorie każdy powód do uśmiechu wydawał się niezwykle ważny.
- Nie do końca, chociaż w sumie czemu by nie? Każde życzenie czy prośba jest dla nich jak rozkaz, nieba Ci przychylą byle byś takiego wybrał. - Podsumowała z lekko zamyśloną miną, co przyprawiło chłopaka o kolejną salwę śmiechu. - Ale ja nie o tym, po prostu wielu z nas czeka bardzo długo by spotkać swą drugą połówkę. Jest szansa, że ukochany czy ukochana osoby mieszkającej na północy znajduje się na południu, przez co mogą się w ogóle nie spotkać. - Dziewczyna zakończyła swoją wypowiedź głębokim westchnięciem, jakby wiedziała, że właśnie gdzieś na północy znajduje się osoba jej przeznaczona. - Bardzo rzadko zdarza się żeby ktoś spotkał aż dwie osoby, z którymi byłby w stanie się związać. -Lukas po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku dni miał sceptyczną minę. - Tego też Ci nikt nie wytłumaczył? To jest coś takiego jak instynkt. Podświadomie wiesz, z kim byś był szczęśliwy i z kim jesteś w stanie stworzyć rodzinę. Znaczy, inaczej, z kandydatem idealnym czujesz chemię od pierwszego spotkania, ale jeżeli na przykład ktoś postanowił wyjść za osobę z rozsądku, bądź rozkazu to jest w stanie stworzyć normalnie funkcjonującą i szczęśliwą rodzinę, ale potem, jeżeli pojawi się „ten ktoś” to często takie związki się rozpadają.
- Wiesz, że naprawdę dużo gadasz - Odpowiedział posiadając nowe informacje, które jeszcze bardziej skomplikowały jego życie.
- Wiem, ale nic na to nie poradzę. - Lorie uśmiechnęła się, pokazując prawie wszystkie zęby. Spacerowali jeszcze godzinę, rozmawiając głównie o roślinach w ogrodzie czy o panującym w całej krainie klimacie.
***
Dwóch mężczyzn siedziało przy stole w milczeniu, obaj przypatrywali się sobie w co najmniej wrogi sposób.
- To nie ma sensu. - Odezwał się jeden z nich. - Siedzimy tu już nie wiadomo ile i nie doszliśmy do żadnego porozumienia. - Położył obie ręce na stole w geście bezradności.
- Pamiętasz, co powiedział? Dopóki się nie pogodzimy mamy mu się nie pokazywać. - Odpowiedział drugi zrezygnowanym tonem.
- Nie rozumiem, po co powiedziałeś o tym wszystkim swojemu bratu. Gdyby nie to, to byśmy tutaj nie siedzieli. - Prawie krzyczał błękitnooki mężczyzna.
- Nie jest tak źle, mógł nas zamknąć w jakimś pokoju dla służby z jednoosobowym łóżkiem.
- Tak, masz rację. - Odparł sarkastycznie. - Powinienem się cieszyć, że mamy dwa łóżka i aż jedną łazienkę, dziękuję Ci Ali. - Mówił podirytowanym głosem.
- Daruj sobie i tak doskonale obaj wiemy, że jak się nie dogadamy, to stąd nie wyjdziemy.
- Powiedziałem Ci już, że nie będę z tobą rozmawiać dopóki mi nie obiecasz, że zostawisz Lukasa w spokoju. - Wysyczał przez zęby wściekły Taavi.
- Nie mam zamiaru sobie odpuszczać i pogódź się z tym. Mam takie samo prawo do rozmowy z nim jak ty. - Odpowiedział i wstał z krzesła, omal go nie przewracając i zaczął nerwowo krążyć po pokoju, rozmyślając nad obecną sytuacją.
- Usiądź, bo dziurę wydepczesz. - Ali przystanął, po czym zwrócił się w kierunku błękitnookiego mężczyzny.
- Pozwól, że zaproponuję Ci układ. - Taavi podniósł brew w geście zaciekawienia. - Kiedy jeden z nas widzi drugiego z Lukasem nie przeszkadza. Szanse mają być wyrównane, więc nie podkładamy sobie świń. Co ty na to?
- Czy ty traktujesz to jak jakieś zawody?! - Tęczowo włosy podniósł głos, patrząc z furią na bruneta stojącego kilka metrów dalej.
- Nie jak zawody, bardziej jak rywalizację o serce Luka, dopóki nie wyzna żadnemu z nas miłości „walka” trwa. Tylko jeszcze jedna zasada, przegrany odpuszcza.
- Niech Ci będzie, widzę, że inaczej nie dojdziemy do kompromisu. - Odpowiedział zrezygnowanym głosem i podniósł się wyciągając rękę w kierunku Aliegio, który mocno ją uścisnął. - Zawołaj Amira, skoro już się dogadaliśmy, to chyba możemy wyjść. - Brunet podszedł do drzwi i mocno zapukał, chwilę później dało się usłyszeć głośne kroki.
- Tak braciszku? - Odezwał się jegomość za drzwiami.
- Wypuść nas, dogadaliśmy się. - Zażądał Ali wściekły na brata.
- Powinny ustąpić same, nałożyłem na nie warunki jakie postawił wam Lukas. - Brunet słysząc brata nacisnął mocno klamkę, lecz drzwi okazały się dalej zamknięte. - Wygląda na to, że jednak nie udało się wam sprostać wyzwaniu, przypomnijcie sobie słowa waszej wyroczni. Do zobaczenia braciszku. - Obaj usłyszeli głośny śmiech Amira i kolejne kroki które z czasem ucichły.
- Luk kazał nam się szczerze przeprosić. - Powiedział cicho Taavi siedząc leniwe na krześle. - Tak, więc przepraszam, że na Ciebie naskoczyłem.
- Dobra ja też przepraszam, za całokształt. - Brunet spróbował jeszcze raz otworzyć wrota, lecz dalej na próżno. - Chyba coś nie działa. - Powiedział patrząc podejrzanie w kierunku wciąż zamkniętego wyjścia z tymczasowej celi.
- Chyba chodzi tu o słowo „szczerze”. Czyli wychodzi na to, że któryś z nas nie żałuje swoich jakże haniebnych czynów. - W słowach błękitnookiego dało się wyczuć coś na kształt rozbawienia z sytuacji w jakiej obecnie się znajdują.
- Jeżeli zarzucasz mi kłamstwo to wiedz, że bezpodstawnie. - Odparł Ali lekko podłapując rozbawienie towarzysza. - Ale to nie zmienia tego, że jesteśmy tu zamknięci.
- W takim razie ja też Ci proponuję układ, tak jak ty mi wcześniej. - Brunet podniósł brew w parodii gestu jaki poprzednim razem wykonał Taavi. - Mamy dostęp do barku, więc z niego skorzystamy i najwyżej później się pomyśli, co ty na to?
- Jak na kogoś tak sztywnego dobrze prawisz. - Mężczyzna podszedł do oszklonej gablotki, wyjmując z niej dwa kryształowe kielichy oraz butelkę z wizerunkiem roznegliżowanej damy. Dosiadł się do stołu, po czym rozlał jak się okazało złocisty napój do kielichów.
- Może wypijemy zdrowie Luka? - Spytał unosząc kielich do góry.
- Zatem zdrowie Lukasa. - Odparł książę, stuknęli się wzajemnie kieliszkami i wypili ich zawartość. Alkohol nie wydawał być się mocny w smaku, jednak po odstawieniu kryształów poczuli dość przyjemne gorąco w gardłach. - Dobre.
- Dzisiaj wyjątkowo muszę się z tobą zgodzić. - Śniady mężczyzna chwycił butelkę, na nowo zapełniając naczynia. - A tak właściwie to pamiętasz dlaczego się lekko mówiąc nie lubimy? -Spytał biorąc kielich do ręki.
- Hmm, to chyba było coś związanego ze świętem Kamish jak mieliśmy po 10 czy 11 lat.
- A tak, pamiętam jak się o coś pokłóciliśmy, nie pamiętam o co. - Z zamyślenia wyrwał go dźwięk stukania się kieliszków, wypił kolejną porcję, znów czując przyjemne ciepło w gardle.
- Ja też nie, pewnie to była jakaś głupota, skoro już obaj nie pamiętamy. - Ali ponownie rozlał alkohol do kielichów. - Trochę szkoda, bo z tego co pamiętam fajnie nam się razem grało, pamiętasz? Ty i Gabriel kontra ja i Amir, ciekawie wtedy było. - Brunet zaśmiał się i tym razem to jemu przerwał gest zachęcający do picia.
- Może oni będą pamiętać o co poszło, chociaż trochę szkoda, bo faktycznie dobrze się dogadywaliśmy.
Szatyn stał przed najstarszym z książąt z miną wyrażającą głębokie zdziwienie.
- Zamknąłeś ich, żeby się dogadali? - Powtórzył przed chwilą usłyszane informacje, mając nadzieję, że źle zrozumiał bądź jest to zwykły żart. - Przecież oni się pozabijają!
- Spokojnie. - Powiedział Amir z miną zadowolonego z siebie dziecka. - Jest też szansa, że się pogodzą i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. - Lukas zareagował miną wyrażającą wszystkie jego wątpliwości.
- Jeżeli masz rację i będzie szczęśliwe zakończenie, będę Ci wdzięczny, że uwolniłeś mnie od koszmaru jakim jest słuchanie ich kłótni, ale jak się pozabijają, to ty zostaniesz pochowany razem z nimi. Rozumiemy się? - Powiedział pół żartobliwym tonem, w głębi serca będąc wdzięcznym Amirowi za umieszczenie Aliego i Taaviego w zamkniętym pokoju.
- Wiem, że będę się powtarzał, ale możesz być spokojny, nie mają tam broni a żadne zaklęcie nie ma prawa nic im zrobić przez zabezpieczenia jakich używa mój ojciec.
- Chcę wiedzieć na czym polegają te zabezpieczenia? - Spytał Lukas na powrót czując się jak nic nie wiedzący człowiek, który całe życie spędził w piwnicy.
- Ta wiedza nie jest Ci potrzebna do życia, jednak jest dość przydatna. - Chłopak westchnął głęboko, czekając na kolejną porcję informacji. - Z grubsza chodzi o to, że za pomocą zaklęć nikt nie jest w stanie się zranić, jeżeli nie ma bezpośredniego zagrożenia życia bądź zdrowia. Czyli, jeżeli ktoś biegnie na mnie z toporem krzycząc, że chce mnie zabić mogę użyć jakiegoś zaklęcia, które mu to uniemożliwi. Nie mogę za to zranić kogokolwiek bez powodu, albo przez coś błahego.
-Czyli, wyjdą jak się dogadają, nie ważne ile by im to zajęło, tak?
-Dokładnie. Pozwól, że już pójdę, ale muszę znaleźć Azizowi drugą połówkę. - Luk podniósł obie brwi ze zdziwienia. - Zakład. - Padło jedno krótkie słowo. Amir ukłonił się lekko, po czym nie zważając na nic ruszył szybkim krokiem wzdłuż korytarza.
- Ok? - Powiedział do siebie szatyn i również udał się w dalszą drogę. - Chyba już nic mnie tu nie zdziwi. - Znowu szepnął do siebie idąc sprężystym krokiem mając nadzieję, iż idzie właściwą drogą.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długie to było, oj długie. Dla tych co nie czytali wstępu brak komentarzy=brak rozdziałów; chociaż jeden komentarz=rozdziały będą publikowane. I jeszcze jedna sprawa, szukam Bety, jeżeli ktoś byłby chętny to mój mail: riche.boo@gmail.com można też wysyłać jakieś rysunki czy coś tam. No to ten, bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!!!
Ps. Beta znaleziona ;)

Pozdrawiam Demetra :*
(Nowa Beta, dla nieogarniętych)