Hej, przeczytawszy rozdział piąty zrozumiałam, że w zestawieniu Aziz, Amir i Ali są do siebie bardzo podobni. Chciałam więc przedstawić ich charaktery aby nie wydali się wam mało wyraziści.
Amir - Często używa zdrobniej w stosunku do bliskich mu osób. Jest urodzonym przywódcą, mimo to stara się objąć tron jak najpóźniej się da. W stosunku do obcych bywa oziębły, jest zaborczy w stosunku do rzeczy, które sobie przywłaszczył. (Np."To mój kubek, tylko ja mogę z niego pić") Zazwyczaj postępuje zgodnie z obmyślonym wcześniej planem, choć chwilami bywa spontaniczny. Często nosi maskę despotycznego narcyza, lecz pod nią nadal jest dzieckiem.
Ali - W przeciwieństwie do Amira nie nosi maski narcyza, on jest narcyzem. Mówi to co myśli, często nie licząc się z uczuciami innych. Lubi rywalizację i smak zwycięstwa. Jest otwarty na nowe znajomości i w miarę możliwości pielęgnuje stare. Często posługuje się Ironią i sarkazmem twierdząc, że jest to przejaw inteligencji. Jest typem zdobywcy, im trudniej mu coś zdobyć lub osiągnąć tym bardziej się stara. Ceni sobie u ludzi bystrość i szczerość.
Aziz - Stara się izolować od obcych, ufa jedynie rodzinie. Uważa, że nie potrzebuje nikogo innego (Oprócz rodziny). Bywa wybuchowy, przy czym zachowuje resztki rozsądku. Często stara się narzucić innym swoje zdanie, opanował manipulacje do bardzo wysokiego poziomu. Jeszcze nie spotkał na tyle wytrwałej osoby by przebiła się przez mur, który wybudował dookoła siebie. W towarzystwie braci zachowuje się swobodnie, tylko wtedy może być sobą.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że mnie nie lubicie i nie chcecie komentować, ale jeżeli macie jakieś pytania piszcie...Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści
Blog Yaoi, niczego więcej z opisu się nie dowiecie, ponieważ co to za frajda z czytania? Enjoy
piątek, 21 sierpnia 2015
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Rozdział 6 [Opowiadanie podstawowe]
Statystyki są przerażające, od dwóch dni nawet śladu człowieka! Zero komentarzy, nawet negatywnych, czy anonimowych. Wstydźcie się! Mam również nadzieję, że szósty rozdział przypadnie wam do gustu, jest dość długi jak na moje standardy (4789 słów) więc możecie być ze mnie dumni. Pragnę wam również przekazać, że dopóki nie pojawi się chociaż jeden komentarz, notki będą pojawiać się tylko w moich kopiach roboczych. Tak, więc nie ma nic za darmo. Chcecie czytać komentujcie, nie podoba się wam to miejcie na to wywalone, chociaż zdaję sobie sprawę, że mało ludzi przeczyta tak długi wstęp to nie ma, że nie uprzedzałam. Miłego czytania!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długie to było, oj długie. Dla tych co nie czytali wstępu brak komentarzy=brak rozdziałów; chociaż jeden komentarz=rozdziały będą publikowane. I jeszcze jedna sprawa, szukam Bety, jeżeli ktoś byłby chętny to mój mail: riche.boo@gmail.com można też wysyłać jakieś rysunki czy coś tam. No to ten, bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!!!
Ps. Beta znaleziona ;)
Pozdrawiam Demetra :*
(Nowa Beta, dla nieogarniętych)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedziały
na kanapie pijąc już zimną herbatę, żadna z nich się nie
odzywała dopóki w jedną z nich nie uderzyła pewna myśl.
- Nina,
a co się stanie z Shogunem? Przecież już nie możemy zrezygnować.
- I
tu jest kolejna rzecz o której Ci nie powiedziałam. Wzięłybyśmy
psa z hodowli w Melishii, nasze zwierzęta żyją dużej i mniej
chorują. - Odpowiedziała szatynka, lekko się uśmiechając.
- I
pewnie zamierzałaś mi o tym powiedzieć jak dożyłby
pięćdziesiątki i był całkowicie zdrowy?
- Emm,
no w sumie to miałam zamiar Ci to powiedzieć jak skończyłaby się
moja misja tutaj.
- Wiesz,
że Cię kocham najbardziej na świecie? I, że jesteś
najcudowniejszą kobietą jaką znam?
- Możesz
mi wytłumaczyć wszystko od początku do końca? - Powiedziała
obojętna na wyznania partnerki.
- Dobrze,
więc wychowałam się w dość wysoko postawionej rodzinie. Kiedy
miałam siedemnaście lat król postanowił, że przejdę inaugurację
wcześniej, i żeby udowodnić, że na to zasługuję miałam odbyć
misję. - Mówiła lekko ściszonym głosem, kiedy Amelia postanowiła
jej przerwać.
- Czym
jest ta cała inauguracja? - Zapytała zaciekawiona.
- To
taka uroczystość na której ślubujesz wierność ojczyźnie i
stajesz się dorosła według naszego prawa. A tak swoją drogą też
będziesz musiała to przejść o ile będziesz chciała ze mną
zostać. Tak, więc kontynuując miałam pilnować Luka, żeby nic mu
się nie stało jako następcy tronu, a potem kiedy skończy
dziewiętnaście lat wytłumaczyć mu czym jest Melishia i
przetransportować do pałacu jego dziadka. - Zrobiła krótką
przerwę by rudowłosa mogła zadać jakieś pytanie, kiedy nic nie
usłyszała postanowiła mówić dalej. - Ale zawiodłam, kojarzysz jak
ktoś zapukał do drzwi i nie powiedziałam Ci od razu kto to? - Amelia
kiwnęła głową. - Jak powiedziałam Ci, że Luk jest w Melishii i
muszę wracać to nie powiedziałam Ci wszystkiego. Ludzie króla
Sulejmana porwali Lukasa. - Widząc przerażenie na twarzy dziewczyny
szybko wytłumaczyła, że jest bezpieczny i nie mają zamiaru go
torturować czy zabijać jak przypuszczała Amelia. Kiedy zielonooka
się uspokoiła, Nina postanowiła opowiedzieć jej więcej o krainie
w której się wychowała, o zwyczajach tam panujących o kulturze
bardzo podobnej do tej z dalekiego wschodu oraz o możliwościach
danych przez naturę.
- Czyli,
że mogłybyśmy mieć dziecko? - Brunetka potwierdziła ruchem
głowy. - Takie nasze, nasze?
- Tak,
takie nasze, nasze i tylko nasze. Chcesz wiedzieć jak teraz czy masz
jakieś inne ważniejsze pytania? - W pokoju panowała o wiele
luźniejsza atmosfera niż jeszcze kilkanaście minut temu, obie
dziewczyny co jakiś czas uśmiechały się do siebie bądź
chichotały z komentarzy tej drugiej.
- Teraz,
muszę wiedzieć jak u was robi się dzidziusie żeby wiedzieć jak
nad takim popracować.
- Ok,
więc do tego potrzeba dwojga Melishjanów i bardzo silna chęć
posiadania dziecka przez obie strony. Tak w skrócie.
- A
tak w normalnej wersji? Bo to mi na razie przypomina bajeczkę o
pszczółkach czy motylkach.
- Myślałam,
że wyjaśnię Ci to w innej chwili, bo mi się nie chce ale dobra.
Chodzi o to, że każdy obywatel Melishii po inicjacji otrzymuje tak
zwane „atrybuty obywatelskie”, czyli ogon, magię, możliwość
decydowania o losie własnym i możliwość posiadania potomstwa, z
czego magia i płodność są ze sobą ściśle powiązane. Chodzi o
to, że podczas seksu nasze organizmy nie są w stanie utrzymać
magii przy sobie i jeżeli moce dwóch osób chcą się połączyć, to po prostu to robią i tak powstaje dziecko. Dodatkowo jest jeszcze
kilka innych rzeczy odnośnie wydawania na świat potomstwa. O na
przykład kobietom łatwiej zajść w ciąże z kilku powodów, po
pierwsze mamy silniejszą chęć posiadania dzieci, po drugie nasza
magia jest bardziej żywiołowa.
- A
tak hipotetycznie, jakbyśmy chciały mieć dzidziusia to która z
nas by była w ciąży?
- Kojarzysz,
że u normalnych ludzi łączą się dwie komórki i potem kobieta
nosi dziecko? Tak u nas łączą się dwie magie, dwie energie
życiowe tworząc jedną całość, nikt nie jest w stanie
przewidzieć u kobiet, która z nich będzie nosić dziecko, ponieważ
to magia decyduje. Najczęściej nosi je ta bardziej wrażliwa,
chociaż różnie to bywa. Na przykład mam dwie starsze siostry,
zostały poczęte w jednej chwili a że magia podzieliła się na pół
to obie moje matki je nosiły.
- Czyli
masz dwie mamy? - Zapytała Amelia przerywając.
- Tak,
u nas to normalne. Za to dziwna jest wielodzietność, mam dwie
starsze siostry i trzech starszych braci. - Nina uśmiechnęła się
promiennie na wspomnie swojej dość hałaśliwej rodziny.
- Czyli
będę miała dwie teściowe? Proszę powiedz, że nie są jak te z
kawałów.
- Nie,
spokojnie, są spoko. Najciekawiej jest w święto Kamish, kiedy
zjeżdża się cała rodzina, łącznie jest nas wtedy ok. 70 osób.
- Co
to za święto? I dlaczego aż tyle - Zapytała rudowłosa z
ciekawością malującą się w głosie.
- Już
wiem dlaczego studiujesz kulturoznawstwo. W tym święcie chodzi
głównie o to żeby się bawić, to jest coś na wzór święta
dziękczynienia i greckich Dionizji. Bawimy się przez siedem dni od
1 do 7 lipca, dajemy sobie prezenty, biesiadujemy i ogólnie miło
spędzamy czas. A nazwa wzięła się od zwrotu Kam Shish, co w już
dawno nie używanym języku oznacza „Jestem wdzięczny”.
- A skąd tak duża rodzina? - W oczach Amelii dało się zauważyć
ogniki ciekawości,
- Rodzeństwo
i ich partnerzy i partnerki wraz z dziećmi, wujkowie, ciotki,
dziadkowie. To w sumie daje niezły wynik.
- Wiesz
co? Aż nie chce mi się wierzyć, że to wszystko dzieje się
naprawdę i ciągle mam wrażenie, że to sen. Mogłybyśmy pojechać
do tej Melishii czy czegoś tam jak najpóźniej się da?
- Jasne
słońce, dla Ciebie wszystko. - Nina przybliżyła się do swojej
partnerki składając na jej ustach gorący pocałunek.
- Wiesz,
że to był jeden z bardziej oklepanych tekstów jakie
słyszałam. - Powiedziała zielonooka gdy tylko się od siebie
oderwały - I nie dokończyłaś mi wszystkiego opowiadać. - Brunetka
puściła wypowiedź dziewczyny mimo uszu początkowo delikatnie
całując jej szyję by chwilę później zassać się na niej robiąc
delikatną malinkę, co wywołało w rudowłosej ciche westchnienie.
Nina na powrót przywarła ustami do gorącej szyi partnerki tym
razem nie zostawiając po sobie czerwonego śladu. Sunęła
delikatnie wargami po skórze by co jakiś czas ją podgryźć lub
pieścić językiem. Zatrzymała się, napotykając przeszkodę w
postaci czarnej koszulki na ramiączka. Odsunęła się delikatnie by
móc zdjąć ją ze swojej kochanki, kiedy poczuła jak ta wstaje z
kanapy. Spojrzała na nią a widok jaki zastała sprawił, że krew w
jej żyłach zawrzała. Amelia zdejmowała powoli bokserkę
uśmiechając się przy tym do brunetki, kiedy koszulka znalazła
swoje miejsce na podłodze dziewczyna opuściła salon zmysłowym
krokiem, udając się do sypialni.
Wracał
do swojej komnaty z dość miłego obiadu wskazaną wcześniej drogą.
Poznawszy księcia Amira i Aziza stwierdził, że pobyt w pałacu
wcale nie będzie taki straszny. Całą królewską rodzinę
zainteresowały Alverijskie obyczaje i święta takie jak dzień
matki, dzień ojca, dzień dziecka czy innego rodzaju dni
wyróżniające się swoją symboliką. Kiedy zaczął opowiadać o
tradycjach w Polsce książę Amir stwierdził, że można by
wprowadzić kilka takich jak śmigus dyngus czy walentynki dla
urozmaicenia życia mieszkańców. Lukas zaśmiał się na
wspomnienie przebiegłego uśmiechu na twarzy Aliego, gdy wytłumaczył
na czym polega Prima Aprilis. Gdy dotarł już pod drzwi swojej
komnaty i chwycił za klamkę poczuł na swoich oczach czyjeś
dłonie.
- Zgadnij
kto to? - Usłyszał bardzo cichy szept, przez co nie łatwo było mu
zidentyfikować osobę stojącą za nim. Jednak gdy do jego nozdrzy
dotarł zapach poziomek, którymi pachniała tylko jedna osoba,
wiedział z kim ma do czynienia.
- Cześć
Taavi. - Odpowiedział uśmiechając się szeroko.
- Cześć,
kociaku. Skąd wiedziałeś, że to ja? - Tęczowo włosy zdjął ręce
z oczu szatyna, który nacisnął mocno klamkę i wszedł do pokoju.
Taavi widząc, że chłopak nie zamknął za sobą drzwi wszedł za
nim.
- Po
zapachu, pachniesz jak poziomki. - Odpowiedział jakby nigdy nic, po
czym usiadł na jednym z foteli stojących przy kominku. Chwilę
później drugi zajął Taavi.
- Przyszedłem,
żeby przekazać Ci list od twojego dziadka. Jest zaplombowany
magicznie tak, że tylko ty możesz go otworzyć. - Młodo wyglądający
mężczyzna wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni płaszcza i
podał ją Lukasowi. Chłopak otworzył list bez żadnego problemu i
zaczął czytać jego treść w myślach. „Drogi Lukasie, jeżeli
zapoznałeś się z treścią listu z odpowiedzią dla Sulejmana
wiesz co napisałem. Musisz jednak wiedzieć, że czuję się winny z
powodu twojego porwania, jak widać nie zapewniłem Ci wystarczającej
ochrony. Nina, dziewczyna obok której mieszkałeś była
odpowiedzialna za twoje życie w Alverii. Niestety nie podołała
powierzonemu jej zadaniu. Chciałbym abyś wiedział, że w moim
pałacu jesteś zawsze mile widziany i chciałbym Cię poznać jak
najszybciej to możliwe. Wiedz również, że jesteś przeze mnie
uznawany jako dziedzica i wnuka. Nie mów proszę nikomu o treści
tego dość krótkiego listu. Jeżeli ktokolwiek będzie pytał
możesz powiedzieć, że potwierdziłem moje poprzednie słowa. Treść
listu jest widoczna tylko dla Ciebie więc nie musisz się obawiać,
że ktoś go przeczyta. Razem z twoją matką czekamy na Ciebie,
napisz jak tylko będziesz mógł. „ Kiedy skończył czytać sam
nie wiedział co ma o tym wszystkim myśleć, jednego dnia dowiaduje
się o tym, że jego dziadek się go wyparł, a kilka godzin później
cofa wszystkie słowa. Na dodatek nie wiedział po co w
ogóle się go wyrzekał, zamiast zgodzić się na rozejm w zamian za
jego wolność, skoro rzekomo na niego czeka i nie może się
doczekać spotkania.
- Mogę
do niego napisać? - Spytał chowając kartkę z powrotem do koperty.
- Tak,
żaden problem. Przynieść Ci kartkę i pióro? - Szatyn pokiwał
przecząco głową.
- Powiesz
mi coś więcej o tym wszystkim? - Mówił przyciszonym głosem
przymykając delikatnie powieki.
- A co chcesz wiedzieć kociaku? - Odpowiedział patrząc się na profil
chłopaka. Jego twarz wydawała się spokojna, jak gdyby spał.
- Nie
wiem, może coś o tej całej inauguracji o której wszyscy tak
gadają. - Taavi patrzył na poruszające się pełne wargi chłopaka. -
I dlaczego mówisz do mnie „kociaku”? Mam imię.
- Mówię
tak do Ciebie, bo przypominasz mi kociaka, a poza tym bardzo lubię
koty. Jeżeli spotkałbyś kiedyś jakiegoś kota na korytarzu to
możesz mieć pewność, że jest mój. A co do inauguracji, to po
prostu powtarzasz słowa urzędnika bądź króla, on potem mówi
formułkę i jak gdyby nigdy nic pojawia Ci się ogon.
- Jak
to jest mieć ogon? - Spytał obserwując kątem oka lekko poruszającą
się kitę.
- To
w zasadzie jakbyś miał dodatkową rękę z parkinsonem, nie słucha
się ciebie ale czasem jest użyteczna. A właśnie i też jest coś
takiego, że im masz ładniejszą kitę tym bardziej atrakcyjny
jesteś. A tak właściwie kiedy dokładnie masz urodziny?
- Piętnastego
stycznia, a dlaczego pytasz? - Lukas zmienił pozycję siedząc teraz w
poprzek fotela.
- Bo
znając króla nie wypuści Cię wcześniej. Powiem tak, on jest
dobrym człowiekiem tylko czasami nie wie kiedy odpuścić. Aktualnie
za punkt honoru wziął połączenie rodów, odpuści sobie dopiero
kiedy poślubisz kogoś spoza rodziny królewskiej. - Chłopak skrzywił
się lekko na informację o zawziętości władcy. - Ale może zmienimy
temat?
- Ok,
to o czym chciałbyś porozmawiać? - Zapytał na powrót radosny
młodzieniec.
- Na
przykład o spacerze po ogrodzie, na który mam nadzieję się
zgodzisz. - Taavi spojrzał się na Luka z błyskiem nadziei w oczach.
- Z
przyjemnością, mam już dość tych samych czterech ścian. - Obaj
wstali w tym samym momencie, udając się w kierunku drzwi. Zaraz po
opuszczeniu komnaty, błękitnooki zaproponował ramię szatynowi na
co ten zareagował cichym prychnięciem, jednocześnie korzystając z
niemej propozycji. - Opowiesz mi trochę więcej o swojej rodzinie? Bo
Lorie powiedziała mi tylko tyle, że jesteście dość specyficzni.
- Jasne,
tak w zasadzie to jesteśmy dość specyficzni. Nie jesteśmy rodziną
od samego początku, ja i Gabriel znamy się od małego. Gabi jest
ode mnie starszy o trzy lata i był dla mnie jak starszy brat, teraz
ta różnica się zatarła. Nasi rodzice byli bliskimi przyjaciółmi,
pracowali dla króla i byli dość wysoko postawionymi urzędnikami.
Kiedy mieliśmy po dziesięć i trzynaście lat zostali wysłani z
misją na Alverię, już nie pamiętam, co mieli załatwić, ale to nie
ma już znaczenia. Krótko mówiąc mieli wypadek, zginęli na
miejscu. Z Gabim zostaliśmy sierotami, normalnie trafilibyśmy do
sierocińca, ale ciocia, przyjaciółka naszych rodziców, przygarnęła
nas i dała ciepły dom i serce. Potem, kiedy byliśmy już dorośli
pojawiła się Lorie. Jej historia jest troszkę inna, jej matka
zakochała się w Alveriiczyku, wzięli ślub, a jakiś czas później
na świecie miała się pojawić Lorie. Jej ojciec dowiedział się o
Melishii i o magii, kiedy jego żona była w ósmym miesiącu,
zostawił ich. Tak po prostu, stwierdził, że to ponad jego siły.
Wracając do tematu, Lorie została podrzucona do pałacu jak miała
może trzy miesiące, w liście było wszystko wyjaśnione. Podobno
jej matka nie mogła na nią patrzeć, bo zbyt przypominała
ojca. - Taavi z każdym słowem stawał się coraz bardziej pochmurny. -
Ciocia postanowiła się nią zająć, sama stwierdziła, że
najprawdopodobniej nigdy nie będzie miała własnych dzieci nie
mogąc znaleźć partnerki. Tak, więc stało się nas troje.
Pomagaliśmy cioci jak tylko mogliśmy, ale zamiast stać się
pomocnymi wujkami, jesteśmy dość fajnymi braćmi. - Szli cały czas
przez różnego rodzaju korytarze, Lukas zapatrzony w mówiącego
Taaviego, który tymczasowo żył w swoim własnym świecie. Żaden z
nich nie wiedział o osobie śledzącej ich od dłuższego czasu.
Wreszcie dotarli do ogrodu, który szatyn mógł obserwować jedynie
przez duże okno w pokoju. Osiemnastolatek prawie natychmiast
zostawił Taaviego na rzecz pięknych kwiatów o każdym kolorze i
odcieniu. Każdy kwiat miał inny kształt wyróżniając się na tle
całej reszty, chłopak przypatrywał się im z widocznym zachwytem.
- Są
śliczne. - Powiedział w przestrzeń pochylając się nad krzakiem z
różowymi kwiatami o intensywnym cukierkowym zapachu.
- W
ramach ciekawostki, kwitną co miesiąc. I są sadzone tak aby zawsze
w ogrodzie było kolorowo. - Powiedział stojący kilka kroków dalej
Taavi, który dokładnie lustrował wzrokiem uśmiechniętą twarz
młodego mężczyzny.
- Chciałbym
mieć taki widok w domu. - W głosie osiemnastolatka słychać było
nutę smutku na wspomnienie o poprzednim miejscu zamieszkania.
- Może
usiądziemy? - Szatyn przytaknął, po czym ruszyli wspólnie w
kierunku najbliżej stojącej ławki. - Chciałbyś wiedzieć coś
jeszcze, kociaku? - Powiedział Taavi, gdy obaj już siedzieli.
- Nie
powiedziałeś jak Michał stał się waszą rodziną.
- Przepraszam,
ale nie mogę Ci o tym powiedzieć. To jego prywatna sprawa. Może
masz jakieś inne pytania, na które mam nadzieję będę w stanie
odpowiedzieć.
- Właściwie,
to chciałbym się jeszcze dużo dowiedzieć, ale nie wiem o co mam
pytać.
- Rozumiem,
a mógłbym ja się o coś zapytać? - Chłopak przytaknął, skupiając
całą swoją uwagę na tęczowowłosym. - Jak dotychczas wyglądało
twoje życie? Nie licząc oczywiście tego, że musiałeś spać na
matmie, biorąc pod uwagę twoje zaległości. - Na twarzy Taaviego
pojawił się delikatny uśmiech.
- Ej,
na matematyce wcale nie spałem, po prostu nie umiałem się skupić
na temacie. - Lukas zaśmiał się serdecznie, lekko przymrużając oczy, a na jego policzkach pojawiły się dołeczki. -Odpowiadając na twoje
pytanie, to moje życie było trochę zakręcone, ale jakoś sobie
radziłem. Jak byłem mały mieszkałem w Japonii z mamą, chodziłem
do najlepszego przedszkola w Osace, potem do najlepszej podstawówki.
Później ojciec się o mnie upomniał i przez dwa lata mieszkałem z
nim w Anglii. Po dość dużej awanturze zamieszkałem w Polsce z
dziadkiem. I szczerze tam mi się najbardziej podobało, tam miałem
chociaż Ninę, Amelkę i dziadka.
- Pewnie
kiepsko się czułeś, jak żegnałeś tak często przyjaciół?
- Niekoniecznie, nie miałem przyjaciół. - Widząc zdziwioną minę
rozmówcy kontynuował. - Miałem znajomych, ale nie przyjaciół. Jak
mieszkałem z mamą, to w szkole był wyścig szczurów, nikt nie miał
czasu na głębsze przyjaźnie, a przynajmniej nie ze mną. W Anglii
nie czułem się dobrze i prawie każdą chwilę spędzałem na
czytaniu książek i nikt nie chciał zadawać się z nudziarzem. Za
to w Polsce w trzeciej gimnazjum wszyscy już mieli znajomych a ja
byłem tam nowy, więc też się ze mną nie zadawali. A poza tym
poznałem Ninę i w miarę dobrze się dogadywaliśmy. Później w
dwa lata zmieniałem trzy razy szkołę i za każdym razem byłem
outsiderem. W między czasie poznałem Amelię, która szybko
wprowadziła się do Niny i w końcu było dobrze. - Na twarzy Lukasa
pojawił się smutny uśmiech (Wiem, że to oksymoron dop.od.aut).
- Ale
wiesz, że jeszcze je spotkasz? - Taavi starał się pocieszyć
szatyna. - Z tego co wiem to ta Nina jest Melishianką, więc nie
będzie problemu. - W oczach chłopaka znowu pojawiły się iskierki
radości na myśl o przyjaciółce.
- Nie
przeszkadzam? - Dobiegł ich znajomy głos. Jakieś trzy metry od nich
znajdował się mężczyzna o karmelowym odcieniu skóry.
- Nie,
oczywiście, że nie. - Odpowiedział najmłodszy z towarzystwa.
- Cieszę
się Lukasie, że moje towarzystwo Ci nie przeszkadza. - Podszedł do
mężczyzn siedzących na ławce, po czym delikatnie musnął ustami
policzek młodzieńca o brązowych oczach. - Witaj Taavi. - Skinął
głową drugiemu, na co w odpowiedzi otrzymał identyczny
gest. - Wszędzie Cię szukałem. - Zwrócił się do zdumionego
chłopaka. - Miałem nadzieję, że zechcesz towarzyszyć mi i moim
braciom w gorących źródłach. - Ali uśmiechnął się szelmowsko, czekając na odpowiedź.
- Przykro
mi, ale Lukas właśnie spędza czas ze mną. - Odezwał się Taavi, miotając gromy spojrzeniem.
- Co
nie zmienia faktu, że może miałby ochotę zmienić
towarzystwo. - Odpowiedział z równie groźnym wzrokiem książę.
- Gdyby
nie odpowiadało mu moje towarzystwo, to twoje tym bardziej nie
byłoby go godne.
- Z
tego co się orientuje, godzinę temu na obiedzie bawił się
wybornie w MOIM towarzystwie. - Podkreślił przedostatnie słowo
walcząc na spojrzenia z błękitnookim.
- A
może dalibyście mi zdecydować z kim chcę spędzać
czas?! - Krzyknął Lukas, przerywając im tą bezsensowną i na
szczęście krótką wymianę zdań. Był ciekaw czy doszłoby do
rękoczynów gdyby nie zareagował, ale wolał nie sprawdzać. Dwie
pary oczu skierowały się na niego tracąc całą wrogość, którą
jeszcze chwilę temu pałały. - Jeżeli macie się zachowywać jak
dzieci walczące o zabawkę to nie mam zamiaru przebywać z żadnym z
was. - Powiedział dobitnie, krzyżując ręce na torsie.
- Przepraszam. - Padło
od dwóch mężczyzn naraz, oczywiście nie były to wzajemne
przeprosiny.
- I
myślicie, że przepraszając mnie to załatwicie? - Zapytał
retorycznym tonem, jednak uzyskał odpowiedzi. Dwa głosy zlewały się
w jeden wyrażając skruchę i niechęć do tego
drugiego. - Dosyć! - Znowu krzyknął by uspokoić prawie walczących ze
sobą o jego atencję mężczyzn. - Nie mam zamiaru marnować
popołudnia na wasze sprzeczki. Macie się szczerze przeprosić, albo
nie pokazywać mi się na oczy.
- Ale,
kociaku. Dlaczego mam go przepraszać skoro to on nam przerwał
rozmowę?
- Z
tego co pamiętam, Lukas powiedział, że nie
przeszkadzam. - Odpowiedział na słowny atak Ali.
- A
co miał powiedzieć? Jest tu od niedawna i nie chciał być niemiły.
- Po
naszej porannej rozmowie nie odniosłem wrażenia by był skrępowany
moją osobą, nie pomyślałeś, że to przez Ciebie może czuć się
nieswojo?
- Obaj
macie się zamknąć! Mam dość przekrzykiwania was, widzę Lorie
niedaleko fontanny. Pozwólcie, że to do niej pójdę. Nie mam siły na
wasze spory, jeżeli dotrzecie do jakiegokolwiek porozumienia z
przyjemnością spędzę z wami obojgiem czas, na razie jednak jest to
ponad moje siły. - Szatyn wstał z ławki z nonszalanckim spojrzeniem,
po czym skierował się w kierunku dziewczyny. Żaden z
mężczyzn nie był na tyle odważny by chociaż próbować go
zatrzymywać.
- No
to mamy przesrane. - Skwitował książę z niewyraźną miną.
- Mógłbyś
się wyrażać jak na członka rodziny królewskiej przystało.
- Nie
widzę potrzeby, ponieważ to określenie idealnie oddaje naszą
sytuację.
***
Blondynka
spacerowała wolno po dość dużych rozmiarów ogrodzie, gdy
dostrzegła zbliżającą się do niej postać.
- Cześć
Luk, stało się coś? - Zapytała widząc minę chłopaka. Wyglądał
na zdenerwowanego.
- Te
dwa osły kłócą się o mnie jakbym był co najmniej ze
złota. - Odparł wskazując wzrokiem kłócących się ze sobą dwóch
mężczyzn. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie,
spokojnie. Nawet byłam u Ciebie w komnacie, żeby Cię wyciągnąć, ale jak widać ktoś mnie wyprzedził. - Lorie uśmiechnęła się
serdecznie, wywołując tym samym równie szeroki uśmiech na twarzy
Lukasa. - A tak poza naszym małym Zoo, jak Ci się to podoba?
- Małym
Zoo? - Spytał chłopak, patrząc się na dziewczynę co najmniej jakby
była z innej planety. (Co z tego, że jest z magicznej krainy i ma
ogon dop.od.aut)
- No,
powiedziałeś o nich „osły”, więc już można powiedzieć, że
mamy mini Zoo.
- Trafne
spostrzeżenie. Generalnie to nie mam za dużo doświadczeń poza
rozmowami i snem, ale nie jest źle.
- Nie
martw się, już nie powinieneś tak dużo spać. W twoim organizmie
nie ma już praktycznie żadnych toksyn. A tak właściwie, to co
sądzisz o swoich adoratorach? - Zmieniła temat i od razu zauważyła
za twarzy chłopaka delikatne zażenowanie.
- Nie
mam żadnych adoratorów. - Powiedział i ruszył powoli wąską
ścieżką ledwie mogącą zmieścić dwie osoby, idące obok siebie.
Dziewczyna natychmiast zrównała z nim krok, uśmiechając się
sugestywnie. - No co? - Spytał pesząc się jeszcze bardziej.
- Przyznaj,
który Ci się podoba? - Zapytała radosnym głosem.
- Nie
wiem o czym mówisz. Swoją drogą przypominasz mi moją
przyjaciółkę, też wszędzie widziała mi przyszłych
partnerów. - Spróbował lekko zmienić temat, mając nadzieję, że
Lorie zapyta się o jego sąsiadkę.
- Wiem,
że nie wyglądam, ale jestem po pięćdziesiątce i swój rozum mam,
gadaj który.
- Naprawdę, nie wiem o co Ci chodzi. - Na twarzy Lukasa dało się
zauważyć lekki rumieniec, którego nie udało mu się powstrzymać
jak przy rozmowie z Alim dzisiejszego poranka.
- Nie
mów, że obaj Ci się podobają. - Zażartowała blondynka, lecz
widząc pogłębiającą się czerwień na twarzy chłopaka
zrozumiała niemą odpowiedź. - I co masz zamiar zrobić z tym
fantem? - Powiedziała dosyć poważnie, jak na siebie, oczywiście.
- Em,
poczekam i zobaczę. Po prostu obaj mi się fizycznie podobają i
tyle. A jeżeli chodzi o charaktery, to obaj coś w sobie mają.
- Lukas,
ale ty wiesz, że najprawdopodobniej Ci nie przejdzie. - Chłopak
spojrzał na nią zaskoczony. - Jeżeli z jednym nie ograniczysz teraz
kontaktów do minimum, to utoniesz w tym bagnie. Jeżeli nawet
delikatnie zaiskrzyło, to jest tylko kwestia czasu, aż to przerodzi
się w miłość.
- Więc
nie znając żadnego z nich mam zdecydować, w którym chce się
zakochać albo namówić ich na trójkąt, bo obaj mi się
podobają? - Spytał z naturalnym dla siebie w takich sytuacjach tonem.
- W
sumie to można by to tak podsumować, chociaż z tym trójkątem
lekko przegiąłeś. A mówiąc teraz, miałam na myśli jak
najszybciej. Wiesz to w końcu ważna decyzja, a poza tym to Ci
zazdroszczę.
- Czego?
Dwóch debili kłócących się, który spędzi ze mną czas? - Lukas
zaśmiał się dźwięcznie, przy rozmowie z Lorie każdy powód do
uśmiechu wydawał się niezwykle ważny.
- Nie
do końca, chociaż w sumie czemu by nie? Każde życzenie czy prośba
jest dla nich jak rozkaz, nieba Ci przychylą byle byś takiego
wybrał. - Podsumowała z lekko zamyśloną miną, co przyprawiło
chłopaka o kolejną salwę śmiechu. - Ale ja nie o tym, po prostu
wielu z nas czeka bardzo długo by spotkać swą drugą połówkę.
Jest szansa, że ukochany czy ukochana osoby mieszkającej na północy
znajduje się na południu, przez co mogą się w ogóle nie
spotkać. - Dziewczyna zakończyła swoją wypowiedź głębokim
westchnięciem, jakby wiedziała, że właśnie gdzieś na północy
znajduje się osoba jej przeznaczona. - Bardzo rzadko zdarza się żeby
ktoś spotkał aż dwie osoby, z którymi byłby w stanie się
związać. -Lukas po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku dni miał
sceptyczną minę. - Tego też Ci nikt nie wytłumaczył? To jest coś
takiego jak instynkt. Podświadomie wiesz, z kim byś był szczęśliwy
i z kim jesteś w stanie stworzyć rodzinę. Znaczy, inaczej, z
kandydatem idealnym czujesz chemię od pierwszego spotkania, ale
jeżeli na przykład ktoś postanowił wyjść za osobę z rozsądku,
bądź rozkazu to jest w stanie stworzyć normalnie funkcjonującą i
szczęśliwą rodzinę, ale potem, jeżeli pojawi się „ten ktoś”
to często takie związki się rozpadają.
- Wiesz,
że naprawdę dużo gadasz - Odpowiedział posiadając nowe informacje,
które jeszcze bardziej skomplikowały jego życie.
- Wiem,
ale nic na to nie poradzę. - Lorie uśmiechnęła się, pokazując
prawie wszystkie zęby. Spacerowali jeszcze godzinę, rozmawiając
głównie o roślinach w ogrodzie czy o panującym w całej krainie
klimacie.
***
Dwóch
mężczyzn siedziało przy stole w milczeniu, obaj przypatrywali się
sobie w co najmniej wrogi sposób.
- To
nie ma sensu. - Odezwał się jeden z nich. - Siedzimy tu już nie
wiadomo ile i nie doszliśmy do żadnego porozumienia. - Położył
obie ręce na stole w geście bezradności.
- Pamiętasz,
co powiedział? Dopóki się nie pogodzimy mamy mu się nie
pokazywać. - Odpowiedział drugi zrezygnowanym tonem.
- Nie
rozumiem, po co powiedziałeś o tym wszystkim swojemu bratu. Gdyby
nie to, to byśmy tutaj nie siedzieli. - Prawie krzyczał błękitnooki
mężczyzna.
- Nie
jest tak źle, mógł nas zamknąć w jakimś pokoju dla służby z
jednoosobowym łóżkiem.
- Tak,
masz rację. - Odparł sarkastycznie. - Powinienem się cieszyć, że
mamy dwa łóżka i aż jedną łazienkę, dziękuję Ci Ali. - Mówił
podirytowanym głosem.
- Daruj
sobie i tak doskonale obaj wiemy, że jak się nie dogadamy, to stąd nie wyjdziemy.
- Powiedziałem
Ci już, że nie będę z tobą rozmawiać dopóki mi nie obiecasz,
że zostawisz Lukasa w spokoju. - Wysyczał przez zęby wściekły
Taavi.
- Nie
mam zamiaru sobie odpuszczać i pogódź się z tym. Mam takie samo
prawo do rozmowy z nim jak ty. - Odpowiedział i wstał z krzesła, omal
go nie przewracając i zaczął nerwowo krążyć po pokoju, rozmyślając nad obecną sytuacją.
- Usiądź, bo dziurę wydepczesz. - Ali przystanął, po czym zwrócił się w
kierunku błękitnookiego mężczyzny.
- Pozwól,
że zaproponuję Ci układ. - Taavi podniósł brew w geście
zaciekawienia. - Kiedy jeden z nas widzi drugiego z Lukasem nie
przeszkadza. Szanse mają być wyrównane, więc nie podkładamy
sobie świń. Co ty na to?
- Czy
ty traktujesz to jak jakieś zawody?! - Tęczowo włosy podniósł
głos, patrząc z furią na bruneta stojącego kilka metrów dalej.
- Nie
jak zawody, bardziej jak rywalizację o serce Luka, dopóki nie wyzna
żadnemu z nas miłości „walka” trwa. Tylko jeszcze jedna
zasada, przegrany odpuszcza.
- Niech
Ci będzie, widzę, że inaczej nie dojdziemy do
kompromisu. - Odpowiedział zrezygnowanym głosem i podniósł się
wyciągając rękę w kierunku Aliegio, który mocno ją uścisnął.
- Zawołaj Amira, skoro już się dogadaliśmy, to chyba możemy
wyjść. - Brunet podszedł do drzwi i mocno zapukał, chwilę później
dało się usłyszeć głośne kroki.
- Tak
braciszku? - Odezwał się jegomość za drzwiami.
- Wypuść
nas, dogadaliśmy się. - Zażądał Ali wściekły na brata.
- Powinny
ustąpić same, nałożyłem na nie warunki jakie postawił wam
Lukas. - Brunet słysząc brata nacisnął mocno klamkę, lecz drzwi
okazały się dalej zamknięte. - Wygląda na to, że jednak nie udało się
wam sprostać wyzwaniu, przypomnijcie sobie słowa waszej wyroczni.
Do zobaczenia braciszku. - Obaj usłyszeli głośny śmiech Amira i
kolejne kroki które z czasem ucichły.
- Luk
kazał nam się szczerze przeprosić. - Powiedział cicho Taavi siedząc
leniwe na krześle. - Tak, więc przepraszam, że na Ciebie
naskoczyłem.
- Dobra
ja też przepraszam, za całokształt. - Brunet spróbował jeszcze raz
otworzyć wrota, lecz dalej na próżno. - Chyba coś nie
działa. - Powiedział patrząc podejrzanie w kierunku wciąż
zamkniętego wyjścia z tymczasowej celi.
- Chyba
chodzi tu o słowo „szczerze”. Czyli wychodzi na to, że któryś
z nas nie żałuje swoich jakże haniebnych czynów. - W słowach
błękitnookiego dało się wyczuć coś na kształt rozbawienia z
sytuacji w jakiej obecnie się znajdują.
- Jeżeli
zarzucasz mi kłamstwo to wiedz, że bezpodstawnie. - Odparł Ali lekko
podłapując rozbawienie towarzysza. - Ale to nie zmienia tego, że
jesteśmy tu zamknięci.
- W
takim razie ja też Ci proponuję układ, tak jak ty mi
wcześniej. - Brunet podniósł brew w parodii gestu jaki poprzednim
razem wykonał Taavi. - Mamy dostęp do barku, więc z niego
skorzystamy i najwyżej później się pomyśli, co ty na to?
- Jak
na kogoś tak sztywnego dobrze prawisz. - Mężczyzna podszedł do
oszklonej gablotki, wyjmując z niej dwa kryształowe kielichy oraz
butelkę z wizerunkiem roznegliżowanej damy. Dosiadł się do stołu,
po czym rozlał jak się okazało złocisty napój do kielichów.
- Może
wypijemy zdrowie Luka? - Spytał unosząc kielich do góry.
- Zatem
zdrowie Lukasa. - Odparł książę, stuknęli się wzajemnie
kieliszkami i wypili ich zawartość. Alkohol nie wydawał być się
mocny w smaku, jednak po odstawieniu kryształów poczuli dość
przyjemne gorąco w gardłach. - Dobre.
- Dzisiaj
wyjątkowo muszę się z tobą zgodzić. - Śniady mężczyzna chwycił
butelkę, na nowo zapełniając naczynia. - A tak właściwie to
pamiętasz dlaczego się lekko mówiąc nie lubimy? -Spytał biorąc
kielich do ręki.
- Hmm,
to chyba było coś związanego ze świętem Kamish jak mieliśmy po
10 czy 11 lat.
- A
tak, pamiętam jak się o coś pokłóciliśmy, nie pamiętam o co. - Z
zamyślenia wyrwał go dźwięk stukania się kieliszków, wypił
kolejną porcję, znów czując przyjemne ciepło w gardle.
- Ja
też nie, pewnie to była jakaś głupota, skoro już obaj nie
pamiętamy. - Ali ponownie rozlał alkohol do kielichów. - Trochę
szkoda, bo z tego co pamiętam fajnie nam się razem grało,
pamiętasz? Ty i Gabriel kontra ja i Amir, ciekawie wtedy
było. - Brunet zaśmiał się i tym razem to jemu przerwał gest
zachęcający do picia.
- Może
oni będą pamiętać o co poszło, chociaż trochę szkoda, bo
faktycznie dobrze się dogadywaliśmy.
Szatyn
stał przed najstarszym z książąt z miną wyrażającą głębokie
zdziwienie.
- Zamknąłeś
ich, żeby się dogadali? - Powtórzył przed chwilą usłyszane
informacje, mając nadzieję, że źle zrozumiał bądź jest to
zwykły żart. - Przecież oni się pozabijają!
- Spokojnie. - Powiedział
Amir z miną zadowolonego z siebie dziecka. - Jest też szansa, że się
pogodzą i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. - Lukas
zareagował miną wyrażającą wszystkie jego wątpliwości.
- Jeżeli
masz rację i będzie szczęśliwe zakończenie, będę Ci wdzięczny,
że uwolniłeś mnie od koszmaru jakim jest słuchanie ich kłótni, ale
jak się pozabijają, to ty zostaniesz pochowany razem z nimi.
Rozumiemy się? - Powiedział pół żartobliwym tonem, w głębi serca
będąc wdzięcznym Amirowi za umieszczenie Aliego i Taaviego w
zamkniętym pokoju.
- Wiem,
że będę się powtarzał, ale możesz być spokojny, nie mają tam
broni a żadne zaklęcie nie ma prawa nic im zrobić przez
zabezpieczenia jakich używa mój ojciec.
- Chcę
wiedzieć na czym polegają te zabezpieczenia? - Spytał Lukas na
powrót czując się jak nic nie wiedzący człowiek, który całe
życie spędził w piwnicy.
- Ta
wiedza nie jest Ci potrzebna do życia, jednak jest dość
przydatna. - Chłopak westchnął głęboko, czekając na kolejną
porcję informacji. - Z grubsza chodzi o to, że za pomocą zaklęć
nikt nie jest w stanie się zranić, jeżeli nie ma bezpośredniego
zagrożenia życia bądź zdrowia. Czyli, jeżeli ktoś biegnie na
mnie z toporem krzycząc, że chce mnie zabić mogę użyć jakiegoś
zaklęcia, które mu to uniemożliwi. Nie mogę za to zranić
kogokolwiek bez powodu, albo przez coś błahego.
-Czyli,
wyjdą jak się dogadają, nie ważne ile by im to zajęło, tak?
-Dokładnie. Pozwól, że już pójdę, ale muszę znaleźć Azizowi drugą
połówkę. - Luk podniósł obie brwi ze zdziwienia. - Zakład. - Padło
jedno krótkie słowo. Amir ukłonił się lekko, po czym nie
zważając na nic ruszył szybkim krokiem wzdłuż korytarza.
- Ok? - Powiedział
do siebie szatyn i również udał się w dalszą drogę. - Chyba już
nic mnie tu nie zdziwi. - Znowu szepnął do siebie idąc sprężystym
krokiem mając nadzieję, iż idzie właściwą drogą.-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długie to było, oj długie. Dla tych co nie czytali wstępu brak komentarzy=brak rozdziałów; chociaż jeden komentarz=rozdziały będą publikowane. I jeszcze jedna sprawa, szukam Bety, jeżeli ktoś byłby chętny to mój mail: riche.boo@gmail.com można też wysyłać jakieś rysunki czy coś tam. No to ten, bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!!!
Ps. Beta znaleziona ;)
Pozdrawiam Demetra :*
(Nowa Beta, dla nieogarniętych)
środa, 29 lipca 2015
Rozdział 5 [Opowiadanie Podstawowe]
Hej, jakoś mi się udało skończyć i wiem, że nie jest was dużo, ale czekam na komentarze, nawet krytyczne. Jeszcze nie mam Bety, więc proszę piszcie gdzie jest błąd, a postaram się go naprawić.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Siedział przy hebanowym stoliku jedząc śniadanie przyniesione
przez jedną ze służących. Spędził już w Melishii dwa dni i coraz bardziej
przyzwyczajał się do nowego miejsca zamieszkania. Mimo, iż z
pokoju wychodził tylko i wyłącznie do toalety zdążył poznać
kilka osób. Głównie zajmujących pokoje koło niego, z tego co się
dowiedział w pokoju naprzeciw mieszka wysoki rangą urzędnik, lubiący śpiewać ballady dla swojego kota. Za to kilka pomieszczeń
dalej dużą komnatę zajmuje Gabriel, obok niego Taavi, naprzeciw nich Liorie i Michał. Już miał brać kolejną bułeczkę gdy
usłyszał ciche pukanie. Wytarł kąciki ust serwetką po czym wstał
by otworzyć drzwi. Chwycił za klamkę, nie sprawdzając uprzednio
kto znajduje się po drugiej stronie. Otworzył energicznie drzwi i
spostrzegł dość wysokiego mężczyznę o lekko ciemnej karnacji i
męskich wyrazistych rysach twarzy, ubrany był w czerwono-czarną
szatę ze złotym emblematem przedstawiającym łeb lwa na piersi.
- Witam,
nazywam się Ali Bilir, drugi syn króla Sulejmana. Ty zapewne
jesteś Lukas Fukuda, zgadza się? - Mężczyzna nie czekał na
odpowiedź zszokowanego chłopaka wchodząc do tymczasowej komnaty
szatyna. - Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci moja obecność. - Ali
uśmiechnął się serdecznie do chłopaka patrzącego na niego
nic nie pojmującym wzrokiem.
- Tak,
znaczy nie. Znaczy, nie przeszkadzasz. I odpowiadając na
wcześniejsze pytanie to nazywam się Lukas, ale Fukuda to nazwisko
mojej mamy. - Lukas przypatrywał się brunetowi siadającemu przy
stoliku z jego śniadaniem w dość nonszalanckiej pozycji. Po chwili
sam zajął drugie miejsce nieco skrępowany towarzystwem gościa.
Zauważywszy wzrok, który w jego mniemaniu miał zachęcić go do
swobodnego zachowania chwycił bułeczkę i dogryzł mały kęs.
- Wiesz, że
jesteś uroczy? - Na uwagę mężczyzny prawie się zadławił. - Na
zamku krążą plotki o tym, że jesteś słodki, przystojny i
podobno lekko nieśmiały. I jak widać okazały się one
prawdą. - Chłopak sam nie wiedział co powiedzieć, był zaskoczony
bezpośredniością wypowiedzi. - Na prawdę jesteś śliczny. - Luk
poprawił okulary po czym spojrzał z zaciętością na „zadufanego
księciunia”, jak nazwał go w myślach.
- Mógłbyś
sobie darować te tanie komplementy. - Odpowiedział odzyskawszy rezon.
- Nie są
tanie. Nawet nie wiesz ile mnie kosztuje wypowiedzenie tych słów w
towarzystwie tak zniewalającej piękności.
- Nie martw
się, mi też tak przesłodzone i banalne miłe słówka z trudem
przeszłyby przez gardło. Aż rzygać się chce od tej
słodyczy. - Szatyn skrzywił się nie znacznie na potwierdzenie swoich
słów. Gdy zobaczył na twarzy jegomościa szok pomieszany z
niemożnością odparcia słownego ataku poczuł czystą satysfakcje,
po czym ugryzł maślaną bułeczkę. Czynność ta została jednak
przerwana przez osobnika siedzącego naprzeciwko.
- Widzę, że
jesteś wygadany. - Zaśmiał się dźwięcznie. - I wcale nie tak łatwo
zdobyć cię czułostkami, za które niektórzy oddaliby naprawdę
wiele.
- Nie
rozumiem po co mieliby poświęcać cokolwiek w zamian za tekst
niczym z książki „Podryw dla opornych i umysłowo
ociężałych”. - Odpowiedział z uśmiechem na twarzy, zajadając się
świeżym pieczywem, które wzbogacone było dżemami w
najróżniejszych smakach.
- Wiedz, że
nie chodzi o same słowa, ale o to kto je wypowiada. - Odparł z
widocznym samozachwytem patrząc Lukasowi prosto w oczy.
- Nie obraź
się, ale gówno w złotym papierku dalej nie jest cukierkiem.
- Twoje
słowa ranią i jednocześnie zachęcają do dalszej polemiki co
niezmiernie mnie intryguje.
- Nie mów
proszę, że dotychczas nikt nie wytknął ci braku oryginalności.
Tą cechę czuć od Ciebie na kilometr, chociaż poświata narcyzmu
widoczna gołym okiem może skutecznie ją maskować.
- Widzę, że
masz zamiar sobie na mnie ostrzyć język, co? A poza tym po co
miałbym się wykazywać czymkolwiek poza normę skoro moje
komplementy mogłyby zostać niedocenione.
- I teraz zamiast ja wyjść na idiotę
nierozumiejącego połowy słów, ty wyszedłeś na taniego
podrywacza. Świetna taktyka. - Odpowiedział z przekąsem i nutką
sarkazmu w głosie, jedynie uśmiech i iskierki w oczach zdradzały
radość czerpaną z dyskusji.
- Jednak nie możesz zaprzeczyć, że
czerpiesz przyjemność z naszej małej wymiany zdań.
- Większą przyjemność czerpałbym z
chwili spokoju i niczym nie zmąconej ciszy, ale jak widać los bywa
złośliwy i skazał mnie na twoje towarzystwo. - Odpowiedział z
jeszcze szerszym uśmiechem skończywszy posiłek.- Tak, więc byłbym wdzięczny za oszczędzenie mi takich przyjemności w przyszłości.
- Jedna z opcji na przyszłość jest
taka, że do końca twojego życia tylko ja będę w stanie sprawić
Ci taką przyjemność, że zobaczysz gwiazdy na suficie. Tak więc
radziłbym Ci uważać na słowa o ile nie chciałbyś spędzać pół
godziny na krawędzi rozkoszy. - Na twarzy Lukasa wykwitł soczysty
rumieniec na myśl o dzieleniu łoża z jakże przystojnym i ledwo poznanym mężczyzną.
- Nie chciałbym Cię martwić, ale ten
sam scenariusz mówi, że beze mnie również nie wiele
zdziałasz. - Pokonawszy lekki wstyd spowodowany rozmową o dość
jednoznacznym zabarwieniu praktycznie wydukał swoją ripostę.
- Czyli jednak jesteś wstydliwy. Pewnie
dalej jesteś prawiczkiem, co? - Chłopak siedział cicho i jedynie
powiększający się rumieniec stanowił odpowiedź. Ali tylko
zaśmiał się lekko i spojrzał spod wpół przymkniętych powiek
na zawstydzonego nastolatka.Wtem poczuł ogarniającą go potrzebę podziwiania tych zniewalających rumieńców dzień w dzień. - Możesz mi obiecać jedną
rzecz? - Dostrzegł jak Lukas podnosi na niego wzrok lustrując uważnie
jego twarz. - Zachowaj proszę czystość do ślubu. - Mina szatyna
wyrażała głębokie zdziwienie i jeszcze większe zawstydzenie z
tematu rozmowy.
- Dlaczego niby miałbym Ci coś takiego
w ogóle obiecywać? - Odburknął lekko obracając głowę w kierunku
okna.
- Jeżeli jednak wybrałbyś mnie, chcę
być twoim pierwszym, ostatnim i jedynym. Natomiast jeżeli
wybierzesz kogoś innego to ten zaszczyt spadnie na szczęśliwca,
który mam nadzieję da Ci szczęście. - Chłopak był lekko zbity z
tropu przez wypowiedź Aliego. Nie dane mu było długo zastanawiać
się nad słowami bruneta, gdy drzwi otworzyły się, a do pokoju
wszedł zadowolony Taavi.
- Cześć kociaku, przyniosłem Ci nowe
ubrania. W tych Alverijskich dresach wyglądasz... - Nie dokończył
wypowiedzi, gdy ujrzał osobę, którą lekko mówiąc miał ochotę
spotkać najwcześniej w następnym wcieleniu. - Ali, co ty tu do
cholery robisz?! - Podniósł głos w kierunku siedzącego na krześle
mężczyzny po czym już łagodniejszym tonem zwrócił się do
chłopaka wyglądającego na wystraszonego. - Luk, czy on Ci coś
zrobił, albo chciał zrobić? - Odpowiedziało mu jedynie zaprzeczenie
ruchem głowy co i tak niezmiernie go uspokoiło.
- To ja już pójdę, zobaczymy się
później i może przygotuje już jakieś mniej banalne i
przesłodzone określenia. - Podniósł się z krzesła i podszedł do
zdziwionego jego zachowaniem chłopaka, chwycił jego dłoń i uniósł
ją na wysokość swoich ust. - Mam nadzieję, że smok nie uwięzi Cię
w wieży za mój haniebny występek. - Musnął delikatnie dłoń szatyna
ustami po czym opuścił pomieszczenie, skinąwszy tylko głową
tęczowo-włosemu. Gdy drzwi się zamknęły Taavi spojrzał na
młodszego chłopaka z wyraźną pretensją, jakby cała wina za
spotkanie księcia Aliego była jego. Lukas spiął wszystkie mięśnie , jednocześnie przymrużając oczy, czekając na
wybuch złości młodego mężczyzny. Gdy niebieskooki zauważył
postawę Lukasa, na myśl znowu przyszedł mu biedny kociak, podszedł
powoli do niego po czym, ku zdziwieniu szatyna, przyklęknął przy
krześle i lekko pogłaskał go po włosach.
- Ej, kocie. - Powiedział półszeptem,
jakby jakikolwiek głośniejszy dźwięk miał go zranić. - Nic Ci
nie zrobię, przepraszam jeżeli Cię wystraszyłem - I jak w przypadku nie oswojonego zwierzaka, padały
deklaracje o braku złych intencji. - Przepraszam, że krzyczałem w
twojej obecności. - Taavi obchodził się z Lukiem jak z małym
dzieckiem, przy którym krzyk jest surowo zakazany. Poczuł jak
chłopak się powoli rozluźnia, jednak on nie przestawał gładzić
go po głowie.
- Dlaczego tak zareagowałeś na
Aliego? - Padło na pozór proste pytanie, lecz dla Taaviego było ono
niezmiernie trudne.
- Książę Ali ma w pałacu opinię
łamacza serc. Mimo, że dopiero co Cię poznałem boję się o Ciebie i nie chciałbym by ktokolwiek Cię
skrzywdził. - Padła również półszeptem odpowiedź, która po
części nie zrobiła na nim wrażenia dopóki nie usłyszał drugiej
części.
- Wiem, że jest podrywaczem, ale i tak
miło nam się rozmawiało. - Powiedział cicho jakby bał się
konsekwencji wypowiedzianego zdania. Gdy zauważył pytający wyraz
twarzy postanowił dokończyć. - Na początku on mnie podrywał. - Widząc
zdenerwowanie na twarzy starszego chłopaka, który dalej
przeczesywał jego włosy ręką, kontynuował.- I ja mu powiedziałem,
że na coś takiego nie dam się uwieść ani nic. A on powiedział,
że do ślubu nie ma zamiaru mnie ruszyć.
- Tak ci powiedział? - Taavi uniósł
sceptycznie brew dając do zrozumienia, że nie wierzy w jego
zapewnienia.
- No, nie słowo w słowo, ale sens ten
sam. - Odparł chłopak naburmuszonym tonem, pokazując, iż nie podoba
mu się nieufność rozmówcy. Widząc naglący wzrok, prychnął pod
nosem i kontynuował wypowiedź. - Powiedział, że chce bym...no
ten, no, wstrzymał się do ślubu. - Znowu poczuł jak jego policzki przeszywa gorąco. - Bo, no, on powiedział, że
jeżeli to on miałby zostać moim mężem, to chce być moim
pierwszym a jeżeli wybiorę kogoś innego, to wtedy ten ktoś będzie
szczęśliwy, czy coś takiego. - Po wypowiedzeniu ostatnich słów spuścił wzrok na
podłogę, tak by nie musieć patrzeć w oczy Taaviemu.
- Wiesz co, kociaku? Tym razem muszę
przyznać mu rację. Gdybym to ja miał zostać twoim mężem to
byłbym najszczęśliwszym mężczyzną na świecie mogąc być twoim
pierwszym partnerem. - Lukas słysząc te słowa spalił jeszcze
większego buraka.
- A dlaczego miałbym Cię
wybierać? - Zapytał i chwilę później Taavi siedział wyprostowany z
dumnie podniesioną głową.
- Bo wiem, że gdybym to ja mógł
dostąpić tego zaszczytu uczyniłbym wszystko, byś był ze mną
szczęśliwy. Po drugie szanowałbym Cię i liczył z twoim zdaniem w
nawet najdrobniejszym aspekcie życia. Po trzecie nie pozwoliłbym
Cię skrzywdzić nawet za cenę własnego życia.
- To głupie. - Odpowiedział
najnormalniejszym tonem, na jaki było stać. - A poza tym nie da się
nikogo uszczęśliwić na siłę, po drugie, szału bym dostał
gdybyś się mnie codziennie pytał co masz zjeść na śniadanie, a
po trzecie nie chcę by ktokolwiek za mnie umierał. - Odpowiedział
naturalnym tonem, jakby opowiadał o pogodzie.
- To w takim razie co ma Ali czego ja
nie mógłbym Ci dać? - Zapytał Taavi z zazdrością w głosie.
- Nie wiem i szczerze, na razie nie chce nikogo i nikogo nie szukam. I może nawet ty albo
Ali bylibyście w stanie mi to dać, nie wiem. - Na twarzy
tęczowo-włosego pojawiła się konsternacja myśli jednak, nie mogąc
nic wymyślić postanowił zapytać.
- A czego oczekujesz od przyszłego
męża, skoro nie wiesz czy istnieje osoba mogąca Ci to zapewnić?
- Wzajemnej miłości, albo chociaż zauroczenia, zważywszy na krótki
termin na decyzję. I z łaski swojej wstań z tej podłogi.
Dwóch mężczyzn siedziało w
wygodnych fotelach dyskutując o czymś zawzięcie, kiedy drzwi do
komnaty służącej za salon wszedł trzeci, podobny do dwóch już
obecnych. Opadł ciężko na fotel, wzdychając przy tym głośno.
- Coś się stało braciszku? - Zapytał
mężczyzna w białej długiej szacie wyglądający na najmłodszego,
jednak równie dojrzałego co dwóch pozostałych.
- Zły smok przeszkodził nam w
rozmowie. - Odpowiedział, a w jego głosie dało się wyczuć smutek.
- Pewnie teraz zamknął twoją
księżniczkę w jakiejś wieży. - Wtrącił z rozbawieniem najstarszy
z nich. - Powiedz lepiej jak Ci szło zanim nie pojawił się Taavi.
- Ma charakterek i lubi mi dogryzać,
ale szczerze powiedziawszy mi to nie przeszkadza. Jest ładny, to też
trzeba przyznać i mogę się założyć, że jeszcze będzie mój.
- A jaką masz pewność, że nie zwiąże się z dajmy na to Taavim? - Skomentował najmłodszy z braci.
- Żadną, ale nie zamierzam się poddać, bo
jest naprawdę uroczy i tylko się nie śmiejcie, ale czuję potrzebę chronienia go przed światem. - Tym razem najstarszy zaśmiał się co wzburzyło krew w żyłach Aliego.
- Też to czułem i nadal czuję do
mojego misia. - Uśmiechnął się na wspomnienie lubego.
- Może wreszcie powiesz nam kim on
jest? - Zapytał z nadzieją w głosie średni brat, na co dostał
odpowiedź w postaci wyciągniętego języka.
- Ej, bo zaraz pomyślimy, że mówisz o
nim tylko po to by mieć święty spokój, a twój „Misio” nie
istnieje. - Odezwał się najmłodszy lekko uśmiechając się pod
nosem.
- Mogę was zapewnić, że istnieje.
Przecież tłumaczyłem, że na razie nie mogę mu wyznać prawdy, bo
boję się, że mi ucieknie. - Odparł nadąsany. - A ty Aziz masz już
jakąś niewiastę na oku? - Wyraz jego twarzy zmienił się
diametralnie, ukazując ciekawość względem najmłodszego z braci.
- Nie, jeszcze nie. A poza tym dobrze
wiesz, że nie interesują mnie kobiety, tak samo jak mężczyźni.
- Czyli chcesz nam powiedzieć, że nie
chciałbyś założyć kiedyś rodziny? - Odezwał się Ali lekko
zszokowany wypowiedzią brata.
- Aliś, przecież Azi mówił nam, że
nie chce się z nikim wiązać...Chyba nie było Cię przy tamtej
rozmowie. - Wyraz twarzy bruneta wyraźnie potwierdził ostatnie
zdanie.
- Ale przecież wszyscy gadają o twoich
licznych romansach z dworkami. - Zwrócił się do Azisa z szeroko
otwartymi oczami.
- Tak samo jak gadają, że Amir lubi
przebierać się w damskie ciuszki. - Odpowiedział z wyraźną
irytacją w głosie.
- Ale wiesz braciszku, że masz już
trzydzieści lat i wypadałoby ukierunkować swoje potrzeby i rozwiać
niepotrzebne pomówienia. - Amir przesiadł się na podłokietnik
fotela brata i objął go ramieniem. - Wiesz przecież, że nawet
jakbyś chciał związać się z elfem albo co gorsza bagienną
odmianą tych dewiantów to i tak będziesz naszym małym braciszkiem
i będziemy Cię kochać.
- Tyle, że ja nie chcę żadnego
związku. W pałacu gadają, że wolę kobiety i dobrze, mam spokój
od tych zboczeńców co chcą dobrać się do moich spodni i przy
okazji poprawić sobie status społeczny, a żadna z dam nawet nie
odważy się na coś powyżej zalotnego spojrzenia, by nikt
przypadkiem nie uznał jej za rozwiązłą. - Odparł z szerokim
uśmiechem Aziz zrzucając rękę brata ze swoich ramion.
- W takim razie proponuję
zakład. - Odpowiedział Ali z przebiegłym uśmiechem. - Jeżeli do
końca roku nie znajdziemy Ci z Amirem żadnej osoby, która by Cię
zainteresowała fizycznie i oczywiście seksualnie masz u nas po 3
życzenia, zgadzacie się? - Obaj kiwnęli głowami na znak zgody.
- A tak w gwoli ścisłości, co wy
będziecie z tego będziecie mieli, jeżeli wam się uda? W co
szczerze wątpię.
- Satysfakcję Aziś i jeżeli się uda to szwagra albo
bratową. - Odparł wciąż siedzący na podłokietniku Amir.
Lukas stał właśnie sam w
pokoju przed ubraniem zostawionym mu przez Taaviego, który dał mu pięć minut na przebranie ogłaszając, że czeka go wizyta u króla.
Strój składał się z granatowych luźnych spodni ze
ściągaczem przy kostkach, białej bawełnianej koszuli z lekko
bufiastymi rękawami oraz dość specyficznego płaszcza pozbawionego
rękawów. Cały zestaw był zachowany w zimnych barwach, co nie
podobało się Lukasowi, chociaż musiał przyznać przed sobą, że
nie wyglądał w nich najgorzej. Gdy przeglądał się w lustrze
zauważył na piersi płaszcza srebrnego pawia stroszącego pióra.
Pamiętał, że jak był mały i mieszkał w Japonii, to w dość
dużym ogrodzie za domem zawsze można było się na jakiegoś
natknąć. Przypatrzył się dokładniej haftowi, pamiętał z ten
konkretny obrazek, ale nie mógł przypomnieć sobie skąd. Jego
kontemplację nad dumnym ptakiem przerwało pukanie do drzwi, nie
zdążył nawet zareagować, gdy wszedł przez nie uśmiechnięty
Taavi.
- Cześć kociaku, ślicznie wyglądasz
chociaż ja bym cię widział w innych kolorach. - Powiedział na
wstępie idąc skocznym krokiem w jego kierunku. - Mam dla ciebie mały
prezent, zamknij oczy. - Nakazał stojąc zaledwie w odległości kroku
od Lukasa. Ten tylko prychnął pod nosem i wykonał polecenie.
Poczuł jak tęczowo włosy się do niego przybliża i zakłada mu
coś na szyję muskając delikatnie jego skórę palcami. - Możesz
otworzyć oczy. - Powiedział, po czym odsunął się delikatnie od
szatyna. Chłopak odruchowo dotknął swojej szyi na której poczuł
rzemyk, przesunął palcami w dół by sprawdzić co delikatnie go
obciążało. Gdy poczuł delikatny chłód metalu spojrzał na
wisiorek przedstawiający takiego samego pawia jak na ubraniu.
Dopiero teraz rozpoznał w nim ulubioną broszę swojej mamy, którą
nosiła na każdą okazję. - Srebrny paw jest symbolem twojej rodziny.
Pomyślałem, że jako książę powinieneś posiadać kilka takich
ozdób.
- Dziękuję, jest śliczny. Nie wiem co
powiedzieć. - Zapatrzył się na trzymany w ręku przedmiot, przypominający mu o latach spędzonych z matką. - Naprawdę
dziękuję. - Podniósł wzrok na lekko uśmiechającego się starszego
chłopaka.
- Cieszę się, że Ci się podoba.
Kazałem też wyhaftować pawie na twoich szatach. - Taaviemu nie dane
było kontynuować gdy zobaczył jak niższy chłopak podchodzi do
niego stając w odległości około dziesięciu centymetrów. Lukas
położył rękę na ramieniu wyższego chłopaka, stanął na
palcach jednocześnie dociskając Taaviego do ziemi by zrównać się
wzrostem. Delikatnie pocałował go w polik natychmiast powracając do pierwotnie dzielącej ich odległości.
- Jeszcze raz dziękuję. - Powiedział
cicho, na co mężczyzna zareagował szerokim uśmiechem, przejechał
ręką po głowie Lukasa kończąc na samym karku.
- Nie ma za co kociaku. Chodź już,
król nas oczekuje, tylko uprzedzam, on jest trochę specyficzny.
- Co masz na myśli mówiąc
„specyficzny”?
- Zobaczysz, chodźmy.
W głównej sali tronowej
panował zgiełk, każdy szeptał do kogoś plotki o domniemanym
przyszłym władcy. Niektórzy nawet nie silili się, aby mówić
cicho. W końcu zaczęli się przekrzykiwać, czekając na oficjalne
przedstawienie nowej szychy na zamku.
W końcu wszystkie głosy zamilkły,
gdy król zaczął przemawiać.
- Proszę wszystkich o uwagę!
Zebraliśmy się bym mógł przedstawić wam Lukasa Fukudę, wnuka
króla Sugimoto. Ponieważ nie uznaję polityki kłamstw, ogłoszę
to teraz przy was. Przyznaję się do zlecenia porwania Lukasa,
posunąłem się nawet do wymuszenia pokoju na królu Sugimoto, co za
wiele nie dało. Zaproponowałem pokój w zamian za wolność jego
wnuka, on natomiast odpowiedział, następującym listem, który
odczyta mój doradca. - Z małej grupki stojącej nieopodal tronu
wystąpił mężczyzna z dumnie uniesioną głową trzymając w ręku
otwartą wcześniej kopertę.
- Pozwolą państwo, że ominę zwroty
grzecznościowe.”Ja jako król Północnej Republiki Melishii
odmawiam zawarcia jakichkolwiek sojuszy, mając na względzie dobro
moich poddanych. Uważam, że bratanie się ze społecznością
dzikusów, jaką z pewnością są południowi mieszkańcy naszej
krainy jest co najmniej uwłaczające. Ponadto nie widzę żadnych
powodów, abym podpisywał traktaty i innego rodzaju zapewnienia o
pokojowym nastawieniu. Odnośnie osoby mojego wnuka, nie uważam go
za członka rodziny Fukuda, z powodów oczywistych. Tak więc nie
zależy mi na jego wolności czy szczęściu(...)”
Lukas przestał dalej
słuchać przemówienia z pokoju przyległego do sali tronowej, było
ono niewielkie i tak skonstruowane, by wszystkie słowa wypowiedziane
w dużej sali były idealnie słyszane.
- Nie rozumiem o co chodzi, że nie
jestem jego rodziną? - Zapytał znowu nic nie rozumiejąc.
- Luk, chodzi o to, że twoja matka nie
miała ślubu z twoim ojcem. I, że jesteś z nieprawego
łoża. - Powiedziała cicho Lorie kładąc mu rękę na ramieniu w
pokrzepiającym geście.
- W dodatku twój ojciec jest z
Alverii. - Powiedział równie cicho Gabriel. - Z tego co wiem, twój
dziadek ma dość konformistyczne poglądy.
- Ale nie przejmuj się według prawa
ważne, abyś dokonał inicjacji po dziewiętnastce i stajesz się
pełnoprawnym obywatelem.
- Dalej nie rozumiem, dlaczego wierzę we
wszystko co mi powiecie. - Szatyn westchnął głęboko unosząc wzrok
ku górze.
- Nie wyjaśniliśmy Ci tego? - Zapytała
zdziwiona blondynka, na co Lukas pokiwał przecząco głową. -Bo
chodzi o to, że jakby nie patrzeć jesteś stąd i twój mózg
łatwiej przyjmuje do wiadomości wszystkie nowe fakty i do tego mogę
się założyć, że twoja mama miała w tym swój udział.
- Co ma do tego moja mama? - Uniósł
lekko brew oczekując kolejnych informacji.
- Jakby Ci to powiedzieć? - Zaczęła
Lorie, chcąc sensownie dokończyć swoją myśl. - Wydaje mi się, że
rzuciła na Ciebie pewne zaklęcie. - Nie słysząc krzyków ani
sprzeciwów kontynuowała. - Chodzi o to, że mogła zaszczepić u
Ciebie podstawowe informacje o Melishii i jej zwyczajach i one po
ukończeniu dziewiętnastego roku życia by się odblokowały. Zazwyczaj w takich przypadkach rodzice mówią swoim dzieciom, że nie
są do końca tacy jak ich rówieśnicy ale jak widać nie zawsze.
Czasem zaklęcie to najlepsze wyjście. - Chłopak spojrzał na nią
spod przymkniętych powiek, po czym uśmiechnął się krzywo.
Postanowił wsłuchać się w resztę przemowy i czekać aż go
wywołają.
Kiedy królewski doradca
skończył czytać ostatnie słowa dość długiego listu
poświęconego tematowi niedoszłego sojuszu powrócił na wcześniej
zajmowane przez siebie miejsce oddając władcy głos.
- Wysłuchaliście już odpowiedzi króla
Sugimoto, więc teraz chciałbym powiedzieć jaka jest moja postawa w
tym póki co nie groźnym sporze pomiędzy północą, a południem.
Ponieważ zależy mi na zjednoczeniu naszej krainy postanowiłem
sięgnąć po środki konieczne aczkolwiek niekonwencjonalne. - Po
całej sali rozległy się szepty, które natychmiast uciszył donośny głos króla. - Proszę o ciszę! Nie pragnę rozlewu
krwi, jednak nawet najpiękniejsza idea niesie za sobą masę
poświęceń. Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale jestem w
stanie zrobić wszystko by połączyć rody Bilir i Fukada, nawet
kosztem własnych dzieci bądź wnuków. Pragnę by dwa zwaśnione
rody połączyły się wydając na świat potomka, który obejmie
pieczę nad naszą przepiękną krainą. Dlatego postanowiłem użyć
radykalnych środków, z mojego rozkazu został porwany książę . Pragnę wam przedstawić Lukasa Fukudę. - Do sali przez jedne z
bocznych drzwi wyszedł niepozorny chłopak, który jednak swoją
postawą wymusił rozstąpienie się tłumu.”Widać po nim, że ma
coś z władcy" pomyślał mężczyzna, do którego zmierzał
ubrany na niebiesko młodzieniec. - Lukasie. - Zaczął mówić król,
lecz szatyn postanowił mu przerwać.
- Królu, jak sam powiedziałeś,
porwano mnie. Jednak nie żywię do nikogo urazy widząc w tym zło
konieczne. - Głos miał pewny, czego nie można było powiedzieć o
nim samym. Kiedy opuszczał pokój, myślał tylko o tym by wrócić
do niego jak najszybciej, jednak gdy stanął naprzeciw Sulejmana w
jego głowie zaczął kiełkować pomysł. Oczywiście jak często
było w jego przypadku, zanim cokolwiek przemyślał, zaczynał
działać. - Oczywiście podzielam twoje zdanie o bezsensowności
podziału tej jakże pięknej krainy, która oczarowała mnie od
samego początku. Dlatego też jako następca tronu pragnę to jak
najszybciej zakończyć, ale nie mam zamiaru poświęcać szczęścia
swoich przyszłych dzieci. Nie jest ważne czy zostaną zmuszone do
małżeństwa, czy wychowają się w rodzinie bez wzorców w postaci
kochających się rodziców, zostaną pozbawione szczęścia. Tak
więc mam nadzieję, że zgodzisz się ze mną, królu, iż obietnica
silnego sojuszu z mojej strony zaraz po objęciu władzy będzie
równie mocnym spoiwem miejmy nadzieję przyszłej jedności i
jednocześnie pochłonie mniej ofiar. - Tak jak się spodziewał na
twarzy władcy pojawiło się zdziwienie, zapewne wywołane jego
elokwencją oraz tupetem. Usłyszał szepty aprobaty ze strony dworzan co dodało
mu otuchy, jednocześnie czekał na odpowiedź Sulejmana w napięciu.
- Widzisz chłopcze, obietnica sojuszu
jest kusząca, jednakże żaden pakt nie jest tak trwały jak wspólny
władca. Oczywiście rozumiem twoje obiekcje odnośnie połączenia
rodów, dlatego proponuję zmianę propozycji, którą Ci wcześniej
przedstawiono książę. - Lukas uśmiechnął się lekko na słowa o
jakiejkolwiek zmianie. Król milczał, a tłum patrzył coraz
bardziej natarczywym wzrokiem. Gdy tu szedł Taavi powiedział mu,
aby nie przejmował się ilością osób. Według jego tłumaczeń to
jest sposób na zdobycie zaufania społeczeństwa, dworzanie mają
wgląd do wszystkich zgromadzeń, a ponieważ od tysięcy lat nie
było żadnych wojen ani sporów wewnętrznych tajemnice zniknęły
razem z nimi. A ponieważ społeczeństwo dowiedziałoby się prędzej
czy później o nowych podatkach, przywilejach czy zmianach w
szkolnictwie są oni obecni jako publika przy wszelkich rozmowach. -
Co powiesz, książę aby nasze rodziny zostały połączone w jak
najszybszym czasie, jednocześnie szanując wolną wolę obu stron?
Oczywiście byłby pewien haczyk, nie możemy dopuścić do tego by
potencjalne małżeństwo się nie znało, więc proszę Cię abyś
został w moim pałacu przez przynajmniej kilka najbliższych
miesięcy by poznać moich synów. Oczywiście jeżeli postanowisz
związać swój los z kimś innym, to proszę aby kolejne pokolenie
również miało taką szansę mieszkając ze sobą rok po ukończeniu
dziewiętnastego roku życia przez obu potomków. - Mężczyzna
uśmiechnął się serdecznie do szatyna zadowolony z efektu swoich
negocjacji. ”Myślałem, że będzie krzyczał i tupał nogą, a tu
inteligentny przyszły zięć mi się trafił.” Rozmyślał, patrząc
na pewną minę chłopaka, który odwzajemnił jego uśmiech.
- Uważam, że jest to bardzo rozsądna
propozycja. - Powiedział Lukas szczęśliwy z braku noża przy gardle
zwanego małżeństwem. Obaj podali sobie ręce przy czym król
zaprosił Lukasa na obiad w towarzystwie swoim oraz synów na co
szatyn przystał nie zapominając o dobrych manierach.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po przeczytaniu kilku poprzednich rozdziałów dotarło do mnie, że piszę beznadziejnie. A już wybuch Luka i cała ta sytuacja to gniot i syf. Nie mam zamiaru przestać pisać, ale szczerze nie dziwie się, że tak mało osób odwiedza mojego bloga. Mam nadzieję, że nie straciliście wzroku ani wiary w ludzkość po przeczytaniu tego. I jak zwykle bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po przeczytaniu kilku poprzednich rozdziałów dotarło do mnie, że piszę beznadziejnie. A już wybuch Luka i cała ta sytuacja to gniot i syf. Nie mam zamiaru przestać pisać, ale szczerze nie dziwie się, że tak mało osób odwiedza mojego bloga. Mam nadzieję, że nie straciliście wzroku ani wiary w ludzkość po przeczytaniu tego. I jak zwykle bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!
sobota, 18 lipca 2015
Rozdział 4 [Opowiadanie podstawowe]
Hej,
znowu krótko, ale treściwie. I znowu bez bety :( Piszcie w
komentarzach wszystkie wyłapane błędy to postaram się naprawić)
Enyłej miłego czytania i proszę napiszcie coś w komentarzach.
^.^
***
Siedział na łóżku z otwartymi ustami patrząc na
bruneta w szoku.
- Mógłbyś powtórzyć, bo chyba nie
do końca zrozumiałem? - Powiedział drobniejszy chłopak wciąż
nie mogąc zrozumieć słów wypowiedzianych przez Gabriela.
- Oczywiście, musisz sobie znaleźć
partnera najlepiej przed dziewiętnastymi urodzinami.
- Ale po co? - Dopytywał chłopak,
jakoś nie zrozumiał wiele z poprzedniego wywodu ciemnowłosego.
- Krótko mówiąc jeżeli nie
znajdziesz kogoś to będziesz zmuszony do wyjścia za któregoś
księcia. A z prostych powodów wynika, że poślubisz księcia
Aliego.
- Ale skoro on jest facetem i ja nim
jestem to dlaczego mamy wziąć ślub? Przecież, no, dzieci z tego
nie będzie.
-
Hym, to może opowiem Ci trochę o naszej rasie? - Luk pokiwał głową
na znak zgody. - Jak pewnie zauważyłeś różnimy się troszkę od
przeciętnego człowieka. - Lukas ponownie kiwnął głową dając
znak, że może kontynuować. - Mamy ogony i władamy magią, ale to
nie wszystko. Ponieważ rodzi się coraz mniej kobiet natura szybko
doposażyła naszą rasę w możliwość rodzenia przez mężczyzn.
Główna różnica jest taka, że kobietom zajście w ciążę
przychodzi łatwiej.
-
Czyli, że u was faceci też mają okres?
- Nie, u nas nikt
go nie ma. Można powiedzieć, że natura jest jak karma, jeżeli o
nią dbasz ona dba o ciebie. - Chłopak pokiwał głową. - Ludzie ze
świata, w którym się wychowałeś zbyt jej nie szanują by mieć
więcej.
-
Ale powiedziałeś, że ten cały król zrobi wszystko, żeby
połączyć rody, czyli jak znajdę sobie kogoś innego to co?
Odpuści?
-
Nie, ale wtedy jest szansa, że któryś z książąt będzie
posiadał w miarę normalne dzieci i połączy się rody w następnym
pokoleniu. Naprawdę musiałeś być zmęczony kiedy Lorie Ci to
wszystko tłumaczyła. A właśnie bym zapomniał, jest szansa, że
nie będziesz musiał wybierać. - Lukas zareagował tylko cichym
„Hmm?“. - Jeżeli twój dziadek zaakceptuje warunki i powstanie
sojusz to jesteś wolny. Musisz tylko wytrzymać do czasu otrzymania
odpowiedzi, dasz radę?
-
To nie na moje nerwy, psychikę i w ogóle wszystko. - Szatyn
powiedział płaczliwie , dało się również zauważyć powoli
zbierające się łzy w jego oczach. - Jednego dnia jest normalnie,
następnego pojawiacie się wy i wszystko zmienia się o sto
osiemdziesiąt stopni. Nie zdziwię się jeżeli ta „magia“ to
tylko jakieś tanie sztuczki, ogony są doczepiane, a ten widok za
oknem to jakieś ekrany! - Z jego oczu wypłynęła pojedyncza łza,
którą otarł rękawem długiej koszuli w której się obudził. -
To wszystko na pewno jest tylko snem. Zaraz się obudzę i wszystko
będzie jak dawniej.
Do
pokoju wszedł Taavi z gorącą herbatą dla kociaka, jak zaczął go
nazywać przy rodzinie. Już miał zamknąć drzwi kiedy zobaczył
Lukasa wycierającego policzki z kolejnych łez. Natychmiast odstawił
filiżankę na szafkę stojącą koło łóżka i minął
zdezorientowanego Gabriela chcąc przytulić roztrzęsionego
chłopaka.
-
Ej, nie płacz. - Szepnął mu we włosy i przycisnął go mocniej do
siebie. - Mały, słyszysz? Wszystko będzie dobrze. - Szatyn
niepewnie uniósł głowę tak by spojrzeć w oczy Taaviemu.
-
Obiecujesz? - Powiedział pewnym głosem, mimo zatkanego po płaczu
nosa. Odczekał kilka sekund po czym ponowił pytanie.
-
Nie jestem w stanie Ci tego obiecać, ale mogę obiecać, że zrobię
wszystko by tak było. - Tęczowo-włosy otarł kciukiem łzę z
polika Lukasa chcąc przytulić go ponownie, czuł wewnętrzną
potrzebę ochronienia go. Chłopak jednak odsunął go od siebie i
usiadł na krawędzi łóżka.
-
Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło. - Powiedział cicho i
sięgną trzęsącymi się dłońmi po filiżankę w misterne wzory.
- Zwykle się nie rozklejam. - Dodał wziąwszy łyka herbaty o
intensywnym, ale i subtelnym smaku. Dwóch młodych mężczyzn
przypatrywało mu się uważnie.
-
Luk, nie przejmuj się tym. - Powiedział łagodnym głosem
błękitnooki. - Nie ty jeden tak zareagowałeś jak dowiedziałeś
się o nieśmiertelności i całej reszcie. - Kiedy skończył mówić
uśmiechnął się serdecznie chcąc dodać Lukasowi otuchy.
-
O jakiej znowu nieśmiertelności? - Krzyknął najmłodszy z nich. -
Albo mi się wydaje albo nie powiedziałeś mi wszystkiego. -
Powiedział już spokojniej w kierunku Gabriela.
-
Widzisz, my jesteśmy nieśmiertelni i ty też. Podobnie zresztą jak
ta twoja sąsiadeczka.
- Czekaj mówisz
o Amelii, czy o Ninie? A zresztą, po co mam to teraz wiedzieć skoro
mamy przed sobą tyle czasu! - Ponownie podniósł głos patrząc z
wyrzutem na obu mężczyzn. - Wynocha! Ale już! Muszę wszystko
sobie przemyśleć i nie mam ochoty was tu oglądać co najmniej do
jutra! Zrozumiano? - Z sekundy na sekundę ilość decybeli w
pomieszczeniu wzrastała przez niepozornego szatyna. Gabriel i Taavi
bez słowa skinęli głowami i opuścili komnatę zajmowaną przez
Lukasa. - Co to za paranoja? - Szepnął do siebie po czym położył
się wygodnie w dużym łóżku, które zasługiwało na miano łoża
i zasnął niczym małe dziecko w ramionach matki.
Jedna
dziewczyna siedziała na kuchennym krześle, gdy druga chodziła po
dość ciasnym pomieszczeniu wymachując rękoma we wszystkie strony
i krzycząc najprawdopodobniej
na cały budynek.
-
Chcesz mi wmówić, że jesteś z jakiejś magicznej krainy i byłaś
tu żeby pilnować Luka?
-
Ami, nie gniewaj się, chciałam Ci powiedzieć, ale bałam się jak
zareagujesz. - Wymruczała ze skruszoną miną Nina. - Ja dostałam
rozkaz i muszę wracać do Melishii, ale kiedy wrócę, a nie wiem
czy w ogóle chcę wiedzieć czy mam u ciebie jeszcze jakiekolwiek
szanse.
-
Posłuchaj, kocham Cię i mam gdzieś skąd jesteś. Dla mnie możesz
być nawet z Marsa, ale jeżeli myślisz, że tak łatwo się ode
mnie uwolnisz to się mylisz! - Wrzasnęła dziewczyna wskazując na
drugą palcem. - Albo zabierzesz mnie do tej Nibylandii czy czegoś
tam albo przykuję Cię do kaloryfera.
-
Słońce, ja nie mogę. Tylko król może wyrazić zgodę na pobyt
kogoś z zewnątrz. Jeżeli bym Cię zabrała mogłybyśmy obie
zostać ukarane. - Amelia tylko westchnęła, mimo czasu spędzonego
na rozmowie nie potrafiła do końca uwierzyć brunetce w jej rzekome
pochodzenie.
-
Posłuchaj, chcę Ci wierzyć, ale nie umiem. Martwię się o Ciebie,
rozumiesz? - Powiedziała ruda dziewczyna z troską wymalowaną na
twarzy.
-
Czyli uważasz, że mi odbiło i wymyślam? - Powiedziała Nina
patrząc w oczy kobiecie, z którą miała zamiar spędzić resztę
swojego życia. - Zaczekaj, proszę. - Wyszeptała i wyszła z kuchni
kierując się do sypialni, którą do dziś dzieliła z Amelią.
Wyciągnęła z szuflady drewnianą skrzyneczkę, z której wyjęła
małe lusterko niczym z bajki o królewnie śnieżce. - Chodź. -
Mruknęła do dziewczyny, która zgodnie z prośbą poszła za nią.
- Zaraz coś zobaczysz. - Uniosła rękę nad zwierciadłem,
wypowiedziała szeptem kilka niezrozumiałych dla przeciętnego
człowieka słów i opuściła dłoń na lusterko dotykając go
delikatnie. Srebrna tafla zaczęła szaleć, widać w niej było
zawirowania w każdym kierunku. Nagle błysk niczym flesz aparatu
przerwał dziwny pokaz, a po drugiej stronie ukazał się dość
młody mężczyzna. - Muszę rozmawiać z królem. - Powiedziała
pewnym głosem.
-
Och, akurat masz szczęście, król ma wolną minutkę. -
Odpowiedział dość przystojny blondyn. Sekundę później dało się
słyszeć nawoływania pod adresem władcy.
-
Co się stało Nino, że musiałaś się ze nią kontaktować za
pośrednictwem zwierciadła?
-
Królu, otrzymałam rozkaz powrotu na zamek. Proszę jednak o zgodę
na zabranie ze sobą mojej partnerki, Amelii Rom. - Brunetka
pochyliła głowę w geście szacunku czekając na wyrok.
-
Wiesz, że zawiodłaś mnie dając im uprowadzić mojego wnuka? Ale
mimo to nie mam zamiaru oddzielać cię od wybranki twojego serca. Co
nie zmienia faktu, iż poniesiesz konsekwencje swojej nieuwagi w
sposób, który dla Ciebie wybrałem. Żegnaj Nino. - Dziewczyna nic
nie odpowiedziała, jedynie zniżając głowę niżej. Lustro wróciło
do swojego poprzedniego stanu, a Amelia nie mogła pojąć co się
chwilę temu przydarzyło.
-
Czyli ty mówiłaś prawdę? I to magiczne królestwo naprawdę
istnieje?
- Tak, a ty
pojedziesz tam ze mną. - Odpowiedziała spokojnie Nina po czym
pocałowała Amelię w policzek.
Lukas obudził
się kilka godzin później, na dworze było już ciemno. Jedynymi
źródłami światła były gwiazdy i dziwne kule różnokolorowego
światła pozawieszane na słupach o różnorodnych kształtach na
terenie ogrodu. Chłopak usłyszał cicho otwierające się drzwi i
odgłosy powoli stawianych kroków.
-
Lukas, śpisz? - Powiedziała blondynka, szatyn tylko pokiwał głową
- Przepraszam za nich. Gabi jest lekko zapominalski i lekko dziwny, a
Tav zachowuje się czasami jak nadopiekuńcza kwoka. Oboje są
zresztą dziwni jak każde z nas zresztą. - Dziewczyna zaśmiała
się delikatnie pod koniec.
-
Lorie, dlaczego wszyscy od razu założyli, że wolę facetów?
-
A wolisz? - Chłopak lekko kiwnął głową na co dziewczyna znowu
zaśmiała się dźwięcznie. - Widzisz, tutaj heteroseksualizm nie
jest nawet w połowie tak powszechny jak homoseksualizm w Alverii. -
Mina chłopaka wyrażała głębokie nie zrozumienie. - Och tak
nazywamy świat, w którym się wychowałeś. Mogę Ci nawet
opowiedzieć legendę dlaczego tak się nazywa, chcesz? - Lukas znowu
pokiwał głową. - Ej, ale na migi nie będziemy rozmawiać. - Lorie
położyła się obok niego zdjąwszy wcześniej buty. - Dawno temu,
kiedy na świecie panowali jeszcze bogowie, jeden z nich stwierdził,
że nie potrzebuje całej reszty i odgrodził magiczną barierą
swoje tereny od całej reszty. Bóg ten był tak chciwy, samolubny i
zapatrzony w siebie, że kazał ludziom jemu podległym składać
ogromne dary i ofiary. W końcu w jego krainie zapanował chaos, głód
i anarchia. Ludzie mordowali się nawzajem by mieć co jeść, ale on
widział tylko czubek własnego nosa. Pewnego razu w jego pałacu
pojawił się młody chłopak, który zaoferował mu pewną grę.
Teraz już nikt nie wie w co grali, ale to i tak mało ważne.
Chodziło o stawkę, wygrany bierze wszystko. Chłopak miał mu do
zaoferowania tylko swoją duszę i ciało, natomiast bóg wszystko co
posiadał, łącznie z mocami i nieśmiertelnością. A ponieważ
Kiron, bo tak się nazywał ten bóg, który jak wcześniej
wspomniałam był narcyzem, był pewny, że wygra z jakimś tam
człowiekiem. Jednakże przegrał i musiał oddać władzę nowemu
bogowi, Alveriemu. Potem nastąpiła era pokoju i dobrobytu, a ludzie
uważali go jako swojego jedynego boga. Od tamtej pory nie musieli
składać żadnych ofiar natomiast, Alveri przekazał tron
najmądrzejszemu z ludzi, sam tylko doglądając ich życia. Nazwa
zaś została nadana przez naszych władców na cześć wybawiciela
ludu uciśnionego.
-
Aha, a jak to się stało, że jesteście nieśmiertelni i na czym to
w ogóle polega?
-
Po prostu bogowie zaczęli romansować z ludźmi, natura nas
udoskonaliła i tak jakoś wyszło. A i starzejemy się prawie
normalnie, tak mniej więcej do czterdziestki i dalej nie idzie i
dodatkowo starzejmy się wolniej, na przykład taki Michał ma 17 i
na tyle wygląda ale jak przejdzie przez inauguracje to przez długi
czas będzie jeszcze na tyle wyglądał.
-
To ile lat wy macie? - Dopytywał robiąc w powietrzu nie określony
znak ręką.
-
Tylko się nie przestrasz. Gabi ma coś koło siedemdziesiątki,
Taavi bodajże 67, ja 55 a ciocia 759? Jakoś tak. - Lorie zaśmiała
się z miny chłopaka. - A i jeszcze jedno, kwestia dziedziczenia
tronu u nas jest dość ciekawa. To też powinieneś wiedzieć.
Jeżeli którekolwiek z dzieci spełni następujące warunki:
Ukończeznie 150 lat, posiadanie pełnej rodziny aby zachować
ciągłość rodu, niczym nie skalane imię i wysoką rangę
urzędniczą. Można wystąpić o oficjalne przekazanie tronu, wtedy
zostaje wszczęte postępowanie. Czyli wywlekanie trupów z szaf i
magicznie sprawdzają, czy jesteś zdolny objąć władzę i dobrze
kierować ludem. Potem koronacja, stary król idzie na emeryturę i
czekamy aż to się powtórzy. Jednak rzadko kiedy tak się dzieje,
najczęściej tron dziedziczy się w wieku ok.250 lat. A czasem nawet
bezpośrednio wnuki dziedziczą pod warunkiem, że wszyscy przed nim
w kolejce wyrzekną się roszczeń do tronu na rzecz delikwenta.
-
To naprawdę ciekawe. Wiesz, że dużo gadasz? - Po raz pierwszy od
pobytu w tym dziwnym miejscu Lucas uśmiechnął się szczerze.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem,
że urwałam w tak dziwnym momencie, ale cóż. Bądźcie pozdrowieni
człowieki wszelkiej maści!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)