piątek, 12 lutego 2016

Rozdział 7 [Opowiadanie Podstawowe]


 Witajcie, jednak nikt nic nie napisał, no cóż, trudno się mówi. Macie tu kolejny rozdział... Mimo wszystko postanowiłam dodawać rozdziały, gdy tylko będą gotowe. W końcu muszę mieć jakąś mobilizację do pisania, a wy mi takowej nie dajecie. Szykujcie się na drugie opowiadanie autorstwa Demetry, może tam wykażecie się aktywnością.
***
Patrzył na trzymany przez siebie kawałek papieru, postanowił ponownie przeczytać nie wysłany jeszcze list do swojego dziadka. „Drogi Dziadku, po przeczytaniu wiadomości od Ciebie miałem mieszane uczucia. Nawet sam nie wiem czy powinienem pisać w nagłówku „drogi”, ponieważ nie znam Cię, tak samo jak ty nie znasz mnie. Odpowiadając na twoją propozycję jak najszybszego przyjazdu, spędzę tutaj jeszcze kilka miesięcy co uniemożliwia mi pośpiech w działaniach. Z chęcią Cię poznam, jestem ciekaw wszystkiego co się z tobą wiąże, gdy byłem dzieckiem mama opowiadała mi o tobie. Mówiła mi wiele rzeczy, lecz gdy pytałem, czemu Cię nie znam, odpowiadała, że kiedyś mi powie. Teraz, gdy znam już prawdę, mimo ciągłych niedowierzań, rozumiem dlaczego nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać. Proszę też abyś dał mi trochę czasu na oswojenie się z obecną, nową dla mnie sytuacją. Przepraszam za brak jakiejkolwiek spójności w tekście, ale sam nie wiem co chciałbym Ci napisać, o co zapytać. Chciałbym jeszcze Cię poprosić byś uspokoił mamę, pewnie się o mnie martwi. Pamiętam jak co wieczór przychodziła do mnie i pytała się, czy na pewno nie jest mi zimno. Powiedz też, że ją kocham, jestem cały i zdrowy i uprzedzając jej pytania, jem 5 posiłków dziennie i niczego mi nie brakuje. Mam również do Ciebie, dziadku jedno pytanie, które nie daje mi spokoju. Wszyscy tutaj mówią, że moja sąsiadka jest z Melishii, a gdy pytam o cokolwiek odnośnie Niny lub Amelii zmieniają temat. Tak więc byłbym wdzięczny gdybyś mógł wytłumaczyć mi całą tą sytuację. Pozdrawiam, Lukas.” Dalej trzymał papier w ręku zastanawiając się nad treścią, może nie napisał wszystkiego, a może za dużo. Sam nie wiedział czy ma w ogóle ochotę odpowiadać na list od dziadka. Czując przypływ odwagi schował kartkę do koperty, po czym wręczył ją Gabrielowi czekającemu na kanapie.
- Dobra, to ja pójdę to wysłać, a później jeśli chcesz to wpadnę jeszcze do Ciebie i napijemy się czegoś, co ty na to?
- Szczerze mówiąc to nie mam nic przeciwko. - Ciemnowłosy uśmiechnął się szeroko prawie natychmiast opuszczając komnatę Lukasa, który był jawnie zmęczony tym dniem. Dochodziła dziewiąta a on czuł się jakby nie spał tydzień, na dodatek Taavi i Ali dalej siedzieli zamknięci razem w jednym pomieszczeniu. Z tego co usłyszał od Amira byli już bliscy pokoju, kiedy zaczęli nagle obwiniać tego drugiego o aktualny stan rzeczy a następnie zasnęli w towarzystwie kilku pustych butelek. Westchnął głęboko ubolewając nad zachowaniem potencjalnych partnerów. Usiadł w głębokim fotelu starając się poukładać wszystkie myśli w głowie. Od kiedy jest w Melishii minęło niespełna kilka dni, może nawet tydzień a on czuł się jakby był tu od zawsze, powoli uczył się topografii zamku i ogrodu, poznawał zwyczaje tu panujące i wbrew wszelkim przypuszczeniom było to dla niego niezwykle naturalne. Co nie zmieniało faktu, iż jeszcze wiele się musiał nauczyć, raz nawet spytał, czy nikt nie napisał podręcznika o Melishii, odpowiedź była jednak negatywna. Przymknął lekko oczy pozwalając im odpocząć choć przez chwilę gdy po pokoju rozniósł się dźwięk cichego pukania, które z każdą chwilą przybierało na sile. Lukas podniósł się z miejsca gdy uświadomił sobie, że osoba stojąca za drzwiami nie ma zamiaru sobie odpuścić.
- Już idę. - powiedział głośniej, a pukanie ustało. Dotarłszy do drzwi otworzył je dość powolnym ruchem. Nie zdążył  powiedzieć ani słowa gdy do jego sypialni wszedł wściekły nastolatek od razu rzucając się na kanapę. - Cześć? Mogę wiedzieć czym ta kanapa zasłużyła sobie na takie traktowanie? - Powiedział szatyn po raz kolejny nie rozumiejąc nic z sytuacji w której się znalazł. W odpowiedzi dostał tylko bełkot zagłuszony częściowo przez poduszkę na której Michał trzymał twarz. Lukas zajął swoje poprzednie miejsce, z którego miał idealny punkt do obserwowania młodszego o rok chłopaka. - Hej, nie żebym był wścibski czy coś, ale masz może zamiar mi powiedzieć co robisz w mojej sypialni? - Brunet przekręcił głowę w kierunku osoby, która być może go wysłucha.
- Mam problem i nie wiem do kogo mam z tym pójść. - Jego głos był przyciszony i mało zdecydowany. - Chodzi o to, że niby mam Lorie, Taaviego, Gabriela i ciocie ale nie chcę im o tym mówić.
- I jak się domyślam postanowiłeś przyjść z tym do mnie i liczysz na dyskrecję? - Michał pokiwał głową. - W takim razie możesz być pewny, że nikomu nie powiem. - Lukas odkąd pamiętał miał w sobie coś z altruisty i często zdarzało mu się pomagać obcym nie raz samemu coś na tym tracąc, często też słuchał narzekań Amelii i Niny starając się im pomóc. Tak więc postanowił i tym razem pobawić się w psychoterapeutę słuchając o czyiś  problemach.
- Emm, to jakby to? - Zaczął mało elokwentnie. - Bo jak szedłem korytarzem i się zamyśliłem to wpadłem na księcia Amira, który chyba też nad czymś myślał. No i wyszło tak, że się przewróciliśmy, to znaczy ja się przewróciłem, a on chciał mnie złapać, ale przewróciliśmy się obaj. - Na twarzy bruneta pojawił się lekki rumieniec co według Lukasa nie wróżyło nic dobrego. - No i on na mnie leżał, a ja no ten. - Czerwień na twarzy chłopaka pogłębiała się z każdym słowem a palce zacisnęły się mocno na poszyciu kanapy.
- Chcesz mi powiedzieć, że się podnieciłeś? - Zapytał ostrożnie Lukas łącząc fakty.
- Yhm, a to jeszcze nic. - Michał na powrót schował głowę w poduszce chcąc ukryć zdradziecki rumieniec, po chwili jednak z powrotem patrzył na twarz swojego rozmówcy, w której wyczytał zachętę do kontynuowania wypowiedzi. - Bo jego sygnety zaplątały mi się we włosy a jak on próbował je wyplątać to się cholernie wiercił.
- Ouuu, to musiało być trochę krępujące. - Skomentował wyobrażając sobie siebie na miejscy Michała.
- Najgorsze było to, że nie mogłem się powstrzymać i jęczałem jakbym co najmniej rodził. - W oczach nastolatka zabłyszczały łzy, jednak żadnej nie udało się uwolnić.
- Ej, to jeszcze nie koniec świata. - Starał się go pocieszyć co lekko mówiąc mu się nie udawało.
- Nie koniec świata? Pierwszy raz spotkałem kolesia i dostałem orgazmu na środku korytarza ocierając się o jego nogę!
- O kurwa. - Wyrwało się Lukasowi słysząc jak mu się wydawało koniec historii.
- No właśnie, o kurwa! I wiesz co jeszcze? Jak ze mnie wstał to powiedział, cytuję „Wydawałeś śliczne dźwięki, mógłbym Cię słuchać cały dzień”. Wyobrażasz to sobie?
- O ja pierdolę. Przepraszam, że pytam ale co wtedy zrobiłeś?
- Na początku nic, bo ledwo mogłem oddychać a kiedy ten kretyn zaproponował mi, że odprowadzi mnie do pokoju to uciekłem. - Szatyn sam nie wiedział jak może pomóc Michałowi, co doradzić i jak ma w ogóle zareagować.
- Jedynie jak jestem w stanie Ci pomóc to dać czegoś mocniejszego.
- Poproszę. - Długowłosy zmienił pozycję na siedzącą będąc wdzięcznym Lukowi za wysłuchanie i jakby nie patrzeć wsparcie.
      Dwóch braci siedziało przy niskim stoliku od czasu do czasu pijąc letnią już herbatę.
- Amir, wiesz, że jesteś tępy? - Rzekł oburzony Aziz patrząc gniewnie na w ogóle nie skruszonego swoim czynem brata. - Pomyślałeś jak on mógł się poczuć?
- Mogę Cię zapewnić, że czuł się co najmniej bosko. - Odparł z figlarnym uśmieszkiem.
- Wiesz, że nie chodzi mi o jego orgazm kretynie. Jesteś zupełnie jak Ali, tylko o seksie byś myślał.
- Azi, jak już to on jest taki jak ja. A poza tym, ktoś tego dzieciaka powinien nauczyć, żeby schodzić z drogi rodzinie królewskiej.
- Z tego co wiem też nie parzyłeś gdzie idziesz. - Postawa młodszego z braci wyrażała co najmniej irytację zachowaniem Amira.
- Ale ja mogę. Teoretycznie mógłbym go wyrzucić z pałacu za zniewagę mojego książęcego majestatu, więc powinien być mi wdzięczny, że tego nie zrobiłem.
- Jaką zniewagę i jakiego majestatu? Według mnie powinieneś go przeprosić za ten tekst o tym jak cudownie jęczał i za to, że zrobiłeś to specjalnie. - Książę podniósł delikatnie głos, chcąc wywrzeć na swym bracie jakiekolwiek prawidłowe zachowanie.
- Nie zrobiłem tego całkiem specjalnie, przynajmniej nie na początku.
- Przeproś go.
- A ja mam inny pomysł. - Amir uśmiechnął się szeroko pokazując przy tym idealnie równe białe zęby. - Nie wiem czemu ale ten dzieciak mi się podoba.
- Na prawdę powinniście z Alim założyć spółkę, jeden molestował by gówniarzy a drugi wszczynał burdy gdzie popadnie, a obrażanie każdego jak leci byłoby w pakiecie do innych usług! - Aziz wybuchnął widząc minę najstarszego z książąt.
- Dramatyzujesz, chcesz poznać szczegóły mojego planu?
- Nie, nie chcę wiedzieć jak masz zamiar go wykorzystać. A tak właściwie to co się stało z tym twoim kochaniem, misiem czy innym skarbem? - Zapytał przypominając sobie o rzekomym obiekcie westchnień Amira.
- Wiesz Aziś, bo to taka śmieszna historia. Chodzi o to, że wymyśliłem go dla ojca żeby nie starał się mnie z nikim swatać, a żeby to było bardziej wiarygodne to wam też o nim powiedziałem.
- Okłamałeś nas dla świętego spokoju? Czy Ciebie do reszty pogięło? Dobra, rozumiem, że miałeś dość tego swatania ale mi i Aliemu mogłeś powiedzieć. - Aziz mówił na pozór spokojnym głosem, lecz dla kogoś kto znał go lepiej było w nim słychać zawód.
- Przepraszam...Wiem, że nie powinienem was okłamywać ale to się już więcej nie powtórzy.
- Mam nadzieję i załóżmy, że Ci wybaczam. Tylko nie wiem jak Ci pójdzie rozmowa z Alim.
- Wiesz, że jesteś jednym z moich ulubionych braci? - Amir uśmiechnął się lekko starając się udobruchać Aziza, któremu powoli wracał dobry humor.
- Nie obraź się ale jestem zmęczony, pójdę się położyć. - Nie czekając na odpowiedź wyszedł z salonu pozostawiając na stoliku niedopity napój oraz siedzącego na jednej z miękkich poduch księcia.”Może Azi miał rację i nie powinienem tak traktować tego dzieciaka” Pomyślał gdy został sam w pomieszczeniu. Zaraz potem odgonił od siebie te myśli obmyślając dokładnie swój plan, krok po kroku, nie mógł sobie pozwolić na jakikolwiek błąd.
     Dwóch nastolatków chwiejących się delikatnie na pod wpływem alkoholu siedziało na podłodze nieopodal kominka, w którym wesoło trzaskał ogień. Obaj narzekali na wszystkich znanych im mężczyzn.
- I ja muszę wybierać pomiędzy tymi idiotami, rozumiesz? I podobno z nikim innym nie będę szczęśliwy! A to wszystko dlatego, że wszechświat tak stwierdził. - Prawie krzyczał Lukas z butelką w ręku.
- Ty to chociaż ich jakoś normalnie poznałeś, a tak swoją drogą to skąd wiesz, że to Ci? - Michał przysunął się delikatnie w kierunku szatyna szukając za plecami tyłu kanapy na którym mógłby się oprzeć.
- Wiesz, po prostu mi się podobają i przy nich czuję się tak dziwnie, ale pozytywnie. - Odparł po krótkim zastanowieniu. - Szczerze nie wiem co mam w ogóle myśleć o tym wszystkim.
- Czy Lorie nagadała Ci tych wszystkich pierdół o przeznaczeniu i tak dalej? - Zapytał lekko przeciągając niektóre sylaby. - Posłuchaj, bo ona nie powiedziała Ci wszystkiego. - Kontynuował nie czekając nawet na odpowiedź ze strony Lukasa. - Bo ty nie musisz wybierać, rozumiesz? - Tym razem spojrzał na chłopaka wyczekując potwierdzenia, kiedy ten kiwnął głową ponownie zaczął mówić. - Chodzi o podświadomość, to ona decyduje.
- Nie rozumiem Cię, ale chcę rozumieć. - Wybełkotał typowo pijackim tonem starając się mówić wyraźnie, co nie do końca mu wychodziło. - Bo czuję, że jesteś wpszontku. - Po wyrażeniu jakże niezrozumiałej dla innych myśli przystawił butelkę do ust i pociągnął solidnego łyka.
- Chodzi o to, że możesz zdecydować ale nie musisz. - Młodszy chłopak poszedł w ślady swojego towarzysza wlewając w siebie kolejną porcję alkoholu. Gdy obaj odstawili już puste butelki drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem a do pokoju weszli Lorie i Gabriel. Blondynka rozejrzała się w poszukiwaniu Lukasa, którego miała nadzieję zastać, lecz niestety nic poza ostrym zapachem alkoholu nie przykuło jej uwagi.
- Ale tu śmierdzi. - Skomentowała marszcząc nos w wyrazie obrzydzenia. - I gdzie Luk?
- Tu estem! - Usłyszeli krzyk zza kanapy, skąd zaraz wyłoniła się brązowa czupryna. - Jak dopsze faz  widzieć. - Chłopak ledwo utrzymywał się na nogach mając za podpórkę dość stabilny mebel.
- Lukas, ile wypiłeś? - Zapytał brunet podchodząc bliżej. - I czemu piłeś sam?
- Nie piłem sam! - Szatyn krzyknął z typową dla stanu w jakim się znajduje manierą.
- A niby z kim? - Gabriel starał się być opanowany, lecz gdy patrzył na pijanego Lukasa sam nie wiedział czy ma na niego nakrzyczeć czy się roześmiać. Widok jaki prezentował młody książę był przekomiczny, co chwila chwiał się na nogach by zaraz chwycić się kurczowo oparcia kanapy a gdy uścisk tracił na sile sytuacja się powtarzała.
- Z Miałem. - Szatyn uśmiechnął się, po czym chcąc poprawić zsuwające się okulary upadł na podłogę wywołując śmiech u stojącej metr dalej dziewczyny.
- Mów wyraźniej bo Cię nie rozumiem. - Gabriel  czekał na odpowiedź z założonymi na piersi rękoma lecz gdy jej nie usłyszał zaniepokojony udał się do miejsca w którym jak się okazało spało dwóch chłopaków obłożonych dookoła pustymi butelkami. Brunet widząc spitych nastolatków westchnął głęboko wzbudzając zainteresowanie Lorie.
- O co chodzi? - Blondynka nie czekając na odpowiedź dołączyła do Gabriela prawie natychmiast wybuchając ponownie śmiechem. - Nieźle się urządzili. - Skomentowała w przerwie pomiędzy kolejnymi salwami niekontrolowanego śmiechu.
- Zostawiamy ich tutaj czy przenieść ich na łóżko? - Mężczyzna spojrzał z politowaniem na chrapiących głośno chłopaków.
- Wiesz, że oni się aż proszą żeby ich tu zostawić. - Odparła uspokoiwszy się.
- Chyba masz rację. Poza tym i tak misiek będzie nam wdzięczny za dyskrecję, prawda? - Gabi uśmiechnął się sugestywnie do Lorie, która przytaknęła chichocząc pod nosem.
- W takim razie nic tu po nas.-Dziewczyna wycofała się w kierunku własnej sypialni dalej mając przed oczami widok ledwo trzymającego się w pionie Lukasa. - Szybko go ścięło. - Wszeptała do siebie przekręcając klucz w zamku. Kiedy przekroczyła próg tak dobrze znanego sobie pokoju po raz kolejny uświadomiła sobie monotonnie swojego życia, codziennie rano pobudka, poranna toaleta, śniadanie, spotkanie z rodziną, wykonywanie wciąż tych samych obowiązków, obiad, spacer w ogrodzie, codzienny patrol razem z Gabrielem, kolacja, godzina z książką, wieczorna toaleta, sen. Tak wyglądało to dopóki nie zamieszkali przez jakiś czas w Alverii, codziennie spędzała czas inaczej, codziennie działo się coś nowego. Żałowała tylko, że wizyta tam trwała tak krótko, zaledwie miesiąc a już zdążyła się przyzwyczaić. Związała długie włosy w wysoki kucyk i udała się w kierunku łazienki gdzie jak co dzień rozmyślała o swojej drugiej połowie biorąc długą kąpiel. Tym razem było jednak inaczej, siedząc w dużej wannie nie marzyła o płomiennej miłości, lecz o wyrwaniu się z ram jakie nałożyła jej rzeczywistość, myślała o tym co by było gdyby nie mieszkała w pałacu, gdyby nie służyła państwu w tak bezpośredni sposób, gdyby jej życie nie było zależne od  rozkazów króla. Myślała o wolności w jak najczystszej postaci, o decydowaniu o wszystkim samej, o byciu niezależną. - Chciałabym tam wrócić. - Powiedziała myśląc o krainie w której przyszło jej spędzić 30 dni.
     Taavi podniósł się na łóżku od razu czując pulsujący ból głowy, stęknął delikatnie starając się otworzyć oczy. Wbrew oczekiwaniom nie uderzyło w niego oślepiające światło, lecz przyjemny półmrok. Rozejrzał się po pokoju oświetlanym tylko pojedynczymi świeczkami usiłując przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia, pamiętał jak zaczął pić z Alim, później jak wspominali stare czasy a jeszcze później...Co było później? Skupił myśli co zaowocowało jeszcze większym bólem głowy. Już miał ponownie udać się do krainy snów, gdy usłyszał siarczyste przekleństwo z ust królewskiego potomka.
- Jak na księcia pięknie się wyrażasz. - Wyszeptał zachrypniętym głosem, a jego widok tylko spotęgował efekt potępionego imprezowicza. Pod oczami prezentowały się sińce kontrastujące z jego bladą cerą, długie włosy stały się jednym wielkim kołtunem, spierzchnięte wargi rozchylały się niemo prosząc o wodę a odbite wzory pościeli na twarzy dopełniały całości.
- Z łaski swojej mów ciszej. - Odezwał się Ali, który wyglądał niewiele lepiej od błękitnookiego szlachcica. - Gdzie jest woda? - Rzucił w przestrzeń rozglądając się po pokoju, gdy dojrzał to czego szukał podniósł się ze swojego łóżka by chwile później móc rozkoszować się chłodnym płynem pieszczącym wręcz jego suche usta. Tęczowowłosy widząc łapczywie pijącego księcia poczuł jeszcze większą suchość na języku, postanowił więc się przemóc i wstać po drugą z butelek, które ktoś łaskawie zostawił na stole.
- Nigdy więcej. - Powiedział gdy z wielkim trudem doczłapał do celu. Praktycznie od razu wypił połowę zawartości i ku jego uciesze ból zelżał, a właściwie praktycznie zniknął. - Ktoś chyba dolał wywaru czarnego bzu i krawnika. - Powiedział czując się o niebo lepiej.
- I aloesu, nie wiem kto to zrobił ale jestem mu winien przysługę. - Książę odstawił butelkę na której dnie jeszcze znajdował się zbawienny wywar. - Chyba musimy porozmawiać na spokojnie. - Taavi kiwnął głową zgadzając się z Alim. - Chodzi przede wszystkim o dobro Luka i jego szczęście. Doskonale wiesz, że mój ojciec nie odpuści dopóki nie postawi na swoim.
- Wiem o tym, ale i tak nie mam zamiaru z niego rezygnować ponieważ rościsz sobie do niego większe prawa. Wydaje mi się, że Lukas jest mi przeznaczony i to właśnie ze mną będzie szczęśliwy. - W jego głosie słychać było zaciętość oraz troskę względem szatyna.
- Posłuchaj, może Ci się wydawać ale ja wiem, że przeznaczenie wybrało go na mojego partnera. - Odparł gniewnie Ali. - Czy ty nie rozumiesz, że Luk też troszczy się o swoje przyszłe dzieci. Jeżeli zwiąże się ze mną będzie miał pewność, że nie zostaną zmuszone do ślubu z kimkolwiek wbrew własnej woli. - Mężczyzna podniósł głos marszcząc brwi niczym  tygrys prezentujący swoją siłę przed potencjalnym agresorem. - Byłbym dla niego lepszym partnerem niż ty, więc odpuść teraz z honorem puki jeszcze go masz! - Książę nie czekał na jakąkolwiek odpowiedź atakując słowami niczym ostrym nożem.
- Tak uważasz? Mogę Cię zapewnić, że dla Luka byłbym w stanie zrobić wszystko by był szczęśliwy. A poza tym, gdzie byłeś kiedy przeżywał trudne chwile?! No gdzie?! Pewnie debatowałeś nad herbatką, kiedy on potrzebował wsparcia! Zamiast dać mu oparcie, którego teraz mu potrzeba ty zachowujesz się jak jakiś casanowa chcąc zaciągnąć go do łóżka! - Wykrzyczał Taavi mając nadzieje, że choć co drugie słowo dotrze do Aliego.
- Ja chociaż nie obchodzę się z nim jak z pięciolatkiem i traktuję go normalnie. I nie próbuje go zaciągnąć do łóżka jak ty to pięknie ująłeś, ja po prostu prowadzę z nim normalną rozmowę i z tego co zauważyłem to on również lubi prowadzić inteligentne rozmowy, na które niestety z tobą nie ma szans. - Ich rozmowa przerodziła się w klasyczną kłótnię, każdy z nich oskarżał drugiego o coraz to gorsze rzeczy, począwszy od głupoty przez pazerność aż po hipotetyczną niewierność względem Lukasa. Oczywiście w pewnym momencie do ich kwestii wdarły się przekleństwa i wyzwiska, których aż nie warto cytować.
- Skończ już z tym bo obaj doskonale wiemy, że nie jesteś w stanie przyznać się do swojej głupoty i odpuścić. - Postanowił przerwać Taavi po dość długiej wymianie zdań.
- Uwierz mi, że doskonale wiem kiedy odpuścić. I wiem, że teraz tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - Księciu powoli puszczały nerwy, dookoła niego powietrze zaczęło delikatnie drżeć, jego oczy przybrały barwę hebanu ukazując idealnie wręcz jego emocje. - Mam zamiar walczyć o Luka i nic ani nikt mi w tym nie przeszkodzi, a na pewno nie ty! - Taavi patrzył na Aliego z wściekłością w oczach marszcząc brwi w wyrazie wściekłości.
- Jeżeli uważasz, że choć w małym stopniu na niego zasługujesz, to się mylisz. I nie spocznę dopóki Lukas nie będzie szczęśliwy! - Błękitnooki panował nad swoją magią oraz emocjami resztkami sił. Jeszcze chwila i wybuchnąłby rozpoczynając istne piekło i zamieniając wszystko dookoła w gruz, jednak dość głośny trzask drzwi ostudził ich obu uchraniając tym samym wszystkie meble od zniszczenia.
- Co tu się dzieję?! - Głęboki kobiecy głos rozniósł się po pokoju wywołując dreszcze na plecach obu mężczyzn.
- Przepraszam ciociu, ale chyba zawiodłem twoje oczekiwania. - Rzekł Taavi ze skruchą nie pasującą do swojej poprzedniej postawy.
- To, to ja wiem. Pytałam co tu się wyprawia. - Kobieta podparła ręce na biodra spoglądając na w jej mniemaniu bijące się dzieci. - Słyszałam, że nie potraficie się dogadać. - Kontynuowała, gdy zamiast odpowiedzieć obaj pochylili głowy niczym skarcone pięciolatki.
- Ciociu, bo to chodzi o to, że to on podszedł i zaczął się wtrącać.
- Nie kłam, to ty mnie pierwszy obraziłeś.
- Przestańcie się licytować kto zaczął, bo i tak mnie to nie interesuje. Taavi, obraziłeś go? - Błękitnooki pokiwał nieznacznie głową. - Ali, przerwałeś Taaviemu i Lukasowi w rozmowie?
- Tak proszę pani. - Odpowiedział z szacunkiem książę.
- Tak, więc czy nie powinniście się wzajemnie przeprosić? - Rudowłosa kobieta spojrzała na nich wymownie unosząc brwi. Obaj jak na komendę odwrócili się w swoją stronę i podali sobie ręce w geście pokoju.
- Przepraszam. - Padło z ich ust w tym samym momencie a drzwi pokryły się czarnymi wzorami znikając chwilę później.
- I nie mogliście tak od razu? Na prawdę chłopcy, korona by wam z głowy nie spadła. - Elizabeth westchnęła głęboko odwracając się w kierunku wyjścia. - I jeszcze jedno, obaj macie zakaz zbliżania się do Lukasa, aż do odwołania. - Nim którykolwiek z nich zdążył zareagować drzwi zamknęły się z lekkim trzaskiem pozostawiając ich w osłupieniu.
- Co się właśnie stało?
- Wydaje mi się, że twoja ciotka dała nam szlaban. Mam pytanie, co się stanie jeżeli złamiemy ten zakaz? - Ali spojrzał na Taaviego z obawą malującą się w brązowych oczach.
- Wolisz nie wiedzieć. Lepiej już chodźmy.
- To dobry pomysł. - Obaj mężczyźni opuścili pokój natychmiast się rozdzielając.
       Rudowłosa dziewczyna siedziała na parkowej ławce, dochodziła już dziesiąta, a ona nie marzła. Nie była w stanie poczuć chłodu otaczającego ją powietrza, myśli krążyły bezwładnie po głowie, serce kołatało w piersi z natłoku wrażeń, a ona nie mogła się ruszyć. Gdyby ktoś do niej podszedł i spytał o imię nie potrafiłaby się przedstawić o ile w ogóle pojęłaby sens słów.
- O kurwa. - Wyszeptała sama do siebie jeszcze raz próbując przetrawić świeżo nabyte informacje. Mimo, iż wiele razy próbowała stawić temu czoła i chwilami nie widziała nic dziwnego w swoim życiu nie dawała sobie z tym rady. Czuła się zagubiona, oszukana przez osobę dla niej bardzo ważną. Minęłoby dużo czasu zanim postanowiłaby wstać, lecz krótki dźwięk przychodzącej wiadomości przywrócił ją do świata realnego, w jednej chwili uderzyło w nią zimno, uszy zostały owiane ciszą nocy a oczy spostrzegły delikatne kontury krzaków oświetlanych nikłym światłem latarni. Sięgnęła po telefon do kieszeni jasnych spodni, machinalnie odblokowała urządzenie czytając natychmiast nową wiadomość „Wracaj do domu, jest zimno, kocham Cię :*”. Amelia uśmiechnęła się na widok wiadomości od osoby o której przed chwilą myślała jak o zdrajcy. Odpisała tylko krótkie „Ok” i wstała z ławki mocniej opinając się stosunkowo cienką flanelową koszulą. Starała się iść szybko uciekając przed mrokiem za jej plecami, gdy poczuła dłoń na swoim ramieniu. Spanikowana krzyknęła odwracając się i prawie od razu atakując zakapturzoną postać, lecz jej pięść została złapana nim zdążyła dosięgnąć celu.
- Następnym razem wyprowadzaj cios całym ciałem, jeżeli chcesz się obronić. - Jak się okazało dość przystojny chłopak uśmiechnął się do niej serdecznie dalej trzymając jej dłoń.
- Adaś?! Czyś ty do reszty zgłupiał?! - Krzyknęła wyrywając rękę by uderzyć go tym razem w ramię na co niemalże dwumetrowy jegomość zareagował gromkim śmiechem. - Mogłeś krzyknąć, a nie mnie straszyć, czy ty w ogóle myślisz? - Powiedziała z wyraźną pretensją ponownie uderzając tym razem odrobinę mocniej.
- Przepraszam, a tak właściwie co robisz o tej godzinie w parku?
- Musiałam przemyśleć kilka spraw, a Ciebie co sprowadza? - Nie wiedzieć czemu to pytanie wzbudziło w blondynie pewne zakłopotanie, co chwila jego wzrok uciekał gdzie indziej nie chcąc się spotkać z oczami Amelii.
- Em, jestem na spacerze. - Brwi dziewczyny zacisnęły się w konsternacji.
- Adaś? Ile my się znamy?
- O co Ci znowu chodzi? - Chłopak patrzył w górę jakby zaciekawiony koronami drzew przez które ledwo było widać Warszawskie nocne niebo.
- Nie kombinuj, tylko odpowiadaj. - Mina dziewczyny coraz bardziej tężała a z każdą chwilą milczenia ze strony Adama jej stopa poruszała się coraz energiczniej tupiąc w asfalt pełen dziur i pęknięć.
- No, długo. - Odpowiedział w końcu dalej nie patrząc na swoją rozmówczynię.
- Więc powinieneś wiedzieć, że mnie tak łatwo nie nabierzesz. Powiesz mi co tutaj robisz? - Na twarzy chłopaka pojawił się delikatny uśmiech który chciał zamaskować odchylając głowę w lewą stronę. - No mówże! - Krzyknęła wyczytując dobre wieści z twarzy przyjaciela.
- Idę na spotkanie, a w zasadzie coś w rodzaju castingu.
- To cudownie! A do czego ten casting? - Amelia zatrzęsła się z zimna obejmując mocniej ramionami na co jej towarzysz zareagował natychmiast zdejmując ciepłą bluzę i przekazał ją rudowłosej. - Dzięki.
- Casting dość nietypowy, do pracy u jakiegoś tam tureckiego szlachcica. Szukają kamerdynerów i asystentów. - Chłopak zaśmiał się promiennie i delikatnie zatrząsł ramionami na skutek zmiany temperatury otoczenia. - To może Cię odprowadzić?- Zaproponował uśmiechając się jeszcze szerzej?
- Jasne, czemu nie? - Odparła po krótkim letargu wywołanym wyznaniem przyjaciela, sama jeszcze nie wiedziała skąd wzięły się u niej złe przeczucia, ale wiedziała, że wydarzy się coś złego.
- A co tam u Ciebie? - Spytał się Adam powoli ruszając w kierunku wyjścia z parku.
- Dalej jestem z Niną, generalnie dobrze nam się układa. - Jej głos zadrżał delikatnie zdradzając jej niepewność i wywołując jeszcze większą ciekawość u rozmówcy. - Ogólnie to się przeprowadzamy. - Dodała ciszej, wkładając ręce do kieszeni, wielkiej jak dla niej, bluzy.
- A gdzie jeśli można spytać? - Chłopak zapytał ostrożnie wiedząc o wybuchowości przyjaciółki.
- Do rodzinnej miejscowości Niny. - Odpowiedziała z lekkim zawahaniem w głosie.
- Czyli do teściów na wyciągnięcie ręki? - Powiedział starając się poprawić Amelii nastrój.
- Tia, chodźmy szybciej bo mi zimno. - rudowłosa ruszyła w kierunku swojego mieszkania. Adam nic nie mogąc poradzić ruszył za nią rozpoczynając rozmowę na neutralny temat by nie wzbudzić w przyjaciółce niepotrzebnych emocji.

piątek, 21 sierpnia 2015

Charakterystyka Książąt

Hej, przeczytawszy rozdział piąty zrozumiałam, że w zestawieniu Aziz, Amir i Ali są do siebie bardzo podobni. Chciałam więc przedstawić ich charaktery aby nie wydali się wam mało wyraziści.
Amir - Często używa zdrobniej w stosunku do bliskich mu osób. Jest urodzonym przywódcą, mimo to stara się objąć tron jak najpóźniej się da. W stosunku do obcych bywa oziębły, jest zaborczy w stosunku do rzeczy, które sobie przywłaszczył. (Np."To mój kubek, tylko ja mogę z niego pić") Zazwyczaj postępuje zgodnie z obmyślonym wcześniej planem, choć chwilami bywa spontaniczny. Często nosi maskę despotycznego narcyza, lecz pod nią nadal jest dzieckiem.
Ali - W przeciwieństwie do Amira nie nosi maski narcyza, on jest narcyzem. Mówi to co myśli, często nie licząc się z uczuciami innych. Lubi rywalizację i smak zwycięstwa. Jest otwarty na nowe znajomości i w miarę możliwości pielęgnuje stare. Często posługuje się Ironią i sarkazmem twierdząc, że jest to przejaw inteligencji. Jest typem zdobywcy, im trudniej mu coś zdobyć lub osiągnąć tym bardziej się stara. Ceni sobie u ludzi bystrość i szczerość.
Aziz - Stara się izolować od obcych, ufa jedynie rodzinie. Uważa, że nie potrzebuje nikogo innego (Oprócz rodziny). Bywa wybuchowy, przy czym zachowuje resztki rozsądku. Często stara się narzucić innym swoje zdanie, opanował manipulacje do bardzo wysokiego poziomu. Jeszcze nie spotkał na tyle wytrwałej osoby by przebiła się przez mur, który wybudował dookoła siebie. W towarzystwie braci zachowuje się swobodnie, tylko wtedy może być sobą.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że mnie nie lubicie i nie chcecie komentować, ale jeżeli macie jakieś pytania piszcie...Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział 6 [Opowiadanie podstawowe]

Statystyki są przerażające, od dwóch dni nawet śladu człowieka! Zero komentarzy, nawet negatywnych, czy anonimowych. Wstydźcie się! Mam również nadzieję, że szósty rozdział przypadnie wam do gustu, jest dość długi jak na moje standardy (4789 słów) więc możecie być ze mnie dumni. Pragnę wam również przekazać, że dopóki nie pojawi się chociaż jeden komentarz, notki będą pojawiać się tylko w moich kopiach roboczych. Tak, więc nie ma nic za darmo. Chcecie czytać komentujcie, nie podoba się wam to miejcie na to wywalone, chociaż zdaję sobie sprawę, że mało ludzi przeczyta tak długi wstęp to nie ma, że nie uprzedzałam. Miłego czytania!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziały na kanapie pijąc już zimną herbatę, żadna z nich się nie odzywała dopóki w jedną z nich nie uderzyła pewna myśl.
- Nina, a co się stanie z Shogunem? Przecież już nie możemy zrezygnować.
- I tu jest kolejna rzecz o której Ci nie powiedziałam. Wzięłybyśmy psa z hodowli w Melishii, nasze zwierzęta żyją dużej i mniej chorują. - Odpowiedziała szatynka, lekko się uśmiechając.
- I pewnie zamierzałaś mi o tym powiedzieć jak dożyłby pięćdziesiątki i był całkowicie zdrowy?
- Emm, no w sumie to miałam zamiar Ci to powiedzieć jak skończyłaby się moja misja tutaj.
- Wiesz, że Cię kocham najbardziej na świecie? I, że jesteś najcudowniejszą kobietą jaką znam?
- Możesz mi wytłumaczyć wszystko od początku do końca? - Powiedziała obojętna na wyznania partnerki.
- Dobrze, więc wychowałam się w dość wysoko postawionej rodzinie. Kiedy miałam siedemnaście lat król postanowił, że przejdę inaugurację wcześniej, i żeby udowodnić, że na to zasługuję miałam odbyć misję. - Mówiła lekko ściszonym głosem, kiedy Amelia postanowiła jej przerwać.
- Czym jest ta cała inauguracja? - Zapytała zaciekawiona.
- To taka uroczystość na której ślubujesz wierność ojczyźnie i stajesz się dorosła według naszego prawa. A tak swoją drogą też będziesz musiała to przejść o ile będziesz chciała ze mną zostać. Tak, więc kontynuując miałam pilnować Luka, żeby nic mu się nie stało jako następcy tronu, a potem kiedy skończy dziewiętnaście lat wytłumaczyć mu czym jest Melishia i przetransportować do pałacu jego dziadka. - Zrobiła krótką przerwę by rudowłosa mogła zadać jakieś pytanie, kiedy nic nie usłyszała postanowiła mówić dalej. - Ale zawiodłam, kojarzysz jak ktoś zapukał do drzwi i nie powiedziałam Ci od razu kto to? - Amelia kiwnęła głową. - Jak powiedziałam Ci, że Luk jest w Melishii i muszę wracać to nie powiedziałam Ci wszystkiego. Ludzie króla Sulejmana porwali Lukasa. - Widząc przerażenie na twarzy dziewczyny szybko wytłumaczyła, że jest bezpieczny i nie mają zamiaru go torturować czy zabijać jak przypuszczała Amelia. Kiedy zielonooka się uspokoiła, Nina postanowiła opowiedzieć jej więcej o krainie w której się wychowała, o zwyczajach tam panujących o kulturze bardzo podobnej do tej z dalekiego wschodu oraz o możliwościach danych przez naturę.
- Czyli, że mogłybyśmy mieć dziecko? - Brunetka potwierdziła ruchem głowy. - Takie nasze, nasze?
- Tak, takie nasze, nasze i tylko nasze. Chcesz wiedzieć jak teraz czy masz jakieś inne ważniejsze pytania? - W pokoju panowała o wiele luźniejsza atmosfera niż jeszcze kilkanaście minut temu, obie dziewczyny co jakiś czas uśmiechały się do siebie bądź chichotały z komentarzy tej drugiej.
- Teraz, muszę wiedzieć jak u was robi się dzidziusie żeby wiedzieć jak nad takim popracować.
- Ok, więc do tego potrzeba dwojga Melishjanów i bardzo silna chęć posiadania dziecka przez obie strony. Tak w skrócie.
- A tak w normalnej wersji? Bo to mi na razie przypomina bajeczkę o pszczółkach czy motylkach.
- Myślałam, że wyjaśnię Ci to w innej chwili, bo mi się nie chce ale dobra. Chodzi o to, że każdy obywatel Melishii po inicjacji otrzymuje tak zwane „atrybuty obywatelskie”, czyli ogon, magię, możliwość decydowania o losie własnym i możliwość posiadania potomstwa, z czego magia i płodność są ze sobą ściśle powiązane. Chodzi o to, że podczas seksu nasze organizmy nie są w stanie utrzymać magii przy sobie i jeżeli moce dwóch osób chcą się połączyć, to po prostu to robią i tak powstaje dziecko. Dodatkowo jest jeszcze kilka innych rzeczy odnośnie wydawania na świat potomstwa. O na przykład kobietom łatwiej zajść w ciąże z kilku powodów, po pierwsze mamy silniejszą chęć posiadania dzieci, po drugie nasza magia jest bardziej żywiołowa.
- A tak hipotetycznie, jakbyśmy chciały mieć dzidziusia to która z nas by była w ciąży?
- Kojarzysz, że u normalnych ludzi łączą się dwie komórki i potem kobieta nosi dziecko? Tak u nas łączą się dwie magie, dwie energie życiowe tworząc jedną całość, nikt nie jest w stanie przewidzieć u kobiet, która z nich będzie nosić dziecko, ponieważ to magia decyduje. Najczęściej nosi je ta bardziej wrażliwa, chociaż różnie to bywa. Na przykład mam dwie starsze siostry, zostały poczęte w jednej chwili a że magia podzieliła się na pół to obie moje matki je nosiły.
- Czyli masz dwie mamy? - Zapytała Amelia przerywając.
- Tak, u nas to normalne. Za to dziwna jest wielodzietność, mam dwie starsze siostry i trzech starszych braci. - Nina uśmiechnęła się promiennie na wspomnie swojej dość hałaśliwej rodziny.
- Czyli będę miała dwie teściowe? Proszę powiedz, że nie są jak te z kawałów.
- Nie, spokojnie, są spoko. Najciekawiej jest w święto Kamish, kiedy zjeżdża się cała rodzina, łącznie jest nas wtedy ok. 70 osób.
- Co to za święto? I dlaczego aż tyle - Zapytała rudowłosa z ciekawością malującą się w głosie.
- Już wiem dlaczego studiujesz kulturoznawstwo. W tym święcie chodzi głównie o to żeby się bawić, to jest coś na wzór święta dziękczynienia i greckich Dionizji. Bawimy się przez siedem dni od 1 do 7 lipca, dajemy sobie prezenty, biesiadujemy i ogólnie miło spędzamy czas. A nazwa wzięła się od zwrotu Kam Shish, co w już dawno nie używanym języku oznacza „Jestem wdzięczny”.
- A skąd tak duża rodzina? - W oczach Amelii dało się zauważyć ogniki ciekawości,
- Rodzeństwo i ich partnerzy i partnerki wraz z dziećmi, wujkowie, ciotki, dziadkowie. To w sumie daje niezły wynik.
- Wiesz co? Aż nie chce mi się wierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę i ciągle mam wrażenie, że to sen. Mogłybyśmy pojechać do tej Melishii czy czegoś tam jak najpóźniej się da?
- Jasne słońce, dla Ciebie wszystko. - Nina przybliżyła się do swojej partnerki składając na jej ustach gorący pocałunek.
- Wiesz, że to był jeden z bardziej oklepanych tekstów jakie słyszałam. - Powiedziała zielonooka gdy tylko się od siebie oderwały - I nie dokończyłaś mi wszystkiego opowiadać. - Brunetka puściła wypowiedź dziewczyny mimo uszu początkowo delikatnie całując jej szyję by chwilę później zassać się na niej robiąc delikatną malinkę, co wywołało w rudowłosej ciche westchnienie. Nina na powrót przywarła ustami do gorącej szyi partnerki tym razem nie zostawiając po sobie czerwonego śladu. Sunęła delikatnie wargami po skórze by co jakiś czas ją podgryźć lub pieścić językiem. Zatrzymała się, napotykając przeszkodę w postaci czarnej koszulki na ramiączka. Odsunęła się delikatnie by móc zdjąć ją ze swojej kochanki, kiedy poczuła jak ta wstaje z kanapy. Spojrzała na nią a widok jaki zastała sprawił, że krew w jej żyłach zawrzała. Amelia zdejmowała powoli bokserkę uśmiechając się przy tym do brunetki, kiedy koszulka znalazła swoje miejsce na podłodze dziewczyna opuściła salon zmysłowym krokiem, udając się do sypialni.
Wracał do swojej komnaty z dość miłego obiadu wskazaną wcześniej drogą. Poznawszy księcia Amira i Aziza stwierdził, że pobyt w pałacu wcale nie będzie taki straszny. Całą królewską rodzinę zainteresowały Alverijskie obyczaje i święta takie jak dzień matki, dzień ojca, dzień dziecka czy innego rodzaju dni wyróżniające się swoją symboliką. Kiedy zaczął opowiadać o tradycjach w Polsce książę Amir stwierdził, że można by wprowadzić kilka takich jak śmigus dyngus czy walentynki dla urozmaicenia życia mieszkańców. Lukas zaśmiał się na wspomnienie przebiegłego uśmiechu na twarzy Aliego, gdy wytłumaczył na czym polega Prima Aprilis. Gdy dotarł już pod drzwi swojej komnaty i chwycił za klamkę poczuł na swoich oczach czyjeś dłonie.
- Zgadnij kto to? - Usłyszał bardzo cichy szept, przez co nie łatwo było mu zidentyfikować osobę stojącą za nim. Jednak gdy do jego nozdrzy dotarł zapach poziomek, którymi pachniała tylko jedna osoba, wiedział z kim ma do czynienia.
- Cześć Taavi. - Odpowiedział uśmiechając się szeroko.
- Cześć, kociaku. Skąd wiedziałeś, że to ja? - Tęczowo włosy zdjął ręce z oczu szatyna, który nacisnął mocno klamkę i wszedł do pokoju. Taavi widząc, że chłopak nie zamknął za sobą drzwi wszedł za nim.
- Po zapachu, pachniesz jak poziomki. - Odpowiedział jakby nigdy nic, po czym usiadł na jednym z foteli stojących przy kominku. Chwilę później drugi zajął Taavi.
- Przyszedłem, żeby przekazać Ci list od twojego dziadka. Jest zaplombowany magicznie tak, że tylko ty możesz go otworzyć. - Młodo wyglądający mężczyzna wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni płaszcza i podał ją Lukasowi. Chłopak otworzył list bez żadnego problemu i zaczął czytać jego treść w myślach. „Drogi Lukasie, jeżeli zapoznałeś się z treścią listu z odpowiedzią dla Sulejmana wiesz co napisałem. Musisz jednak wiedzieć, że czuję się winny z powodu twojego porwania, jak widać nie zapewniłem Ci wystarczającej ochrony. Nina, dziewczyna obok której mieszkałeś była odpowiedzialna za twoje życie w Alverii. Niestety nie podołała powierzonemu jej zadaniu. Chciałbym abyś wiedział, że w moim pałacu jesteś zawsze mile widziany i chciałbym Cię poznać jak najszybciej to możliwe. Wiedz również, że jesteś przeze mnie uznawany jako dziedzica i wnuka. Nie mów proszę nikomu o treści tego dość krótkiego listu. Jeżeli ktokolwiek będzie pytał możesz powiedzieć, że potwierdziłem moje poprzednie słowa. Treść listu jest widoczna tylko dla Ciebie więc nie musisz się obawiać, że ktoś go przeczyta. Razem z twoją matką czekamy na Ciebie, napisz jak tylko będziesz mógł. „ Kiedy skończył czytać sam nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć, jednego dnia dowiaduje się o tym, że jego dziadek się go wyparł, a kilka godzin później cofa wszystkie słowa. Na dodatek nie wiedział po co w ogóle się go wyrzekał, zamiast zgodzić się na rozejm w zamian za jego wolność, skoro rzekomo na niego czeka i nie może się doczekać spotkania.
- Mogę do niego napisać? - Spytał chowając kartkę z powrotem do koperty.
- Tak, żaden problem. Przynieść Ci kartkę i pióro? - Szatyn pokiwał przecząco głową.
- Powiesz mi coś więcej o tym wszystkim? - Mówił przyciszonym głosem przymykając delikatnie powieki.
- A co chcesz wiedzieć kociaku? - Odpowiedział patrząc się na profil chłopaka. Jego twarz wydawała się spokojna, jak gdyby spał.
- Nie wiem, może coś o tej całej inauguracji o której wszyscy tak gadają. - Taavi patrzył na poruszające się pełne wargi chłopaka. - I dlaczego mówisz do mnie „kociaku”? Mam imię.
- Mówię tak do Ciebie, bo przypominasz mi kociaka, a poza tym bardzo lubię koty. Jeżeli spotkałbyś kiedyś jakiegoś kota na korytarzu to możesz mieć pewność, że jest mój. A co do inauguracji, to po prostu powtarzasz słowa urzędnika bądź króla, on potem mówi formułkę i jak gdyby nigdy nic pojawia Ci się ogon.
- Jak to jest mieć ogon? - Spytał obserwując kątem oka lekko poruszającą się kitę.
- To w zasadzie jakbyś miał dodatkową rękę z parkinsonem, nie słucha się ciebie ale czasem jest użyteczna. A właśnie i też jest coś takiego, że im masz ładniejszą kitę tym bardziej atrakcyjny jesteś. A tak właściwie kiedy dokładnie masz urodziny?
- Piętnastego stycznia, a dlaczego pytasz? - Lukas zmienił pozycję siedząc teraz w poprzek fotela.
- Bo znając króla nie wypuści Cię wcześniej. Powiem tak, on jest dobrym człowiekiem tylko czasami nie wie kiedy odpuścić. Aktualnie za punkt honoru wziął połączenie rodów, odpuści sobie dopiero kiedy poślubisz kogoś spoza rodziny królewskiej. - Chłopak skrzywił się lekko na informację o zawziętości władcy. - Ale może zmienimy temat?
- Ok, to o czym chciałbyś porozmawiać? - Zapytał na powrót radosny młodzieniec.
- Na przykład o spacerze po ogrodzie, na który mam nadzieję się zgodzisz. - Taavi spojrzał się na Luka z błyskiem nadziei w oczach.
- Z przyjemnością, mam już dość tych samych czterech ścian. - Obaj wstali w tym samym momencie, udając się w kierunku drzwi. Zaraz po opuszczeniu komnaty, błękitnooki zaproponował ramię szatynowi na co ten zareagował cichym prychnięciem, jednocześnie korzystając z niemej propozycji. - Opowiesz mi trochę więcej o swojej rodzinie? Bo Lorie powiedziała mi tylko tyle, że jesteście dość specyficzni.
- Jasne, tak w zasadzie to jesteśmy dość specyficzni. Nie jesteśmy rodziną od samego początku, ja i Gabriel znamy się od małego. Gabi jest ode mnie starszy o trzy lata i był dla mnie jak starszy brat, teraz ta różnica się zatarła. Nasi rodzice byli bliskimi przyjaciółmi, pracowali dla króla i byli dość wysoko postawionymi urzędnikami. Kiedy mieliśmy po dziesięć i trzynaście lat zostali wysłani z misją na Alverię, już nie pamiętam, co mieli załatwić, ale to nie ma już znaczenia. Krótko mówiąc mieli wypadek, zginęli na miejscu. Z Gabim zostaliśmy sierotami, normalnie trafilibyśmy do sierocińca, ale ciocia, przyjaciółka naszych rodziców, przygarnęła nas i dała ciepły dom i serce. Potem, kiedy byliśmy już dorośli pojawiła się Lorie. Jej historia jest troszkę inna, jej matka zakochała się w Alveriiczyku, wzięli ślub, a jakiś czas później na świecie miała się pojawić Lorie. Jej ojciec dowiedział się o Melishii i o magii, kiedy jego żona była w ósmym miesiącu, zostawił ich. Tak po prostu, stwierdził, że to ponad jego siły. Wracając do tematu, Lorie została podrzucona do pałacu jak miała może trzy miesiące, w liście było wszystko wyjaśnione. Podobno jej matka nie mogła na nią patrzeć, bo zbyt przypominała ojca. - Taavi z każdym słowem stawał się coraz bardziej pochmurny. - Ciocia postanowiła się nią zająć, sama stwierdziła, że najprawdopodobniej nigdy nie będzie miała własnych dzieci nie mogąc znaleźć partnerki. Tak, więc stało się nas troje. Pomagaliśmy cioci jak tylko mogliśmy, ale zamiast stać się pomocnymi wujkami, jesteśmy dość fajnymi braćmi. - Szli cały czas przez różnego rodzaju korytarze, Lukas zapatrzony w mówiącego Taaviego, który tymczasowo żył w swoim własnym świecie. Żaden z nich nie wiedział o osobie śledzącej ich od dłuższego czasu. Wreszcie dotarli do ogrodu, który szatyn mógł obserwować jedynie przez duże okno w pokoju. Osiemnastolatek prawie natychmiast zostawił Taaviego na rzecz pięknych kwiatów o każdym kolorze i odcieniu. Każdy kwiat miał inny kształt wyróżniając się na tle całej reszty, chłopak przypatrywał się im z widocznym zachwytem.
- Są śliczne. - Powiedział w przestrzeń pochylając się nad krzakiem z różowymi kwiatami o intensywnym cukierkowym zapachu.
- W ramach ciekawostki, kwitną co miesiąc. I są sadzone tak aby zawsze w ogrodzie było kolorowo. - Powiedział stojący kilka kroków dalej Taavi, który dokładnie lustrował wzrokiem uśmiechniętą twarz młodego mężczyzny.
- Chciałbym mieć taki widok w domu. - W głosie osiemnastolatka słychać było nutę smutku na wspomnienie o poprzednim miejscu zamieszkania.
- Może usiądziemy? - Szatyn przytaknął, po czym ruszyli wspólnie w kierunku najbliżej stojącej ławki. - Chciałbyś wiedzieć coś jeszcze, kociaku? - Powiedział Taavi, gdy obaj już siedzieli.
- Nie powiedziałeś jak Michał stał się waszą rodziną.
- Przepraszam, ale nie mogę Ci o tym powiedzieć. To jego prywatna sprawa. Może masz jakieś inne pytania, na które mam nadzieję będę w stanie odpowiedzieć.
- Właściwie, to chciałbym się jeszcze dużo dowiedzieć, ale nie wiem o co mam pytać.
- Rozumiem, a mógłbym ja się o coś zapytać? - Chłopak przytaknął, skupiając całą swoją uwagę na tęczowowłosym. - Jak dotychczas wyglądało twoje życie? Nie licząc oczywiście tego, że musiałeś spać na matmie, biorąc pod uwagę twoje zaległości. - Na twarzy Taaviego pojawił się delikatny uśmiech.
- Ej, na matematyce wcale nie spałem, po prostu nie umiałem się skupić na temacie. - Lukas zaśmiał się serdecznie, lekko przymrużając oczy, a na jego policzkach pojawiły się dołeczki. -Odpowiadając na twoje pytanie, to moje życie było trochę zakręcone, ale jakoś sobie radziłem. Jak byłem mały mieszkałem w Japonii z mamą, chodziłem do najlepszego przedszkola w Osace, potem do najlepszej podstawówki. Później ojciec się o mnie upomniał i przez dwa lata mieszkałem z nim w Anglii. Po dość dużej awanturze zamieszkałem w Polsce z dziadkiem. I szczerze tam mi się najbardziej podobało, tam miałem chociaż Ninę, Amelkę i dziadka.
- Pewnie kiepsko się czułeś, jak żegnałeś tak często przyjaciół?
- Niekoniecznie, nie miałem przyjaciół. - Widząc zdziwioną minę rozmówcy kontynuował. - Miałem znajomych, ale nie przyjaciół. Jak mieszkałem z mamą, to w szkole był wyścig szczurów, nikt nie miał czasu na głębsze przyjaźnie, a przynajmniej nie ze mną. W Anglii nie czułem się dobrze i prawie każdą chwilę spędzałem na czytaniu książek i nikt nie chciał zadawać się z nudziarzem. Za to w Polsce w trzeciej gimnazjum wszyscy już mieli znajomych a ja byłem tam nowy, więc też się ze mną nie zadawali. A poza tym poznałem Ninę i w miarę dobrze się dogadywaliśmy. Później w dwa lata zmieniałem trzy razy szkołę i za każdym razem byłem outsiderem. W między czasie poznałem Amelię, która szybko wprowadziła się do Niny i w końcu było dobrze. - Na twarzy Lukasa pojawił się smutny uśmiech (Wiem, że to oksymoron dop.od.aut).
- Ale wiesz, że jeszcze je spotkasz? - Taavi starał się pocieszyć szatyna. - Z tego co wiem to ta Nina jest Melishianką, więc nie będzie problemu. - W oczach chłopaka znowu pojawiły się iskierki radości na myśl o przyjaciółce.
- Nie przeszkadzam? - Dobiegł ich znajomy głos. Jakieś trzy metry od nich znajdował się mężczyzna o karmelowym odcieniu skóry.
- Nie, oczywiście, że nie. - Odpowiedział najmłodszy z towarzystwa.
- Cieszę się Lukasie, że moje towarzystwo Ci nie przeszkadza. - Podszedł do mężczyzn siedzących na ławce, po czym delikatnie musnął ustami policzek młodzieńca o brązowych oczach. - Witaj Taavi. - Skinął głową drugiemu, na co w odpowiedzi otrzymał identyczny gest. - Wszędzie Cię szukałem. - Zwrócił się do zdumionego chłopaka. - Miałem nadzieję, że zechcesz towarzyszyć mi i moim braciom w gorących źródłach. - Ali uśmiechnął się szelmowsko, czekając na odpowiedź.
- Przykro mi, ale Lukas właśnie spędza czas ze mną. - Odezwał się Taavi, miotając gromy spojrzeniem.
- Co nie zmienia faktu, że może miałby ochotę zmienić towarzystwo. - Odpowiedział z równie groźnym wzrokiem książę.
- Gdyby nie odpowiadało mu moje towarzystwo, to twoje tym bardziej nie byłoby go godne.
- Z tego co się orientuje, godzinę temu na obiedzie bawił się wybornie w MOIM towarzystwie. - Podkreślił przedostatnie słowo walcząc na spojrzenia z błękitnookim.
- A może dalibyście mi zdecydować z kim chcę spędzać czas?! - Krzyknął Lukas, przerywając im tą bezsensowną i na szczęście krótką wymianę zdań. Był ciekaw czy doszłoby do rękoczynów gdyby nie zareagował, ale wolał nie sprawdzać. Dwie pary oczu skierowały się na niego tracąc całą wrogość, którą jeszcze chwilę temu pałały. - Jeżeli macie się zachowywać jak dzieci walczące o zabawkę to nie mam zamiaru przebywać z żadnym z was. - Powiedział dobitnie, krzyżując ręce na torsie.
- Przepraszam. - Padło od dwóch mężczyzn naraz, oczywiście nie były to wzajemne przeprosiny.
- I myślicie, że przepraszając mnie to załatwicie? - Zapytał retorycznym tonem, jednak uzyskał odpowiedzi. Dwa głosy zlewały się w jeden wyrażając skruchę i niechęć do tego drugiego. - Dosyć! - Znowu krzyknął by uspokoić prawie walczących ze sobą o jego atencję mężczyzn. - Nie mam zamiaru marnować popołudnia na wasze sprzeczki. Macie się szczerze przeprosić, albo nie pokazywać mi się na oczy.
- Ale, kociaku. Dlaczego mam go przepraszać skoro to on nam przerwał rozmowę?
- Z tego co pamiętam, Lukas powiedział, że nie przeszkadzam. - Odpowiedział na słowny atak Ali.
- A co miał powiedzieć? Jest tu od niedawna i nie chciał być niemiły.
- Po naszej porannej rozmowie nie odniosłem wrażenia by był skrępowany moją osobą, nie pomyślałeś, że to przez Ciebie może czuć się nieswojo?
- Obaj macie się zamknąć! Mam dość przekrzykiwania was, widzę Lorie niedaleko fontanny. Pozwólcie, że to do niej pójdę. Nie mam siły na wasze spory, jeżeli dotrzecie do jakiegokolwiek porozumienia z przyjemnością spędzę z wami obojgiem czas, na razie jednak jest to ponad moje siły. - Szatyn wstał z ławki z nonszalanckim spojrzeniem, po czym skierował się w kierunku dziewczyny. Żaden z mężczyzn nie był na tyle odważny by chociaż próbować go zatrzymywać.
- No to mamy przesrane. - Skwitował książę z niewyraźną miną.
- Mógłbyś się wyrażać jak na członka rodziny królewskiej przystało.
- Nie widzę potrzeby, ponieważ to określenie idealnie oddaje naszą sytuację.
***
Blondynka spacerowała wolno po dość dużych rozmiarów ogrodzie, gdy dostrzegła zbliżającą się do niej postać.
- Cześć Luk, stało się coś? - Zapytała widząc minę chłopaka. Wyglądał na zdenerwowanego.
- Te dwa osły kłócą się o mnie jakbym był co najmniej ze złota. - Odparł wskazując wzrokiem kłócących się ze sobą dwóch mężczyzn. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie, spokojnie. Nawet byłam u Ciebie w komnacie, żeby Cię wyciągnąć, ale jak widać ktoś mnie wyprzedził. - Lorie uśmiechnęła się serdecznie, wywołując tym samym równie szeroki uśmiech na twarzy Lukasa. - A tak poza naszym małym Zoo, jak Ci się to podoba?
- Małym Zoo? - Spytał chłopak, patrząc się na dziewczynę co najmniej jakby była z innej planety. (Co z tego, że jest z magicznej krainy i ma ogon dop.od.aut)
- No, powiedziałeś o nich „osły”, więc już można powiedzieć, że mamy mini Zoo.
- Trafne spostrzeżenie. Generalnie to nie mam za dużo doświadczeń poza rozmowami i snem, ale nie jest źle.
- Nie martw się, już nie powinieneś tak dużo spać. W twoim organizmie nie ma już praktycznie żadnych toksyn. A tak właściwie, to co sądzisz o swoich adoratorach? - Zmieniła temat i od razu zauważyła za twarzy chłopaka delikatne zażenowanie.
- Nie mam żadnych adoratorów. - Powiedział i ruszył powoli wąską ścieżką ledwie mogącą zmieścić dwie osoby, idące obok siebie. Dziewczyna natychmiast zrównała z nim krok, uśmiechając się sugestywnie. - No co? - Spytał pesząc się jeszcze bardziej.
- Przyznaj, który Ci się podoba? - Zapytała radosnym głosem.
- Nie wiem o czym mówisz. Swoją drogą przypominasz mi moją przyjaciółkę, też wszędzie widziała mi przyszłych partnerów. - Spróbował lekko zmienić temat, mając nadzieję, że Lorie zapyta się o jego sąsiadkę.
- Wiem, że nie wyglądam, ale jestem po pięćdziesiątce i swój rozum mam, gadaj który.
- Naprawdę, nie wiem o co Ci chodzi. - Na twarzy Lukasa dało się zauważyć lekki rumieniec, którego nie udało mu się powstrzymać jak przy rozmowie z Alim dzisiejszego poranka.
- Nie mów, że obaj Ci się podobają. - Zażartowała blondynka, lecz widząc pogłębiającą się czerwień na twarzy chłopaka zrozumiała niemą odpowiedź. - I co masz zamiar zrobić z tym fantem? - Powiedziała dosyć poważnie, jak na siebie, oczywiście.
- Em, poczekam i zobaczę. Po prostu obaj mi się fizycznie podobają i tyle. A jeżeli chodzi o charaktery, to obaj coś w sobie mają.
- Lukas, ale ty wiesz, że najprawdopodobniej Ci nie przejdzie. - Chłopak spojrzał na nią zaskoczony. - Jeżeli z jednym nie ograniczysz teraz kontaktów do minimum, to utoniesz w tym bagnie. Jeżeli nawet delikatnie zaiskrzyło, to jest tylko kwestia czasu, aż to przerodzi się w miłość.
- Więc nie znając żadnego z nich mam zdecydować, w którym chce się zakochać albo namówić ich na trójkąt, bo obaj mi się podobają? - Spytał z naturalnym dla siebie w takich sytuacjach tonem.
- W sumie to można by to tak podsumować, chociaż z tym trójkątem lekko przegiąłeś. A mówiąc teraz, miałam na myśli jak najszybciej. Wiesz to w końcu ważna decyzja, a poza tym to Ci zazdroszczę.
- Czego? Dwóch debili kłócących się, który spędzi ze mną czas? - Lukas zaśmiał się dźwięcznie, przy rozmowie z Lorie każdy powód do uśmiechu wydawał się niezwykle ważny.
- Nie do końca, chociaż w sumie czemu by nie? Każde życzenie czy prośba jest dla nich jak rozkaz, nieba Ci przychylą byle byś takiego wybrał. - Podsumowała z lekko zamyśloną miną, co przyprawiło chłopaka o kolejną salwę śmiechu. - Ale ja nie o tym, po prostu wielu z nas czeka bardzo długo by spotkać swą drugą połówkę. Jest szansa, że ukochany czy ukochana osoby mieszkającej na północy znajduje się na południu, przez co mogą się w ogóle nie spotkać. - Dziewczyna zakończyła swoją wypowiedź głębokim westchnięciem, jakby wiedziała, że właśnie gdzieś na północy znajduje się osoba jej przeznaczona. - Bardzo rzadko zdarza się żeby ktoś spotkał aż dwie osoby, z którymi byłby w stanie się związać. -Lukas po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku dni miał sceptyczną minę. - Tego też Ci nikt nie wytłumaczył? To jest coś takiego jak instynkt. Podświadomie wiesz, z kim byś był szczęśliwy i z kim jesteś w stanie stworzyć rodzinę. Znaczy, inaczej, z kandydatem idealnym czujesz chemię od pierwszego spotkania, ale jeżeli na przykład ktoś postanowił wyjść za osobę z rozsądku, bądź rozkazu to jest w stanie stworzyć normalnie funkcjonującą i szczęśliwą rodzinę, ale potem, jeżeli pojawi się „ten ktoś” to często takie związki się rozpadają.
- Wiesz, że naprawdę dużo gadasz - Odpowiedział posiadając nowe informacje, które jeszcze bardziej skomplikowały jego życie.
- Wiem, ale nic na to nie poradzę. - Lorie uśmiechnęła się, pokazując prawie wszystkie zęby. Spacerowali jeszcze godzinę, rozmawiając głównie o roślinach w ogrodzie czy o panującym w całej krainie klimacie.
***
Dwóch mężczyzn siedziało przy stole w milczeniu, obaj przypatrywali się sobie w co najmniej wrogi sposób.
- To nie ma sensu. - Odezwał się jeden z nich. - Siedzimy tu już nie wiadomo ile i nie doszliśmy do żadnego porozumienia. - Położył obie ręce na stole w geście bezradności.
- Pamiętasz, co powiedział? Dopóki się nie pogodzimy mamy mu się nie pokazywać. - Odpowiedział drugi zrezygnowanym tonem.
- Nie rozumiem, po co powiedziałeś o tym wszystkim swojemu bratu. Gdyby nie to, to byśmy tutaj nie siedzieli. - Prawie krzyczał błękitnooki mężczyzna.
- Nie jest tak źle, mógł nas zamknąć w jakimś pokoju dla służby z jednoosobowym łóżkiem.
- Tak, masz rację. - Odparł sarkastycznie. - Powinienem się cieszyć, że mamy dwa łóżka i aż jedną łazienkę, dziękuję Ci Ali. - Mówił podirytowanym głosem.
- Daruj sobie i tak doskonale obaj wiemy, że jak się nie dogadamy, to stąd nie wyjdziemy.
- Powiedziałem Ci już, że nie będę z tobą rozmawiać dopóki mi nie obiecasz, że zostawisz Lukasa w spokoju. - Wysyczał przez zęby wściekły Taavi.
- Nie mam zamiaru sobie odpuszczać i pogódź się z tym. Mam takie samo prawo do rozmowy z nim jak ty. - Odpowiedział i wstał z krzesła, omal go nie przewracając i zaczął nerwowo krążyć po pokoju, rozmyślając nad obecną sytuacją.
- Usiądź, bo dziurę wydepczesz. - Ali przystanął, po czym zwrócił się w kierunku błękitnookiego mężczyzny.
- Pozwól, że zaproponuję Ci układ. - Taavi podniósł brew w geście zaciekawienia. - Kiedy jeden z nas widzi drugiego z Lukasem nie przeszkadza. Szanse mają być wyrównane, więc nie podkładamy sobie świń. Co ty na to?
- Czy ty traktujesz to jak jakieś zawody?! - Tęczowo włosy podniósł głos, patrząc z furią na bruneta stojącego kilka metrów dalej.
- Nie jak zawody, bardziej jak rywalizację o serce Luka, dopóki nie wyzna żadnemu z nas miłości „walka” trwa. Tylko jeszcze jedna zasada, przegrany odpuszcza.
- Niech Ci będzie, widzę, że inaczej nie dojdziemy do kompromisu. - Odpowiedział zrezygnowanym głosem i podniósł się wyciągając rękę w kierunku Aliegio, który mocno ją uścisnął. - Zawołaj Amira, skoro już się dogadaliśmy, to chyba możemy wyjść. - Brunet podszedł do drzwi i mocno zapukał, chwilę później dało się usłyszeć głośne kroki.
- Tak braciszku? - Odezwał się jegomość za drzwiami.
- Wypuść nas, dogadaliśmy się. - Zażądał Ali wściekły na brata.
- Powinny ustąpić same, nałożyłem na nie warunki jakie postawił wam Lukas. - Brunet słysząc brata nacisnął mocno klamkę, lecz drzwi okazały się dalej zamknięte. - Wygląda na to, że jednak nie udało się wam sprostać wyzwaniu, przypomnijcie sobie słowa waszej wyroczni. Do zobaczenia braciszku. - Obaj usłyszeli głośny śmiech Amira i kolejne kroki które z czasem ucichły.
- Luk kazał nam się szczerze przeprosić. - Powiedział cicho Taavi siedząc leniwe na krześle. - Tak, więc przepraszam, że na Ciebie naskoczyłem.
- Dobra ja też przepraszam, za całokształt. - Brunet spróbował jeszcze raz otworzyć wrota, lecz dalej na próżno. - Chyba coś nie działa. - Powiedział patrząc podejrzanie w kierunku wciąż zamkniętego wyjścia z tymczasowej celi.
- Chyba chodzi tu o słowo „szczerze”. Czyli wychodzi na to, że któryś z nas nie żałuje swoich jakże haniebnych czynów. - W słowach błękitnookiego dało się wyczuć coś na kształt rozbawienia z sytuacji w jakiej obecnie się znajdują.
- Jeżeli zarzucasz mi kłamstwo to wiedz, że bezpodstawnie. - Odparł Ali lekko podłapując rozbawienie towarzysza. - Ale to nie zmienia tego, że jesteśmy tu zamknięci.
- W takim razie ja też Ci proponuję układ, tak jak ty mi wcześniej. - Brunet podniósł brew w parodii gestu jaki poprzednim razem wykonał Taavi. - Mamy dostęp do barku, więc z niego skorzystamy i najwyżej później się pomyśli, co ty na to?
- Jak na kogoś tak sztywnego dobrze prawisz. - Mężczyzna podszedł do oszklonej gablotki, wyjmując z niej dwa kryształowe kielichy oraz butelkę z wizerunkiem roznegliżowanej damy. Dosiadł się do stołu, po czym rozlał jak się okazało złocisty napój do kielichów.
- Może wypijemy zdrowie Luka? - Spytał unosząc kielich do góry.
- Zatem zdrowie Lukasa. - Odparł książę, stuknęli się wzajemnie kieliszkami i wypili ich zawartość. Alkohol nie wydawał być się mocny w smaku, jednak po odstawieniu kryształów poczuli dość przyjemne gorąco w gardłach. - Dobre.
- Dzisiaj wyjątkowo muszę się z tobą zgodzić. - Śniady mężczyzna chwycił butelkę, na nowo zapełniając naczynia. - A tak właściwie to pamiętasz dlaczego się lekko mówiąc nie lubimy? -Spytał biorąc kielich do ręki.
- Hmm, to chyba było coś związanego ze świętem Kamish jak mieliśmy po 10 czy 11 lat.
- A tak, pamiętam jak się o coś pokłóciliśmy, nie pamiętam o co. - Z zamyślenia wyrwał go dźwięk stukania się kieliszków, wypił kolejną porcję, znów czując przyjemne ciepło w gardle.
- Ja też nie, pewnie to była jakaś głupota, skoro już obaj nie pamiętamy. - Ali ponownie rozlał alkohol do kielichów. - Trochę szkoda, bo z tego co pamiętam fajnie nam się razem grało, pamiętasz? Ty i Gabriel kontra ja i Amir, ciekawie wtedy było. - Brunet zaśmiał się i tym razem to jemu przerwał gest zachęcający do picia.
- Może oni będą pamiętać o co poszło, chociaż trochę szkoda, bo faktycznie dobrze się dogadywaliśmy.
Szatyn stał przed najstarszym z książąt z miną wyrażającą głębokie zdziwienie.
- Zamknąłeś ich, żeby się dogadali? - Powtórzył przed chwilą usłyszane informacje, mając nadzieję, że źle zrozumiał bądź jest to zwykły żart. - Przecież oni się pozabijają!
- Spokojnie. - Powiedział Amir z miną zadowolonego z siebie dziecka. - Jest też szansa, że się pogodzą i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. - Lukas zareagował miną wyrażającą wszystkie jego wątpliwości.
- Jeżeli masz rację i będzie szczęśliwe zakończenie, będę Ci wdzięczny, że uwolniłeś mnie od koszmaru jakim jest słuchanie ich kłótni, ale jak się pozabijają, to ty zostaniesz pochowany razem z nimi. Rozumiemy się? - Powiedział pół żartobliwym tonem, w głębi serca będąc wdzięcznym Amirowi za umieszczenie Aliego i Taaviego w zamkniętym pokoju.
- Wiem, że będę się powtarzał, ale możesz być spokojny, nie mają tam broni a żadne zaklęcie nie ma prawa nic im zrobić przez zabezpieczenia jakich używa mój ojciec.
- Chcę wiedzieć na czym polegają te zabezpieczenia? - Spytał Lukas na powrót czując się jak nic nie wiedzący człowiek, który całe życie spędził w piwnicy.
- Ta wiedza nie jest Ci potrzebna do życia, jednak jest dość przydatna. - Chłopak westchnął głęboko, czekając na kolejną porcję informacji. - Z grubsza chodzi o to, że za pomocą zaklęć nikt nie jest w stanie się zranić, jeżeli nie ma bezpośredniego zagrożenia życia bądź zdrowia. Czyli, jeżeli ktoś biegnie na mnie z toporem krzycząc, że chce mnie zabić mogę użyć jakiegoś zaklęcia, które mu to uniemożliwi. Nie mogę za to zranić kogokolwiek bez powodu, albo przez coś błahego.
-Czyli, wyjdą jak się dogadają, nie ważne ile by im to zajęło, tak?
-Dokładnie. Pozwól, że już pójdę, ale muszę znaleźć Azizowi drugą połówkę. - Luk podniósł obie brwi ze zdziwienia. - Zakład. - Padło jedno krótkie słowo. Amir ukłonił się lekko, po czym nie zważając na nic ruszył szybkim krokiem wzdłuż korytarza.
- Ok? - Powiedział do siebie szatyn i również udał się w dalszą drogę. - Chyba już nic mnie tu nie zdziwi. - Znowu szepnął do siebie idąc sprężystym krokiem mając nadzieję, iż idzie właściwą drogą.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długie to było, oj długie. Dla tych co nie czytali wstępu brak komentarzy=brak rozdziałów; chociaż jeden komentarz=rozdziały będą publikowane. I jeszcze jedna sprawa, szukam Bety, jeżeli ktoś byłby chętny to mój mail: riche.boo@gmail.com można też wysyłać jakieś rysunki czy coś tam. No to ten, bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!!!
Ps. Beta znaleziona ;)

Pozdrawiam Demetra :*
(Nowa Beta, dla nieogarniętych)