Hej, przeczytawszy rozdział piąty zrozumiałam, że w zestawieniu Aziz, Amir i Ali są do siebie bardzo podobni. Chciałam więc przedstawić ich charaktery aby nie wydali się wam mało wyraziści.
Amir - Często używa zdrobniej w stosunku do bliskich mu osób. Jest urodzonym przywódcą, mimo to stara się objąć tron jak najpóźniej się da. W stosunku do obcych bywa oziębły, jest zaborczy w stosunku do rzeczy, które sobie przywłaszczył. (Np."To mój kubek, tylko ja mogę z niego pić") Zazwyczaj postępuje zgodnie z obmyślonym wcześniej planem, choć chwilami bywa spontaniczny. Często nosi maskę despotycznego narcyza, lecz pod nią nadal jest dzieckiem.
Ali - W przeciwieństwie do Amira nie nosi maski narcyza, on jest narcyzem. Mówi to co myśli, często nie licząc się z uczuciami innych. Lubi rywalizację i smak zwycięstwa. Jest otwarty na nowe znajomości i w miarę możliwości pielęgnuje stare. Często posługuje się Ironią i sarkazmem twierdząc, że jest to przejaw inteligencji. Jest typem zdobywcy, im trudniej mu coś zdobyć lub osiągnąć tym bardziej się stara. Ceni sobie u ludzi bystrość i szczerość.
Aziz - Stara się izolować od obcych, ufa jedynie rodzinie. Uważa, że nie potrzebuje nikogo innego (Oprócz rodziny). Bywa wybuchowy, przy czym zachowuje resztki rozsądku. Często stara się narzucić innym swoje zdanie, opanował manipulacje do bardzo wysokiego poziomu. Jeszcze nie spotkał na tyle wytrwałej osoby by przebiła się przez mur, który wybudował dookoła siebie. W towarzystwie braci zachowuje się swobodnie, tylko wtedy może być sobą.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że mnie nie lubicie i nie chcecie komentować, ale jeżeli macie jakieś pytania piszcie...Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści
Blog Yaoi, niczego więcej z opisu się nie dowiecie, ponieważ co to za frajda z czytania? Enjoy
piątek, 21 sierpnia 2015
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Rozdział 6 [Opowiadanie podstawowe]
Statystyki są przerażające, od dwóch dni nawet śladu człowieka! Zero komentarzy, nawet negatywnych, czy anonimowych. Wstydźcie się! Mam również nadzieję, że szósty rozdział przypadnie wam do gustu, jest dość długi jak na moje standardy (4789 słów) więc możecie być ze mnie dumni. Pragnę wam również przekazać, że dopóki nie pojawi się chociaż jeden komentarz, notki będą pojawiać się tylko w moich kopiach roboczych. Tak, więc nie ma nic za darmo. Chcecie czytać komentujcie, nie podoba się wam to miejcie na to wywalone, chociaż zdaję sobie sprawę, że mało ludzi przeczyta tak długi wstęp to nie ma, że nie uprzedzałam. Miłego czytania!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długie to było, oj długie. Dla tych co nie czytali wstępu brak komentarzy=brak rozdziałów; chociaż jeden komentarz=rozdziały będą publikowane. I jeszcze jedna sprawa, szukam Bety, jeżeli ktoś byłby chętny to mój mail: riche.boo@gmail.com można też wysyłać jakieś rysunki czy coś tam. No to ten, bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!!!
Ps. Beta znaleziona ;)
Pozdrawiam Demetra :*
(Nowa Beta, dla nieogarniętych)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziały
na kanapie pijąc już zimną herbatę, żadna z nich się nie
odzywała dopóki w jedną z nich nie uderzyła pewna myśl.
- Nina,
a co się stanie z Shogunem? Przecież już nie możemy zrezygnować.
- I
tu jest kolejna rzecz o której Ci nie powiedziałam. Wzięłybyśmy
psa z hodowli w Melishii, nasze zwierzęta żyją dużej i mniej
chorują. - Odpowiedziała szatynka, lekko się uśmiechając.
- I
pewnie zamierzałaś mi o tym powiedzieć jak dożyłby
pięćdziesiątki i był całkowicie zdrowy?
- Emm,
no w sumie to miałam zamiar Ci to powiedzieć jak skończyłaby się
moja misja tutaj.
- Wiesz,
że Cię kocham najbardziej na świecie? I, że jesteś
najcudowniejszą kobietą jaką znam?
- Możesz
mi wytłumaczyć wszystko od początku do końca? - Powiedziała
obojętna na wyznania partnerki.
- Dobrze,
więc wychowałam się w dość wysoko postawionej rodzinie. Kiedy
miałam siedemnaście lat król postanowił, że przejdę inaugurację
wcześniej, i żeby udowodnić, że na to zasługuję miałam odbyć
misję. - Mówiła lekko ściszonym głosem, kiedy Amelia postanowiła
jej przerwać.
- Czym
jest ta cała inauguracja? - Zapytała zaciekawiona.
- To
taka uroczystość na której ślubujesz wierność ojczyźnie i
stajesz się dorosła według naszego prawa. A tak swoją drogą też
będziesz musiała to przejść o ile będziesz chciała ze mną
zostać. Tak, więc kontynuując miałam pilnować Luka, żeby nic mu
się nie stało jako następcy tronu, a potem kiedy skończy
dziewiętnaście lat wytłumaczyć mu czym jest Melishia i
przetransportować do pałacu jego dziadka. - Zrobiła krótką
przerwę by rudowłosa mogła zadać jakieś pytanie, kiedy nic nie
usłyszała postanowiła mówić dalej. - Ale zawiodłam, kojarzysz jak
ktoś zapukał do drzwi i nie powiedziałam Ci od razu kto to? - Amelia
kiwnęła głową. - Jak powiedziałam Ci, że Luk jest w Melishii i
muszę wracać to nie powiedziałam Ci wszystkiego. Ludzie króla
Sulejmana porwali Lukasa. - Widząc przerażenie na twarzy dziewczyny
szybko wytłumaczyła, że jest bezpieczny i nie mają zamiaru go
torturować czy zabijać jak przypuszczała Amelia. Kiedy zielonooka
się uspokoiła, Nina postanowiła opowiedzieć jej więcej o krainie
w której się wychowała, o zwyczajach tam panujących o kulturze
bardzo podobnej do tej z dalekiego wschodu oraz o możliwościach
danych przez naturę.
- Czyli,
że mogłybyśmy mieć dziecko? - Brunetka potwierdziła ruchem
głowy. - Takie nasze, nasze?
- Tak,
takie nasze, nasze i tylko nasze. Chcesz wiedzieć jak teraz czy masz
jakieś inne ważniejsze pytania? - W pokoju panowała o wiele
luźniejsza atmosfera niż jeszcze kilkanaście minut temu, obie
dziewczyny co jakiś czas uśmiechały się do siebie bądź
chichotały z komentarzy tej drugiej.
- Teraz,
muszę wiedzieć jak u was robi się dzidziusie żeby wiedzieć jak
nad takim popracować.
- Ok,
więc do tego potrzeba dwojga Melishjanów i bardzo silna chęć
posiadania dziecka przez obie strony. Tak w skrócie.
- A
tak w normalnej wersji? Bo to mi na razie przypomina bajeczkę o
pszczółkach czy motylkach.
- Myślałam,
że wyjaśnię Ci to w innej chwili, bo mi się nie chce ale dobra.
Chodzi o to, że każdy obywatel Melishii po inicjacji otrzymuje tak
zwane „atrybuty obywatelskie”, czyli ogon, magię, możliwość
decydowania o losie własnym i możliwość posiadania potomstwa, z
czego magia i płodność są ze sobą ściśle powiązane. Chodzi o
to, że podczas seksu nasze organizmy nie są w stanie utrzymać
magii przy sobie i jeżeli moce dwóch osób chcą się połączyć, to po prostu to robią i tak powstaje dziecko. Dodatkowo jest jeszcze
kilka innych rzeczy odnośnie wydawania na świat potomstwa. O na
przykład kobietom łatwiej zajść w ciąże z kilku powodów, po
pierwsze mamy silniejszą chęć posiadania dzieci, po drugie nasza
magia jest bardziej żywiołowa.
- A
tak hipotetycznie, jakbyśmy chciały mieć dzidziusia to która z
nas by była w ciąży?
- Kojarzysz,
że u normalnych ludzi łączą się dwie komórki i potem kobieta
nosi dziecko? Tak u nas łączą się dwie magie, dwie energie
życiowe tworząc jedną całość, nikt nie jest w stanie
przewidzieć u kobiet, która z nich będzie nosić dziecko, ponieważ
to magia decyduje. Najczęściej nosi je ta bardziej wrażliwa,
chociaż różnie to bywa. Na przykład mam dwie starsze siostry,
zostały poczęte w jednej chwili a że magia podzieliła się na pół
to obie moje matki je nosiły.
- Czyli
masz dwie mamy? - Zapytała Amelia przerywając.
- Tak,
u nas to normalne. Za to dziwna jest wielodzietność, mam dwie
starsze siostry i trzech starszych braci. - Nina uśmiechnęła się
promiennie na wspomnie swojej dość hałaśliwej rodziny.
- Czyli
będę miała dwie teściowe? Proszę powiedz, że nie są jak te z
kawałów.
- Nie,
spokojnie, są spoko. Najciekawiej jest w święto Kamish, kiedy
zjeżdża się cała rodzina, łącznie jest nas wtedy ok. 70 osób.
- Co
to za święto? I dlaczego aż tyle - Zapytała rudowłosa z
ciekawością malującą się w głosie.
- Już
wiem dlaczego studiujesz kulturoznawstwo. W tym święcie chodzi
głównie o to żeby się bawić, to jest coś na wzór święta
dziękczynienia i greckich Dionizji. Bawimy się przez siedem dni od
1 do 7 lipca, dajemy sobie prezenty, biesiadujemy i ogólnie miło
spędzamy czas. A nazwa wzięła się od zwrotu Kam Shish, co w już
dawno nie używanym języku oznacza „Jestem wdzięczny”.
- A skąd tak duża rodzina? - W oczach Amelii dało się zauważyć
ogniki ciekawości,
- Rodzeństwo
i ich partnerzy i partnerki wraz z dziećmi, wujkowie, ciotki,
dziadkowie. To w sumie daje niezły wynik.
- Wiesz
co? Aż nie chce mi się wierzyć, że to wszystko dzieje się
naprawdę i ciągle mam wrażenie, że to sen. Mogłybyśmy pojechać
do tej Melishii czy czegoś tam jak najpóźniej się da?
- Jasne
słońce, dla Ciebie wszystko. - Nina przybliżyła się do swojej
partnerki składając na jej ustach gorący pocałunek.
- Wiesz,
że to był jeden z bardziej oklepanych tekstów jakie
słyszałam. - Powiedziała zielonooka gdy tylko się od siebie
oderwały - I nie dokończyłaś mi wszystkiego opowiadać. - Brunetka
puściła wypowiedź dziewczyny mimo uszu początkowo delikatnie
całując jej szyję by chwilę później zassać się na niej robiąc
delikatną malinkę, co wywołało w rudowłosej ciche westchnienie.
Nina na powrót przywarła ustami do gorącej szyi partnerki tym
razem nie zostawiając po sobie czerwonego śladu. Sunęła
delikatnie wargami po skórze by co jakiś czas ją podgryźć lub
pieścić językiem. Zatrzymała się, napotykając przeszkodę w
postaci czarnej koszulki na ramiączka. Odsunęła się delikatnie by
móc zdjąć ją ze swojej kochanki, kiedy poczuła jak ta wstaje z
kanapy. Spojrzała na nią a widok jaki zastała sprawił, że krew w
jej żyłach zawrzała. Amelia zdejmowała powoli bokserkę
uśmiechając się przy tym do brunetki, kiedy koszulka znalazła
swoje miejsce na podłodze dziewczyna opuściła salon zmysłowym
krokiem, udając się do sypialni.
Wracał
do swojej komnaty z dość miłego obiadu wskazaną wcześniej drogą.
Poznawszy księcia Amira i Aziza stwierdził, że pobyt w pałacu
wcale nie będzie taki straszny. Całą królewską rodzinę
zainteresowały Alverijskie obyczaje i święta takie jak dzień
matki, dzień ojca, dzień dziecka czy innego rodzaju dni
wyróżniające się swoją symboliką. Kiedy zaczął opowiadać o
tradycjach w Polsce książę Amir stwierdził, że można by
wprowadzić kilka takich jak śmigus dyngus czy walentynki dla
urozmaicenia życia mieszkańców. Lukas zaśmiał się na
wspomnienie przebiegłego uśmiechu na twarzy Aliego, gdy wytłumaczył
na czym polega Prima Aprilis. Gdy dotarł już pod drzwi swojej
komnaty i chwycił za klamkę poczuł na swoich oczach czyjeś
dłonie.
- Zgadnij
kto to? - Usłyszał bardzo cichy szept, przez co nie łatwo było mu
zidentyfikować osobę stojącą za nim. Jednak gdy do jego nozdrzy
dotarł zapach poziomek, którymi pachniała tylko jedna osoba,
wiedział z kim ma do czynienia.
- Cześć
Taavi. - Odpowiedział uśmiechając się szeroko.
- Cześć,
kociaku. Skąd wiedziałeś, że to ja? - Tęczowo włosy zdjął ręce
z oczu szatyna, który nacisnął mocno klamkę i wszedł do pokoju.
Taavi widząc, że chłopak nie zamknął za sobą drzwi wszedł za
nim.
- Po
zapachu, pachniesz jak poziomki. - Odpowiedział jakby nigdy nic, po
czym usiadł na jednym z foteli stojących przy kominku. Chwilę
później drugi zajął Taavi.
- Przyszedłem,
żeby przekazać Ci list od twojego dziadka. Jest zaplombowany
magicznie tak, że tylko ty możesz go otworzyć. - Młodo wyglądający
mężczyzna wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni płaszcza i
podał ją Lukasowi. Chłopak otworzył list bez żadnego problemu i
zaczął czytać jego treść w myślach. „Drogi Lukasie, jeżeli
zapoznałeś się z treścią listu z odpowiedzią dla Sulejmana
wiesz co napisałem. Musisz jednak wiedzieć, że czuję się winny z
powodu twojego porwania, jak widać nie zapewniłem Ci wystarczającej
ochrony. Nina, dziewczyna obok której mieszkałeś była
odpowiedzialna za twoje życie w Alverii. Niestety nie podołała
powierzonemu jej zadaniu. Chciałbym abyś wiedział, że w moim
pałacu jesteś zawsze mile widziany i chciałbym Cię poznać jak
najszybciej to możliwe. Wiedz również, że jesteś przeze mnie
uznawany jako dziedzica i wnuka. Nie mów proszę nikomu o treści
tego dość krótkiego listu. Jeżeli ktokolwiek będzie pytał
możesz powiedzieć, że potwierdziłem moje poprzednie słowa. Treść
listu jest widoczna tylko dla Ciebie więc nie musisz się obawiać,
że ktoś go przeczyta. Razem z twoją matką czekamy na Ciebie,
napisz jak tylko będziesz mógł. „ Kiedy skończył czytać sam
nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć, jednego dnia dowiaduje
się o tym, że jego dziadek się go wyparł, a kilka godzin później
cofa wszystkie słowa. Na dodatek nie wiedział po co w
ogóle się go wyrzekał, zamiast zgodzić się na rozejm w zamian za
jego wolność, skoro rzekomo na niego czeka i nie może się
doczekać spotkania.
- Mogę
do niego napisać? - Spytał chowając kartkę z powrotem do koperty.
- Tak,
żaden problem. Przynieść Ci kartkę i pióro? - Szatyn pokiwał
przecząco głową.
- Powiesz
mi coś więcej o tym wszystkim? - Mówił przyciszonym głosem
przymykając delikatnie powieki.
- A co chcesz wiedzieć kociaku? - Odpowiedział patrząc się na profil
chłopaka. Jego twarz wydawała się spokojna, jak gdyby spał.
- Nie
wiem, może coś o tej całej inauguracji o której wszyscy tak
gadają. - Taavi patrzył na poruszające się pełne wargi chłopaka. -
I dlaczego mówisz do mnie „kociaku”? Mam imię.
- Mówię
tak do Ciebie, bo przypominasz mi kociaka, a poza tym bardzo lubię
koty. Jeżeli spotkałbyś kiedyś jakiegoś kota na korytarzu to
możesz mieć pewność, że jest mój. A co do inauguracji, to po
prostu powtarzasz słowa urzędnika bądź króla, on potem mówi
formułkę i jak gdyby nigdy nic pojawia Ci się ogon.
- Jak
to jest mieć ogon? - Spytał obserwując kątem oka lekko poruszającą
się kitę.
- To
w zasadzie jakbyś miał dodatkową rękę z parkinsonem, nie słucha
się ciebie ale czasem jest użyteczna. A właśnie i też jest coś
takiego, że im masz ładniejszą kitę tym bardziej atrakcyjny
jesteś. A tak właściwie kiedy dokładnie masz urodziny?
- Piętnastego
stycznia, a dlaczego pytasz? - Lukas zmienił pozycję siedząc teraz w
poprzek fotela.
- Bo
znając króla nie wypuści Cię wcześniej. Powiem tak, on jest
dobrym człowiekiem tylko czasami nie wie kiedy odpuścić. Aktualnie
za punkt honoru wziął połączenie rodów, odpuści sobie dopiero
kiedy poślubisz kogoś spoza rodziny królewskiej. - Chłopak skrzywił
się lekko na informację o zawziętości władcy. - Ale może zmienimy
temat?
- Ok,
to o czym chciałbyś porozmawiać? - Zapytał na powrót radosny
młodzieniec.
- Na
przykład o spacerze po ogrodzie, na który mam nadzieję się
zgodzisz. - Taavi spojrzał się na Luka z błyskiem nadziei w oczach.
- Z
przyjemnością, mam już dość tych samych czterech ścian. - Obaj
wstali w tym samym momencie, udając się w kierunku drzwi. Zaraz po
opuszczeniu komnaty, błękitnooki zaproponował ramię szatynowi na
co ten zareagował cichym prychnięciem, jednocześnie korzystając z
niemej propozycji. - Opowiesz mi trochę więcej o swojej rodzinie? Bo
Lorie powiedziała mi tylko tyle, że jesteście dość specyficzni.
- Jasne,
tak w zasadzie to jesteśmy dość specyficzni. Nie jesteśmy rodziną
od samego początku, ja i Gabriel znamy się od małego. Gabi jest
ode mnie starszy o trzy lata i był dla mnie jak starszy brat, teraz
ta różnica się zatarła. Nasi rodzice byli bliskimi przyjaciółmi,
pracowali dla króla i byli dość wysoko postawionymi urzędnikami.
Kiedy mieliśmy po dziesięć i trzynaście lat zostali wysłani z
misją na Alverię, już nie pamiętam, co mieli załatwić, ale to nie
ma już znaczenia. Krótko mówiąc mieli wypadek, zginęli na
miejscu. Z Gabim zostaliśmy sierotami, normalnie trafilibyśmy do
sierocińca, ale ciocia, przyjaciółka naszych rodziców, przygarnęła
nas i dała ciepły dom i serce. Potem, kiedy byliśmy już dorośli
pojawiła się Lorie. Jej historia jest troszkę inna, jej matka
zakochała się w Alveriiczyku, wzięli ślub, a jakiś czas później
na świecie miała się pojawić Lorie. Jej ojciec dowiedział się o
Melishii i o magii, kiedy jego żona była w ósmym miesiącu,
zostawił ich. Tak po prostu, stwierdził, że to ponad jego siły.
Wracając do tematu, Lorie została podrzucona do pałacu jak miała
może trzy miesiące, w liście było wszystko wyjaśnione. Podobno
jej matka nie mogła na nią patrzeć, bo zbyt przypominała
ojca. - Taavi z każdym słowem stawał się coraz bardziej pochmurny. -
Ciocia postanowiła się nią zająć, sama stwierdziła, że
najprawdopodobniej nigdy nie będzie miała własnych dzieci nie
mogąc znaleźć partnerki. Tak, więc stało się nas troje.
Pomagaliśmy cioci jak tylko mogliśmy, ale zamiast stać się
pomocnymi wujkami, jesteśmy dość fajnymi braćmi. - Szli cały czas
przez różnego rodzaju korytarze, Lukas zapatrzony w mówiącego
Taaviego, który tymczasowo żył w swoim własnym świecie. Żaden z
nich nie wiedział o osobie śledzącej ich od dłuższego czasu.
Wreszcie dotarli do ogrodu, który szatyn mógł obserwować jedynie
przez duże okno w pokoju. Osiemnastolatek prawie natychmiast
zostawił Taaviego na rzecz pięknych kwiatów o każdym kolorze i
odcieniu. Każdy kwiat miał inny kształt wyróżniając się na tle
całej reszty, chłopak przypatrywał się im z widocznym zachwytem.
- Są
śliczne. - Powiedział w przestrzeń pochylając się nad krzakiem z
różowymi kwiatami o intensywnym cukierkowym zapachu.
- W
ramach ciekawostki, kwitną co miesiąc. I są sadzone tak aby zawsze
w ogrodzie było kolorowo. - Powiedział stojący kilka kroków dalej
Taavi, który dokładnie lustrował wzrokiem uśmiechniętą twarz
młodego mężczyzny.
- Chciałbym
mieć taki widok w domu. - W głosie osiemnastolatka słychać było
nutę smutku na wspomnienie o poprzednim miejscu zamieszkania.
- Może
usiądziemy? - Szatyn przytaknął, po czym ruszyli wspólnie w
kierunku najbliżej stojącej ławki. - Chciałbyś wiedzieć coś
jeszcze, kociaku? - Powiedział Taavi, gdy obaj już siedzieli.
- Nie
powiedziałeś jak Michał stał się waszą rodziną.
- Przepraszam,
ale nie mogę Ci o tym powiedzieć. To jego prywatna sprawa. Może
masz jakieś inne pytania, na które mam nadzieję będę w stanie
odpowiedzieć.
- Właściwie,
to chciałbym się jeszcze dużo dowiedzieć, ale nie wiem o co mam
pytać.
- Rozumiem,
a mógłbym ja się o coś zapytać? - Chłopak przytaknął, skupiając
całą swoją uwagę na tęczowowłosym. - Jak dotychczas wyglądało
twoje życie? Nie licząc oczywiście tego, że musiałeś spać na
matmie, biorąc pod uwagę twoje zaległości. - Na twarzy Taaviego
pojawił się delikatny uśmiech.
- Ej,
na matematyce wcale nie spałem, po prostu nie umiałem się skupić
na temacie. - Lukas zaśmiał się serdecznie, lekko przymrużając oczy, a na jego policzkach pojawiły się dołeczki. -Odpowiadając na twoje
pytanie, to moje życie było trochę zakręcone, ale jakoś sobie
radziłem. Jak byłem mały mieszkałem w Japonii z mamą, chodziłem
do najlepszego przedszkola w Osace, potem do najlepszej podstawówki.
Później ojciec się o mnie upomniał i przez dwa lata mieszkałem z
nim w Anglii. Po dość dużej awanturze zamieszkałem w Polsce z
dziadkiem. I szczerze tam mi się najbardziej podobało, tam miałem
chociaż Ninę, Amelkę i dziadka.
- Pewnie
kiepsko się czułeś, jak żegnałeś tak często przyjaciół?
- Niekoniecznie, nie miałem przyjaciół. - Widząc zdziwioną minę
rozmówcy kontynuował. - Miałem znajomych, ale nie przyjaciół. Jak
mieszkałem z mamą, to w szkole był wyścig szczurów, nikt nie miał
czasu na głębsze przyjaźnie, a przynajmniej nie ze mną. W Anglii
nie czułem się dobrze i prawie każdą chwilę spędzałem na
czytaniu książek i nikt nie chciał zadawać się z nudziarzem. Za
to w Polsce w trzeciej gimnazjum wszyscy już mieli znajomych a ja
byłem tam nowy, więc też się ze mną nie zadawali. A poza tym
poznałem Ninę i w miarę dobrze się dogadywaliśmy. Później w
dwa lata zmieniałem trzy razy szkołę i za każdym razem byłem
outsiderem. W między czasie poznałem Amelię, która szybko
wprowadziła się do Niny i w końcu było dobrze. - Na twarzy Lukasa
pojawił się smutny uśmiech (Wiem, że to oksymoron dop.od.aut).
- Ale
wiesz, że jeszcze je spotkasz? - Taavi starał się pocieszyć
szatyna. - Z tego co wiem to ta Nina jest Melishianką, więc nie
będzie problemu. - W oczach chłopaka znowu pojawiły się iskierki
radości na myśl o przyjaciółce.
- Nie
przeszkadzam? - Dobiegł ich znajomy głos. Jakieś trzy metry od nich
znajdował się mężczyzna o karmelowym odcieniu skóry.
- Nie,
oczywiście, że nie. - Odpowiedział najmłodszy z towarzystwa.
- Cieszę
się Lukasie, że moje towarzystwo Ci nie przeszkadza. - Podszedł do
mężczyzn siedzących na ławce, po czym delikatnie musnął ustami
policzek młodzieńca o brązowych oczach. - Witaj Taavi. - Skinął
głową drugiemu, na co w odpowiedzi otrzymał identyczny
gest. - Wszędzie Cię szukałem. - Zwrócił się do zdumionego
chłopaka. - Miałem nadzieję, że zechcesz towarzyszyć mi i moim
braciom w gorących źródłach. - Ali uśmiechnął się szelmowsko, czekając na odpowiedź.
- Przykro
mi, ale Lukas właśnie spędza czas ze mną. - Odezwał się Taavi, miotając gromy spojrzeniem.
- Co
nie zmienia faktu, że może miałby ochotę zmienić
towarzystwo. - Odpowiedział z równie groźnym wzrokiem książę.
- Gdyby
nie odpowiadało mu moje towarzystwo, to twoje tym bardziej nie
byłoby go godne.
- Z
tego co się orientuje, godzinę temu na obiedzie bawił się
wybornie w MOIM towarzystwie. - Podkreślił przedostatnie słowo
walcząc na spojrzenia z błękitnookim.
- A
może dalibyście mi zdecydować z kim chcę spędzać
czas?! - Krzyknął Lukas, przerywając im tą bezsensowną i na
szczęście krótką wymianę zdań. Był ciekaw czy doszłoby do
rękoczynów gdyby nie zareagował, ale wolał nie sprawdzać. Dwie
pary oczu skierowały się na niego tracąc całą wrogość, którą
jeszcze chwilę temu pałały. - Jeżeli macie się zachowywać jak
dzieci walczące o zabawkę to nie mam zamiaru przebywać z żadnym z
was. - Powiedział dobitnie, krzyżując ręce na torsie.
- Przepraszam. - Padło
od dwóch mężczyzn naraz, oczywiście nie były to wzajemne
przeprosiny.
- I
myślicie, że przepraszając mnie to załatwicie? - Zapytał
retorycznym tonem, jednak uzyskał odpowiedzi. Dwa głosy zlewały się
w jeden wyrażając skruchę i niechęć do tego
drugiego. - Dosyć! - Znowu krzyknął by uspokoić prawie walczących ze
sobą o jego atencję mężczyzn. - Nie mam zamiaru marnować
popołudnia na wasze sprzeczki. Macie się szczerze przeprosić, albo
nie pokazywać mi się na oczy.
- Ale,
kociaku. Dlaczego mam go przepraszać skoro to on nam przerwał
rozmowę?
- Z
tego co pamiętam, Lukas powiedział, że nie
przeszkadzam. - Odpowiedział na słowny atak Ali.
- A
co miał powiedzieć? Jest tu od niedawna i nie chciał być niemiły.
- Po
naszej porannej rozmowie nie odniosłem wrażenia by był skrępowany
moją osobą, nie pomyślałeś, że to przez Ciebie może czuć się
nieswojo?
- Obaj
macie się zamknąć! Mam dość przekrzykiwania was, widzę Lorie
niedaleko fontanny. Pozwólcie, że to do niej pójdę. Nie mam siły na
wasze spory, jeżeli dotrzecie do jakiegokolwiek porozumienia z
przyjemnością spędzę z wami obojgiem czas, na razie jednak jest to
ponad moje siły. - Szatyn wstał z ławki z nonszalanckim spojrzeniem,
po czym skierował się w kierunku dziewczyny. Żaden z
mężczyzn nie był na tyle odważny by chociaż próbować go
zatrzymywać.
- No
to mamy przesrane. - Skwitował książę z niewyraźną miną.
- Mógłbyś
się wyrażać jak na członka rodziny królewskiej przystało.
- Nie
widzę potrzeby, ponieważ to określenie idealnie oddaje naszą
sytuację.
***
Blondynka
spacerowała wolno po dość dużych rozmiarów ogrodzie, gdy
dostrzegła zbliżającą się do niej postać.
- Cześć
Luk, stało się coś? - Zapytała widząc minę chłopaka. Wyglądał
na zdenerwowanego.
- Te
dwa osły kłócą się o mnie jakbym był co najmniej ze
złota. - Odparł wskazując wzrokiem kłócących się ze sobą dwóch
mężczyzn. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie,
spokojnie. Nawet byłam u Ciebie w komnacie, żeby Cię wyciągnąć, ale jak widać ktoś mnie wyprzedził. - Lorie uśmiechnęła się
serdecznie, wywołując tym samym równie szeroki uśmiech na twarzy
Lukasa. - A tak poza naszym małym Zoo, jak Ci się to podoba?
- Małym
Zoo? - Spytał chłopak, patrząc się na dziewczynę co najmniej jakby
była z innej planety. (Co z tego, że jest z magicznej krainy i ma
ogon dop.od.aut)
- No,
powiedziałeś o nich „osły”, więc już można powiedzieć, że
mamy mini Zoo.
- Trafne
spostrzeżenie. Generalnie to nie mam za dużo doświadczeń poza
rozmowami i snem, ale nie jest źle.
- Nie
martw się, już nie powinieneś tak dużo spać. W twoim organizmie
nie ma już praktycznie żadnych toksyn. A tak właściwie, to co
sądzisz o swoich adoratorach? - Zmieniła temat i od razu zauważyła
za twarzy chłopaka delikatne zażenowanie.
- Nie
mam żadnych adoratorów. - Powiedział i ruszył powoli wąską
ścieżką ledwie mogącą zmieścić dwie osoby, idące obok siebie.
Dziewczyna natychmiast zrównała z nim krok, uśmiechając się
sugestywnie. - No co? - Spytał pesząc się jeszcze bardziej.
- Przyznaj,
który Ci się podoba? - Zapytała radosnym głosem.
- Nie
wiem o czym mówisz. Swoją drogą przypominasz mi moją
przyjaciółkę, też wszędzie widziała mi przyszłych
partnerów. - Spróbował lekko zmienić temat, mając nadzieję, że
Lorie zapyta się o jego sąsiadkę.
- Wiem,
że nie wyglądam, ale jestem po pięćdziesiątce i swój rozum mam,
gadaj który.
- Naprawdę, nie wiem o co Ci chodzi. - Na twarzy Lukasa dało się
zauważyć lekki rumieniec, którego nie udało mu się powstrzymać
jak przy rozmowie z Alim dzisiejszego poranka.
- Nie
mów, że obaj Ci się podobają. - Zażartowała blondynka, lecz
widząc pogłębiającą się czerwień na twarzy chłopaka
zrozumiała niemą odpowiedź. - I co masz zamiar zrobić z tym
fantem? - Powiedziała dosyć poważnie, jak na siebie, oczywiście.
- Em,
poczekam i zobaczę. Po prostu obaj mi się fizycznie podobają i
tyle. A jeżeli chodzi o charaktery, to obaj coś w sobie mają.
- Lukas,
ale ty wiesz, że najprawdopodobniej Ci nie przejdzie. - Chłopak
spojrzał na nią zaskoczony. - Jeżeli z jednym nie ograniczysz teraz
kontaktów do minimum, to utoniesz w tym bagnie. Jeżeli nawet
delikatnie zaiskrzyło, to jest tylko kwestia czasu, aż to przerodzi
się w miłość.
- Więc
nie znając żadnego z nich mam zdecydować, w którym chce się
zakochać albo namówić ich na trójkąt, bo obaj mi się
podobają? - Spytał z naturalnym dla siebie w takich sytuacjach tonem.
- W
sumie to można by to tak podsumować, chociaż z tym trójkątem
lekko przegiąłeś. A mówiąc teraz, miałam na myśli jak
najszybciej. Wiesz to w końcu ważna decyzja, a poza tym to Ci
zazdroszczę.
- Czego?
Dwóch debili kłócących się, który spędzi ze mną czas? - Lukas
zaśmiał się dźwięcznie, przy rozmowie z Lorie każdy powód do
uśmiechu wydawał się niezwykle ważny.
- Nie
do końca, chociaż w sumie czemu by nie? Każde życzenie czy prośba
jest dla nich jak rozkaz, nieba Ci przychylą byle byś takiego
wybrał. - Podsumowała z lekko zamyśloną miną, co przyprawiło
chłopaka o kolejną salwę śmiechu. - Ale ja nie o tym, po prostu
wielu z nas czeka bardzo długo by spotkać swą drugą połówkę.
Jest szansa, że ukochany czy ukochana osoby mieszkającej na północy
znajduje się na południu, przez co mogą się w ogóle nie
spotkać. - Dziewczyna zakończyła swoją wypowiedź głębokim
westchnięciem, jakby wiedziała, że właśnie gdzieś na północy
znajduje się osoba jej przeznaczona. - Bardzo rzadko zdarza się żeby
ktoś spotkał aż dwie osoby, z którymi byłby w stanie się
związać. -Lukas po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku dni miał
sceptyczną minę. - Tego też Ci nikt nie wytłumaczył? To jest coś
takiego jak instynkt. Podświadomie wiesz, z kim byś był szczęśliwy
i z kim jesteś w stanie stworzyć rodzinę. Znaczy, inaczej, z
kandydatem idealnym czujesz chemię od pierwszego spotkania, ale
jeżeli na przykład ktoś postanowił wyjść za osobę z rozsądku,
bądź rozkazu to jest w stanie stworzyć normalnie funkcjonującą i
szczęśliwą rodzinę, ale potem, jeżeli pojawi się „ten ktoś”
to często takie związki się rozpadają.
- Wiesz,
że naprawdę dużo gadasz - Odpowiedział posiadając nowe informacje,
które jeszcze bardziej skomplikowały jego życie.
- Wiem,
ale nic na to nie poradzę. - Lorie uśmiechnęła się, pokazując
prawie wszystkie zęby. Spacerowali jeszcze godzinę, rozmawiając
głównie o roślinach w ogrodzie czy o panującym w całej krainie
klimacie.
***
Dwóch
mężczyzn siedziało przy stole w milczeniu, obaj przypatrywali się
sobie w co najmniej wrogi sposób.
- To
nie ma sensu. - Odezwał się jeden z nich. - Siedzimy tu już nie
wiadomo ile i nie doszliśmy do żadnego porozumienia. - Położył
obie ręce na stole w geście bezradności.
- Pamiętasz,
co powiedział? Dopóki się nie pogodzimy mamy mu się nie
pokazywać. - Odpowiedział drugi zrezygnowanym tonem.
- Nie
rozumiem, po co powiedziałeś o tym wszystkim swojemu bratu. Gdyby
nie to, to byśmy tutaj nie siedzieli. - Prawie krzyczał błękitnooki
mężczyzna.
- Nie
jest tak źle, mógł nas zamknąć w jakimś pokoju dla służby z
jednoosobowym łóżkiem.
- Tak,
masz rację. - Odparł sarkastycznie. - Powinienem się cieszyć, że
mamy dwa łóżka i aż jedną łazienkę, dziękuję Ci Ali. - Mówił
podirytowanym głosem.
- Daruj
sobie i tak doskonale obaj wiemy, że jak się nie dogadamy, to stąd nie wyjdziemy.
- Powiedziałem
Ci już, że nie będę z tobą rozmawiać dopóki mi nie obiecasz,
że zostawisz Lukasa w spokoju. - Wysyczał przez zęby wściekły
Taavi.
- Nie
mam zamiaru sobie odpuszczać i pogódź się z tym. Mam takie samo
prawo do rozmowy z nim jak ty. - Odpowiedział i wstał z krzesła, omal
go nie przewracając i zaczął nerwowo krążyć po pokoju, rozmyślając nad obecną sytuacją.
- Usiądź, bo dziurę wydepczesz. - Ali przystanął, po czym zwrócił się w
kierunku błękitnookiego mężczyzny.
- Pozwól,
że zaproponuję Ci układ. - Taavi podniósł brew w geście
zaciekawienia. - Kiedy jeden z nas widzi drugiego z Lukasem nie
przeszkadza. Szanse mają być wyrównane, więc nie podkładamy
sobie świń. Co ty na to?
- Czy
ty traktujesz to jak jakieś zawody?! - Tęczowo włosy podniósł
głos, patrząc z furią na bruneta stojącego kilka metrów dalej.
- Nie
jak zawody, bardziej jak rywalizację o serce Luka, dopóki nie wyzna
żadnemu z nas miłości „walka” trwa. Tylko jeszcze jedna
zasada, przegrany odpuszcza.
- Niech
Ci będzie, widzę, że inaczej nie dojdziemy do
kompromisu. - Odpowiedział zrezygnowanym głosem i podniósł się
wyciągając rękę w kierunku Aliegio, który mocno ją uścisnął.
- Zawołaj Amira, skoro już się dogadaliśmy, to chyba możemy
wyjść. - Brunet podszedł do drzwi i mocno zapukał, chwilę później
dało się usłyszeć głośne kroki.
- Tak
braciszku? - Odezwał się jegomość za drzwiami.
- Wypuść
nas, dogadaliśmy się. - Zażądał Ali wściekły na brata.
- Powinny
ustąpić same, nałożyłem na nie warunki jakie postawił wam
Lukas. - Brunet słysząc brata nacisnął mocno klamkę, lecz drzwi
okazały się dalej zamknięte. - Wygląda na to, że jednak nie udało się
wam sprostać wyzwaniu, przypomnijcie sobie słowa waszej wyroczni.
Do zobaczenia braciszku. - Obaj usłyszeli głośny śmiech Amira i
kolejne kroki które z czasem ucichły.
- Luk
kazał nam się szczerze przeprosić. - Powiedział cicho Taavi siedząc
leniwe na krześle. - Tak, więc przepraszam, że na Ciebie
naskoczyłem.
- Dobra
ja też przepraszam, za całokształt. - Brunet spróbował jeszcze raz
otworzyć wrota, lecz dalej na próżno. - Chyba coś nie
działa. - Powiedział patrząc podejrzanie w kierunku wciąż
zamkniętego wyjścia z tymczasowej celi.
- Chyba
chodzi tu o słowo „szczerze”. Czyli wychodzi na to, że któryś
z nas nie żałuje swoich jakże haniebnych czynów. - W słowach
błękitnookiego dało się wyczuć coś na kształt rozbawienia z
sytuacji w jakiej obecnie się znajdują.
- Jeżeli
zarzucasz mi kłamstwo to wiedz, że bezpodstawnie. - Odparł Ali lekko
podłapując rozbawienie towarzysza. - Ale to nie zmienia tego, że
jesteśmy tu zamknięci.
- W
takim razie ja też Ci proponuję układ, tak jak ty mi
wcześniej. - Brunet podniósł brew w parodii gestu jaki poprzednim
razem wykonał Taavi. - Mamy dostęp do barku, więc z niego
skorzystamy i najwyżej później się pomyśli, co ty na to?
- Jak
na kogoś tak sztywnego dobrze prawisz. - Mężczyzna podszedł do
oszklonej gablotki, wyjmując z niej dwa kryształowe kielichy oraz
butelkę z wizerunkiem roznegliżowanej damy. Dosiadł się do stołu,
po czym rozlał jak się okazało złocisty napój do kielichów.
- Może
wypijemy zdrowie Luka? - Spytał unosząc kielich do góry.
- Zatem
zdrowie Lukasa. - Odparł książę, stuknęli się wzajemnie
kieliszkami i wypili ich zawartość. Alkohol nie wydawał być się
mocny w smaku, jednak po odstawieniu kryształów poczuli dość
przyjemne gorąco w gardłach. - Dobre.
- Dzisiaj
wyjątkowo muszę się z tobą zgodzić. - Śniady mężczyzna chwycił
butelkę, na nowo zapełniając naczynia. - A tak właściwie to
pamiętasz dlaczego się lekko mówiąc nie lubimy? -Spytał biorąc
kielich do ręki.
- Hmm,
to chyba było coś związanego ze świętem Kamish jak mieliśmy po
10 czy 11 lat.
- A
tak, pamiętam jak się o coś pokłóciliśmy, nie pamiętam o co. - Z
zamyślenia wyrwał go dźwięk stukania się kieliszków, wypił
kolejną porcję, znów czując przyjemne ciepło w gardle.
- Ja
też nie, pewnie to była jakaś głupota, skoro już obaj nie
pamiętamy. - Ali ponownie rozlał alkohol do kielichów. - Trochę
szkoda, bo z tego co pamiętam fajnie nam się razem grało,
pamiętasz? Ty i Gabriel kontra ja i Amir, ciekawie wtedy
było. - Brunet zaśmiał się i tym razem to jemu przerwał gest
zachęcający do picia.
- Może
oni będą pamiętać o co poszło, chociaż trochę szkoda, bo
faktycznie dobrze się dogadywaliśmy.
Szatyn
stał przed najstarszym z książąt z miną wyrażającą głębokie
zdziwienie.
- Zamknąłeś
ich, żeby się dogadali? - Powtórzył przed chwilą usłyszane
informacje, mając nadzieję, że źle zrozumiał bądź jest to
zwykły żart. - Przecież oni się pozabijają!
- Spokojnie. - Powiedział
Amir z miną zadowolonego z siebie dziecka. - Jest też szansa, że się
pogodzą i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. - Lukas
zareagował miną wyrażającą wszystkie jego wątpliwości.
- Jeżeli
masz rację i będzie szczęśliwe zakończenie, będę Ci wdzięczny,
że uwolniłeś mnie od koszmaru jakim jest słuchanie ich kłótni, ale
jak się pozabijają, to ty zostaniesz pochowany razem z nimi.
Rozumiemy się? - Powiedział pół żartobliwym tonem, w głębi serca
będąc wdzięcznym Amirowi za umieszczenie Aliego i Taaviego w
zamkniętym pokoju.
- Wiem,
że będę się powtarzał, ale możesz być spokojny, nie mają tam
broni a żadne zaklęcie nie ma prawa nic im zrobić przez
zabezpieczenia jakich używa mój ojciec.
- Chcę
wiedzieć na czym polegają te zabezpieczenia? - Spytał Lukas na
powrót czując się jak nic nie wiedzący człowiek, który całe
życie spędził w piwnicy.
- Ta
wiedza nie jest Ci potrzebna do życia, jednak jest dość
przydatna. - Chłopak westchnął głęboko, czekając na kolejną
porcję informacji. - Z grubsza chodzi o to, że za pomocą zaklęć
nikt nie jest w stanie się zranić, jeżeli nie ma bezpośredniego
zagrożenia życia bądź zdrowia. Czyli, jeżeli ktoś biegnie na
mnie z toporem krzycząc, że chce mnie zabić mogę użyć jakiegoś
zaklęcia, które mu to uniemożliwi. Nie mogę za to zranić
kogokolwiek bez powodu, albo przez coś błahego.
-Czyli,
wyjdą jak się dogadają, nie ważne ile by im to zajęło, tak?
-Dokładnie. Pozwól, że już pójdę, ale muszę znaleźć Azizowi drugą
połówkę. - Luk podniósł obie brwi ze zdziwienia. - Zakład. - Padło
jedno krótkie słowo. Amir ukłonił się lekko, po czym nie
zważając na nic ruszył szybkim krokiem wzdłuż korytarza.
- Ok? - Powiedział
do siebie szatyn i również udał się w dalszą drogę. - Chyba już
nic mnie tu nie zdziwi. - Znowu szepnął do siebie idąc sprężystym
krokiem mając nadzieję, iż idzie właściwą drogą.-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długie to było, oj długie. Dla tych co nie czytali wstępu brak komentarzy=brak rozdziałów; chociaż jeden komentarz=rozdziały będą publikowane. I jeszcze jedna sprawa, szukam Bety, jeżeli ktoś byłby chętny to mój mail: riche.boo@gmail.com można też wysyłać jakieś rysunki czy coś tam. No to ten, bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!!!
Ps. Beta znaleziona ;)
Pozdrawiam Demetra :*
(Nowa Beta, dla nieogarniętych)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)