środa, 29 lipca 2015

Rozdział 5 [Opowiadanie Podstawowe]

Hej, jakoś mi się udało skończyć i wiem, że nie jest was dużo, ale czekam na komentarze, nawet krytyczne. Jeszcze nie mam Bety, więc proszę piszcie gdzie jest błąd, a postaram się go naprawić.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
          Siedział przy hebanowym stoliku jedząc śniadanie przyniesione przez jedną ze służących. Spędził już w Melishii dwa dni i coraz bardziej przyzwyczajał się do nowego miejsca zamieszkania. Mimo, iż z pokoju wychodził tylko i wyłącznie do toalety zdążył poznać kilka osób. Głównie zajmujących pokoje koło niego, z tego co się dowiedział w pokoju naprzeciw mieszka wysoki rangą urzędnik, lubiący śpiewać ballady dla swojego kota. Za to kilka pomieszczeń dalej dużą komnatę zajmuje Gabriel, obok niego Taavi, naprzeciw nich Liorie i  Michał. Już miał brać kolejną bułeczkę gdy usłyszał ciche pukanie. Wytarł kąciki ust serwetką po czym wstał by otworzyć drzwi. Chwycił za klamkę, nie sprawdzając uprzednio kto znajduje się po drugiej stronie. Otworzył energicznie drzwi i spostrzegł dość wysokiego mężczyznę o lekko ciemnej karnacji i męskich wyrazistych rysach twarzy, ubrany był w czerwono-czarną szatę ze złotym emblematem przedstawiającym łeb lwa na piersi.
- Witam, nazywam się Ali Bilir, drugi syn króla Sulejmana. Ty zapewne jesteś Lukas Fukuda, zgadza się? - Mężczyzna nie czekał na odpowiedź zszokowanego chłopaka wchodząc do tymczasowej komnaty szatyna. - Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci moja obecność. - Ali uśmiechnął się serdecznie do chłopaka patrzącego na niego nic nie pojmującym wzrokiem.
- Tak, znaczy nie. Znaczy, nie przeszkadzasz. I odpowiadając na wcześniejsze pytanie to nazywam się Lukas, ale Fukuda to nazwisko mojej mamy. - Lukas przypatrywał się brunetowi siadającemu przy stoliku z jego śniadaniem w dość nonszalanckiej pozycji. Po chwili sam zajął drugie miejsce nieco skrępowany towarzystwem gościa. Zauważywszy wzrok, który w jego mniemaniu miał zachęcić go do swobodnego zachowania chwycił bułeczkę i dogryzł mały kęs.
- Wiesz, że jesteś uroczy? - Na uwagę mężczyzny prawie się zadławił. - Na zamku krążą plotki o tym, że jesteś słodki, przystojny i podobno lekko nieśmiały. I jak widać okazały się one prawdą. - Chłopak sam nie wiedział co powiedzieć, był zaskoczony bezpośredniością wypowiedzi. - Na prawdę jesteś śliczny. - Luk poprawił okulary po czym spojrzał z zaciętością na „zadufanego księciunia”, jak nazwał go w myślach.
- Mógłbyś sobie darować te tanie komplementy. - Odpowiedział odzyskawszy rezon.
- Nie są tanie. Nawet nie wiesz ile mnie kosztuje wypowiedzenie tych słów w towarzystwie tak zniewalającej piękności.
- Nie martw się, mi też tak przesłodzone i banalne miłe słówka z trudem przeszłyby przez gardło. Aż rzygać się chce od tej słodyczy. - Szatyn skrzywił się nie znacznie na potwierdzenie swoich słów. Gdy zobaczył na twarzy jegomościa szok pomieszany z niemożnością odparcia słownego ataku poczuł czystą satysfakcje, po czym ugryzł maślaną bułeczkę. Czynność ta została jednak przerwana przez osobnika siedzącego naprzeciwko.
- Widzę, że jesteś wygadany. - Zaśmiał się dźwięcznie. - I wcale nie tak łatwo zdobyć cię czułostkami, za które niektórzy oddaliby naprawdę wiele.
- Nie rozumiem po co mieliby poświęcać cokolwiek w zamian za tekst niczym z książki „Podryw dla opornych i umysłowo ociężałych”. - Odpowiedział z uśmiechem na twarzy, zajadając się świeżym pieczywem, które wzbogacone było dżemami w najróżniejszych smakach.
- Wiedz, że nie chodzi o same słowa, ale o to kto je wypowiada. - Odparł z widocznym samozachwytem patrząc Lukasowi prosto w oczy.
- Nie obraź się, ale gówno w złotym papierku dalej nie jest cukierkiem.
- Twoje słowa ranią i jednocześnie zachęcają do dalszej polemiki co niezmiernie mnie intryguje.
- Nie mów proszę, że dotychczas nikt nie wytknął ci braku oryginalności. Tą cechę czuć od Ciebie na kilometr, chociaż poświata narcyzmu widoczna gołym okiem może skutecznie ją maskować.
- Widzę, że masz zamiar sobie na mnie ostrzyć język, co? A poza tym po co miałbym się wykazywać czymkolwiek poza normę skoro moje komplementy mogłyby zostać niedocenione.
- I teraz zamiast ja wyjść na idiotę nierozumiejącego połowy słów, ty wyszedłeś na taniego podrywacza. Świetna taktyka. - Odpowiedział z przekąsem i nutką sarkazmu w głosie, jedynie uśmiech i iskierki w oczach zdradzały radość czerpaną z dyskusji.
- Jednak nie możesz zaprzeczyć, że czerpiesz przyjemność z naszej małej wymiany zdań.
- Większą przyjemność czerpałbym z chwili spokoju i niczym nie zmąconej ciszy, ale jak widać los bywa złośliwy i skazał mnie na twoje towarzystwo. - Odpowiedział z jeszcze szerszym uśmiechem skończywszy posiłek.- Tak, więc byłbym wdzięczny za oszczędzenie mi takich przyjemności w przyszłości.
- Jedna z opcji na przyszłość jest taka, że do końca twojego życia tylko ja będę w stanie sprawić Ci taką przyjemność, że zobaczysz gwiazdy na suficie. Tak więc radziłbym Ci uważać na słowa o ile nie chciałbyś spędzać pół godziny na krawędzi rozkoszy. - Na twarzy Lukasa wykwitł soczysty rumieniec na myśl o dzieleniu łoża z jakże przystojnym i ledwo poznanym mężczyzną.
- Nie chciałbym Cię martwić, ale ten sam scenariusz mówi, że beze mnie również nie wiele zdziałasz. - Pokonawszy lekki wstyd spowodowany rozmową o dość jednoznacznym zabarwieniu praktycznie wydukał swoją ripostę.
- Czyli jednak jesteś wstydliwy. Pewnie dalej jesteś prawiczkiem, co? - Chłopak siedział cicho i jedynie powiększający się rumieniec stanowił odpowiedź. Ali tylko zaśmiał się lekko i spojrzał spod wpół przymkniętych powiek na zawstydzonego nastolatka.Wtem poczuł ogarniającą go potrzebę podziwiania tych zniewalających rumieńców dzień w dzień. - Możesz mi obiecać jedną rzecz? - Dostrzegł jak Lukas podnosi na niego wzrok lustrując uważnie jego twarz. - Zachowaj proszę czystość do ślubu. - Mina szatyna wyrażała głębokie zdziwienie i jeszcze większe zawstydzenie z tematu rozmowy.
- Dlaczego niby miałbym Ci coś takiego w ogóle obiecywać? - Odburknął lekko obracając głowę w kierunku okna.
- Jeżeli jednak wybrałbyś mnie, chcę być twoim pierwszym, ostatnim i jedynym. Natomiast jeżeli wybierzesz kogoś innego to ten zaszczyt spadnie na szczęśliwca, który mam nadzieję da Ci szczęście. - Chłopak był lekko zbity z tropu przez wypowiedź Aliego. Nie dane mu było długo zastanawiać się nad słowami bruneta, gdy drzwi otworzyły się, a do pokoju wszedł zadowolony Taavi.
- Cześć kociaku, przyniosłem Ci nowe ubrania. W tych Alverijskich dresach wyglądasz... - Nie dokończył wypowiedzi, gdy ujrzał osobę, którą lekko mówiąc miał ochotę spotkać najwcześniej w następnym wcieleniu. - Ali, co ty tu do cholery robisz?! - Podniósł głos w kierunku siedzącego na krześle mężczyzny po czym już łagodniejszym tonem zwrócił się do chłopaka wyglądającego na wystraszonego. - Luk, czy on Ci coś zrobił, albo chciał zrobić? - Odpowiedziało mu jedynie zaprzeczenie ruchem głowy co i tak niezmiernie go uspokoiło.
- To ja już pójdę, zobaczymy się później i może przygotuje już jakieś mniej banalne i przesłodzone określenia. - Podniósł się z krzesła i podszedł do zdziwionego jego zachowaniem chłopaka, chwycił jego dłoń i uniósł ją na wysokość swoich ust. - Mam nadzieję, że smok nie uwięzi Cię w wieży za mój haniebny występek. - Musnął delikatnie dłoń szatyna ustami po czym opuścił pomieszczenie, skinąwszy tylko głową tęczowo-włosemu. Gdy drzwi się zamknęły Taavi spojrzał na młodszego chłopaka z wyraźną pretensją, jakby cała wina za spotkanie księcia Aliego była jego. Lukas spiął wszystkie mięśnie , jednocześnie przymrużając oczy, czekając na wybuch złości młodego mężczyzny. Gdy niebieskooki zauważył postawę Lukasa, na myśl znowu przyszedł mu biedny kociak, podszedł powoli do niego po czym, ku zdziwieniu szatyna, przyklęknął przy krześle i lekko pogłaskał go po włosach.
- Ej, kocie. - Powiedział półszeptem, jakby jakikolwiek głośniejszy dźwięk miał go zranić. - Nic Ci nie zrobię, przepraszam jeżeli Cię wystraszyłem - I jak w przypadku nie oswojonego zwierzaka, padały deklaracje o braku złych intencji. - Przepraszam, że krzyczałem w twojej obecności. - Taavi obchodził się z Lukiem jak z małym dzieckiem, przy którym krzyk jest surowo zakazany. Poczuł jak chłopak się powoli rozluźnia, jednak on nie przestawał gładzić go po głowie.
- Dlaczego tak zareagowałeś na Aliego? - Padło na pozór proste pytanie, lecz dla Taaviego było ono niezmiernie trudne.
- Książę Ali ma w pałacu opinię łamacza serc. Mimo, że dopiero co Cię poznałem boję się o Ciebie i nie chciałbym by ktokolwiek Cię skrzywdził. - Padła również półszeptem odpowiedź, która po części nie zrobiła na nim wrażenia dopóki nie usłyszał drugiej części.
- Wiem, że jest podrywaczem, ale i tak miło nam się rozmawiało. - Powiedział cicho jakby bał się konsekwencji wypowiedzianego zdania. Gdy zauważył pytający wyraz twarzy postanowił dokończyć. - Na początku on mnie podrywał. - Widząc zdenerwowanie na twarzy starszego chłopaka, który dalej przeczesywał jego włosy ręką, kontynuował.-  I ja mu powiedziałem, że na coś takiego nie dam się uwieść ani nic. A on powiedział, że do ślubu nie ma zamiaru mnie ruszyć.
- Tak ci powiedział? - Taavi uniósł sceptycznie brew dając do zrozumienia, że nie wierzy w jego zapewnienia.
- No, nie słowo w słowo, ale sens ten sam. - Odparł chłopak naburmuszonym tonem, pokazując, iż nie podoba mu się nieufność rozmówcy. Widząc naglący wzrok, prychnął pod nosem i kontynuował wypowiedź. - Powiedział, że chce bym...no ten, no, wstrzymał się do ślubu. - Znowu poczuł jak jego policzki przeszywa gorąco. - Bo, no, on powiedział, że jeżeli to on miałby zostać moim mężem, to chce być moim pierwszym a jeżeli wybiorę kogoś innego, to wtedy ten ktoś będzie szczęśliwy, czy coś takiego. - Po wypowiedzeniu ostatnich słów spuścił wzrok na podłogę, tak by nie musieć patrzeć w oczy Taaviemu.
- Wiesz co, kociaku? Tym razem muszę przyznać mu rację. Gdybym to ja miał zostać twoim mężem to byłbym najszczęśliwszym mężczyzną na świecie mogąc być twoim pierwszym partnerem. - Lukas słysząc te słowa spalił jeszcze większego buraka.
- A dlaczego miałbym Cię wybierać? - Zapytał i chwilę później Taavi siedział wyprostowany z dumnie podniesioną głową.
- Bo wiem, że gdybym to ja mógł dostąpić tego zaszczytu uczyniłbym wszystko, byś był ze mną szczęśliwy. Po drugie szanowałbym Cię i liczył z twoim zdaniem w nawet najdrobniejszym aspekcie życia. Po trzecie nie pozwoliłbym Cię skrzywdzić nawet za cenę własnego życia.
- To głupie. - Odpowiedział najnormalniejszym tonem, na jaki było stać. - A poza tym nie da się nikogo uszczęśliwić na siłę, po drugie, szału bym dostał gdybyś się mnie codziennie pytał co masz zjeść na śniadanie, a po trzecie nie chcę by ktokolwiek za mnie umierał. - Odpowiedział naturalnym tonem, jakby opowiadał o pogodzie.
- To w takim razie co ma Ali czego ja nie mógłbym Ci dać? - Zapytał Taavi z zazdrością w głosie.
- Nie wiem i szczerze, na razie nie chce nikogo i nikogo nie szukam. I może nawet ty albo Ali bylibyście w stanie mi to dać, nie wiem. - Na twarzy tęczowo-włosego pojawiła się konsternacja myśli jednak, nie mogąc nic wymyślić postanowił zapytać.
- A czego oczekujesz od przyszłego męża, skoro nie wiesz czy istnieje osoba mogąca Ci to zapewnić?
- Wzajemnej miłości, albo chociaż zauroczenia, zważywszy na krótki termin na decyzję. I z łaski swojej wstań z tej podłogi.
            Dwóch mężczyzn siedziało w wygodnych fotelach dyskutując o czymś zawzięcie, kiedy drzwi do komnaty służącej za salon wszedł trzeci, podobny do dwóch już obecnych. Opadł ciężko na fotel, wzdychając przy tym głośno.
- Coś się stało braciszku? - Zapytał mężczyzna w białej długiej szacie wyglądający na najmłodszego, jednak równie dojrzałego co dwóch pozostałych.
- Zły smok przeszkodził nam w rozmowie. - Odpowiedział, a w jego głosie dało się wyczuć smutek.
- Pewnie teraz zamknął twoją księżniczkę w jakiejś wieży. - Wtrącił z rozbawieniem najstarszy z nich. - Powiedz lepiej jak Ci szło zanim nie pojawił się Taavi.
- Ma charakterek i lubi mi dogryzać, ale szczerze powiedziawszy mi to nie przeszkadza. Jest ładny, to też trzeba przyznać i mogę się założyć, że jeszcze będzie mój.
- A jaką masz pewność, że nie zwiąże się z dajmy na to Taavim? - Skomentował najmłodszy z braci.
- Żadną, ale nie zamierzam się poddać, bo jest naprawdę uroczy i tylko się nie śmiejcie, ale czuję potrzebę chronienia go przed światem. - Tym razem najstarszy zaśmiał się co wzburzyło krew w żyłach Aliego.
- Też to czułem i nadal czuję do mojego misia. - Uśmiechnął się na wspomnienie lubego.
- Może wreszcie powiesz nam kim on jest? - Zapytał z nadzieją w głosie średni brat, na co dostał odpowiedź w postaci wyciągniętego języka.
- Ej, bo zaraz pomyślimy, że mówisz o nim tylko po to by mieć święty spokój, a twój „Misio” nie istnieje. - Odezwał się najmłodszy lekko uśmiechając się pod nosem.
- Mogę was zapewnić, że istnieje. Przecież tłumaczyłem, że na razie nie mogę mu wyznać prawdy, bo boję się, że mi ucieknie. - Odparł nadąsany. - A ty Aziz masz już jakąś niewiastę na oku? - Wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie, ukazując ciekawość względem najmłodszego z braci.
- Nie, jeszcze nie. A poza tym dobrze wiesz, że nie interesują mnie kobiety, tak samo jak mężczyźni.
- Czyli chcesz nam powiedzieć, że nie chciałbyś założyć kiedyś rodziny? - Odezwał się Ali lekko zszokowany wypowiedzią brata.
- Aliś, przecież Azi mówił nam, że nie chce się z nikim wiązać...Chyba nie było Cię przy tamtej rozmowie. - Wyraz twarzy bruneta wyraźnie potwierdził ostatnie zdanie.
- Ale przecież wszyscy gadają o twoich licznych romansach z dworkami. - Zwrócił się do Azisa z szeroko otwartymi oczami.
- Tak samo jak gadają, że Amir lubi przebierać się w damskie ciuszki. - Odpowiedział z wyraźną irytacją w głosie.
- Ale wiesz braciszku, że masz już trzydzieści lat i wypadałoby ukierunkować swoje potrzeby i rozwiać niepotrzebne pomówienia. - Amir przesiadł się na podłokietnik fotela brata i objął go ramieniem. - Wiesz przecież, że nawet jakbyś chciał związać się z elfem albo co gorsza bagienną odmianą tych dewiantów to i tak będziesz naszym małym braciszkiem i będziemy Cię kochać.
- Tyle, że ja nie chcę żadnego związku. W pałacu gadają, że wolę kobiety i dobrze, mam spokój od tych zboczeńców co chcą dobrać się do moich spodni i przy okazji poprawić sobie status społeczny, a żadna z dam nawet nie odważy się na coś powyżej zalotnego spojrzenia, by nikt przypadkiem nie uznał jej za rozwiązłą. - Odparł z szerokim uśmiechem Aziz zrzucając rękę brata ze swoich ramion.
- W takim razie proponuję zakład. - Odpowiedział Ali z przebiegłym uśmiechem. - Jeżeli do końca roku nie znajdziemy Ci z Amirem żadnej osoby, która by Cię zainteresowała fizycznie i oczywiście seksualnie masz u nas po 3 życzenia, zgadzacie się? - Obaj kiwnęli głowami na znak zgody.
- A tak w gwoli ścisłości, co wy będziecie z tego będziecie mieli, jeżeli wam się uda? W co szczerze wątpię.
- Satysfakcję Aziś i jeżeli się uda to szwagra albo bratową. - Odparł wciąż siedzący na podłokietniku Amir.
            Lukas stał właśnie sam w pokoju przed ubraniem zostawionym mu przez Taaviego, który dał mu pięć minut na przebranie ogłaszając, że czeka go wizyta u króla. Strój składał się z granatowych luźnych spodni ze ściągaczem przy kostkach, białej bawełnianej koszuli z lekko bufiastymi rękawami oraz dość specyficznego płaszcza pozbawionego rękawów. Cały zestaw był zachowany w zimnych barwach, co nie podobało się Lukasowi, chociaż musiał przyznać przed sobą, że nie wyglądał w nich najgorzej. Gdy przeglądał się w lustrze zauważył na piersi płaszcza srebrnego pawia stroszącego pióra. Pamiętał, że jak był mały i mieszkał w Japonii, to w dość dużym ogrodzie za domem zawsze można było się na jakiegoś natknąć. Przypatrzył się dokładniej haftowi, pamiętał z ten konkretny obrazek, ale nie mógł przypomnieć sobie skąd. Jego kontemplację nad dumnym ptakiem przerwało pukanie do drzwi, nie zdążył nawet zareagować, gdy wszedł przez nie uśmiechnięty Taavi.
- Cześć kociaku, ślicznie wyglądasz chociaż ja bym cię widział w innych kolorach. - Powiedział na wstępie idąc skocznym krokiem w jego kierunku. - Mam dla ciebie mały prezent, zamknij oczy. - Nakazał stojąc zaledwie w odległości kroku od Lukasa. Ten tylko prychnął pod nosem i wykonał polecenie. Poczuł jak tęczowo włosy się do niego przybliża i zakłada mu coś na szyję muskając delikatnie jego skórę palcami. - Możesz otworzyć oczy. - Powiedział, po czym odsunął się delikatnie od szatyna. Chłopak odruchowo dotknął swojej szyi na której poczuł rzemyk, przesunął palcami w dół by sprawdzić co delikatnie go obciążało. Gdy poczuł delikatny chłód metalu spojrzał na wisiorek przedstawiający takiego samego pawia jak na ubraniu. Dopiero teraz rozpoznał w nim ulubioną broszę swojej mamy, którą nosiła na każdą okazję. - Srebrny paw jest symbolem twojej rodziny. Pomyślałem, że jako książę powinieneś posiadać kilka takich ozdób.
- Dziękuję, jest śliczny. Nie wiem co powiedzieć. - Zapatrzył się na trzymany w ręku przedmiot, przypominający mu o latach spędzonych z matką. - Naprawdę dziękuję. - Podniósł wzrok na lekko uśmiechającego się starszego chłopaka.
- Cieszę się, że Ci się podoba. Kazałem też wyhaftować pawie na twoich szatach. - Taaviemu nie dane było kontynuować gdy zobaczył jak niższy chłopak podchodzi do niego stając w odległości około dziesięciu centymetrów. Lukas położył rękę na ramieniu wyższego chłopaka, stanął na palcach jednocześnie dociskając Taaviego do ziemi by zrównać się wzrostem. Delikatnie pocałował go w polik natychmiast powracając do pierwotnie dzielącej ich odległości.
- Jeszcze raz dziękuję. - Powiedział cicho, na co mężczyzna zareagował szerokim uśmiechem, przejechał ręką po głowie Lukasa kończąc na samym karku.
- Nie ma za co kociaku. Chodź już, król nas oczekuje, tylko uprzedzam, on jest trochę specyficzny.
- Co masz na myśli mówiąc „specyficzny”?
- Zobaczysz, chodźmy.
            W głównej sali tronowej panował zgiełk, każdy szeptał do kogoś plotki o domniemanym przyszłym władcy. Niektórzy nawet nie silili się, aby mówić cicho. W końcu zaczęli się przekrzykiwać, czekając na oficjalne przedstawienie nowej szychy na zamku.
W końcu wszystkie głosy zamilkły, gdy król zaczął przemawiać.
- Proszę wszystkich o uwagę! Zebraliśmy się bym mógł przedstawić wam Lukasa Fukudę, wnuka króla Sugimoto. Ponieważ nie uznaję polityki kłamstw, ogłoszę to teraz przy was. Przyznaję się do zlecenia porwania Lukasa, posunąłem się nawet do wymuszenia pokoju na królu Sugimoto, co za wiele nie dało. Zaproponowałem pokój w zamian za wolność jego wnuka, on natomiast odpowiedział, następującym listem, który odczyta mój doradca. - Z małej grupki stojącej nieopodal tronu wystąpił mężczyzna z dumnie uniesioną głową trzymając w ręku otwartą wcześniej kopertę.
- Pozwolą państwo, że ominę zwroty grzecznościowe.”Ja jako król Północnej Republiki Melishii odmawiam zawarcia jakichkolwiek sojuszy, mając na względzie dobro moich poddanych. Uważam, że bratanie się ze społecznością dzikusów, jaką z pewnością są południowi mieszkańcy naszej krainy jest co najmniej uwłaczające. Ponadto nie widzę żadnych powodów, abym podpisywał traktaty i innego rodzaju zapewnienia o pokojowym nastawieniu. Odnośnie osoby mojego wnuka, nie uważam go za członka rodziny Fukuda, z powodów oczywistych. Tak więc nie zależy mi na jego wolności czy szczęściu(...)”
          Lukas przestał dalej słuchać przemówienia z pokoju przyległego do sali tronowej, było ono niewielkie i tak skonstruowane, by wszystkie słowa wypowiedziane w dużej sali były idealnie słyszane.
- Nie rozumiem o co chodzi, że nie jestem jego rodziną? - Zapytał znowu nic nie rozumiejąc.
- Luk, chodzi o to, że twoja matka nie miała ślubu z twoim ojcem. I, że jesteś z nieprawego łoża. - Powiedziała cicho Lorie kładąc mu rękę na ramieniu w pokrzepiającym geście.
- W dodatku twój ojciec jest z Alverii. - Powiedział równie cicho Gabriel. - Z tego co wiem, twój dziadek ma dość konformistyczne poglądy.
- Ale nie przejmuj się według prawa ważne, abyś dokonał inicjacji po dziewiętnastce i stajesz się pełnoprawnym obywatelem.
- Dalej nie rozumiem, dlaczego wierzę we wszystko co mi powiecie. - Szatyn westchnął głęboko unosząc wzrok ku górze.
- Nie wyjaśniliśmy Ci tego? - Zapytała zdziwiona blondynka, na co Lukas pokiwał przecząco głową. -Bo chodzi o to, że jakby nie patrzeć jesteś stąd i twój mózg łatwiej przyjmuje do wiadomości wszystkie nowe fakty i do tego mogę się założyć, że twoja mama miała w tym swój udział.
- Co ma do tego moja mama? - Uniósł lekko brew oczekując kolejnych informacji.
- Jakby Ci to powiedzieć? - Zaczęła Lorie, chcąc sensownie dokończyć swoją myśl. - Wydaje mi się, że rzuciła na Ciebie pewne zaklęcie. - Nie słysząc krzyków ani sprzeciwów kontynuowała. - Chodzi o to, że mogła zaszczepić u Ciebie podstawowe informacje o Melishii i jej zwyczajach i one po ukończeniu dziewiętnastego roku życia by się odblokowały. Zazwyczaj w takich przypadkach rodzice mówią swoim dzieciom, że nie są do końca tacy jak ich rówieśnicy ale jak widać nie zawsze. Czasem zaklęcie to najlepsze wyjście. - Chłopak spojrzał na nią spod przymkniętych powiek, po czym uśmiechnął się krzywo. Postanowił wsłuchać się w resztę przemowy i czekać aż go wywołają.
           Kiedy królewski doradca skończył czytać ostatnie słowa dość długiego listu poświęconego tematowi niedoszłego sojuszu powrócił na wcześniej zajmowane przez siebie miejsce oddając władcy głos.
- Wysłuchaliście już odpowiedzi króla Sugimoto, więc teraz chciałbym powiedzieć jaka jest moja postawa w tym póki co nie groźnym sporze pomiędzy północą, a południem. Ponieważ zależy mi na zjednoczeniu naszej krainy postanowiłem sięgnąć po środki konieczne aczkolwiek niekonwencjonalne. - Po całej sali rozległy się szepty, które natychmiast uciszył donośny głos króla. - Proszę o ciszę! Nie pragnę rozlewu krwi, jednak nawet najpiękniejsza idea niesie za sobą masę poświęceń. Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale jestem w stanie zrobić wszystko by połączyć rody Bilir i Fukada, nawet kosztem własnych dzieci bądź wnuków. Pragnę by dwa zwaśnione rody połączyły się wydając na świat potomka, który obejmie pieczę nad naszą przepiękną krainą. Dlatego postanowiłem użyć radykalnych środków, z mojego rozkazu został porwany książę . Pragnę wam przedstawić Lukasa Fukudę. - Do sali przez jedne z bocznych drzwi wyszedł niepozorny chłopak, który jednak swoją postawą wymusił rozstąpienie się tłumu.”Widać po nim, że ma coś z władcy" pomyślał mężczyzna, do którego zmierzał ubrany na niebiesko młodzieniec. - Lukasie. - Zaczął mówić król, lecz szatyn postanowił mu przerwać.
- Królu, jak sam powiedziałeś, porwano mnie. Jednak nie żywię do nikogo urazy widząc w tym zło konieczne. - Głos miał pewny, czego nie można było powiedzieć o nim samym. Kiedy opuszczał pokój, myślał tylko o tym by wrócić do niego jak najszybciej, jednak gdy stanął naprzeciw Sulejmana w jego głowie zaczął kiełkować pomysł. Oczywiście jak często było w jego przypadku, zanim cokolwiek przemyślał, zaczynał działać. - Oczywiście podzielam twoje zdanie o bezsensowności podziału tej jakże pięknej krainy, która oczarowała mnie od samego początku. Dlatego też jako następca tronu pragnę to jak najszybciej zakończyć, ale nie mam zamiaru poświęcać szczęścia swoich przyszłych dzieci. Nie jest ważne czy zostaną zmuszone do małżeństwa, czy wychowają się w rodzinie bez wzorców w postaci kochających się rodziców, zostaną pozbawione szczęścia. Tak więc mam nadzieję, że zgodzisz się ze mną, królu, iż obietnica silnego sojuszu z mojej strony zaraz po objęciu władzy będzie równie mocnym spoiwem miejmy nadzieję przyszłej jedności i jednocześnie pochłonie mniej ofiar. - Tak jak się spodziewał na twarzy władcy pojawiło się zdziwienie, zapewne wywołane jego elokwencją oraz tupetem. Usłyszał szepty aprobaty ze strony dworzan co dodało mu otuchy, jednocześnie czekał na odpowiedź Sulejmana w napięciu.
- Widzisz chłopcze, obietnica sojuszu jest kusząca, jednakże żaden pakt nie jest tak trwały jak wspólny władca. Oczywiście rozumiem twoje obiekcje odnośnie połączenia rodów, dlatego proponuję zmianę propozycji, którą Ci wcześniej przedstawiono książę. - Lukas uśmiechnął się lekko na słowa o jakiejkolwiek zmianie. Król milczał, a tłum patrzył coraz bardziej natarczywym wzrokiem. Gdy tu szedł Taavi powiedział mu, aby nie przejmował się ilością osób. Według jego tłumaczeń to jest sposób na zdobycie zaufania społeczeństwa, dworzanie mają wgląd do wszystkich zgromadzeń, a ponieważ od tysięcy lat nie było żadnych wojen ani sporów wewnętrznych tajemnice zniknęły razem z nimi. A ponieważ społeczeństwo dowiedziałoby się prędzej czy później o nowych podatkach, przywilejach czy zmianach w szkolnictwie są oni obecni jako publika przy wszelkich rozmowach. - Co powiesz, książę aby nasze rodziny zostały połączone w jak najszybszym czasie, jednocześnie szanując wolną wolę obu stron? Oczywiście byłby pewien haczyk, nie możemy dopuścić do tego by potencjalne małżeństwo się nie znało, więc proszę Cię abyś został w moim pałacu przez przynajmniej kilka najbliższych miesięcy by poznać moich synów. Oczywiście jeżeli postanowisz związać swój los z kimś innym, to proszę aby kolejne pokolenie również miało taką szansę mieszkając ze sobą rok po ukończeniu dziewiętnastego roku życia przez obu potomków. - Mężczyzna uśmiechnął się serdecznie do szatyna zadowolony z efektu swoich negocjacji. ”Myślałem, że będzie krzyczał i tupał nogą, a tu inteligentny przyszły zięć mi się trafił.” Rozmyślał, patrząc na pewną minę chłopaka, który odwzajemnił jego uśmiech.
- Uważam, że jest to bardzo rozsądna propozycja. - Powiedział Lukas szczęśliwy z braku noża przy gardle zwanego małżeństwem. Obaj podali sobie ręce przy czym król zaprosił Lukasa na obiad w towarzystwie swoim oraz synów na co szatyn przystał nie zapominając o dobrych manierach.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Po przeczytaniu kilku poprzednich rozdziałów dotarło do mnie, że piszę beznadziejnie. A już wybuch Luka i cała ta sytuacja to gniot i syf. Nie mam zamiaru przestać pisać, ale szczerze nie dziwie się, że tak mało osób odwiedza mojego bloga. Mam nadzieję, że nie straciliście wzroku ani wiary w ludzkość po przeczytaniu tego. I jak zwykle bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści!

sobota, 18 lipca 2015

Rozdział 4 [Opowiadanie podstawowe]

Hej, znowu krótko, ale treściwie. I znowu bez bety :( Piszcie w komentarzach wszystkie wyłapane błędy to postaram się naprawić) Enyłej miłego czytania i proszę napiszcie coś w komentarzach.              ^.^
***
               Siedział na łóżku z otwartymi ustami patrząc na bruneta w szoku.
- Mógłbyś powtórzyć, bo chyba nie do końca zrozumiałem? - Powiedział drobniejszy chłopak wciąż nie mogąc zrozumieć słów wypowiedzianych przez Gabriela.
- Oczywiście, musisz sobie znaleźć partnera najlepiej przed dziewiętnastymi urodzinami.
- Ale po co? - Dopytywał chłopak, jakoś nie zrozumiał wiele z poprzedniego wywodu ciemnowłosego.
- Krótko mówiąc jeżeli nie znajdziesz kogoś to będziesz zmuszony do wyjścia za któregoś księcia. A z prostych powodów wynika, że poślubisz księcia Aliego.
- Ale skoro on jest facetem i ja nim jestem to dlaczego mamy wziąć ślub? Przecież, no, dzieci z tego nie będzie.
- Hym, to może opowiem Ci trochę o naszej rasie? - Luk pokiwał głową na znak zgody. - Jak pewnie zauważyłeś różnimy się troszkę od przeciętnego człowieka. - Lukas ponownie kiwnął głową dając znak, że może kontynuować. - Mamy ogony i władamy magią, ale to nie wszystko. Ponieważ rodzi się coraz mniej kobiet natura szybko doposażyła naszą rasę w możliwość rodzenia przez mężczyzn. Główna różnica jest taka, że kobietom zajście w ciążę przychodzi łatwiej.
- Czyli, że u was faceci też mają okres? 
- Nie, u nas nikt go nie ma. Można powiedzieć, że natura jest jak karma, jeżeli o nią dbasz ona dba o ciebie. - Chłopak pokiwał głową. - Ludzie ze świata, w którym się wychowałeś zbyt jej nie szanują by mieć więcej.
- Ale powiedziałeś, że ten cały król zrobi wszystko, żeby połączyć rody, czyli jak znajdę sobie kogoś innego to co? Odpuści?
- Nie, ale wtedy jest szansa, że któryś z książąt będzie posiadał w miarę normalne dzieci i połączy się rody w następnym pokoleniu. Naprawdę musiałeś być zmęczony kiedy Lorie Ci to wszystko tłumaczyła. A właśnie bym zapomniał, jest szansa, że nie będziesz musiał wybierać. - Lukas zareagował tylko cichym „Hmm?“. - Jeżeli twój dziadek zaakceptuje warunki i powstanie sojusz to jesteś wolny. Musisz tylko wytrzymać do czasu otrzymania odpowiedzi, dasz radę?
- To nie na moje nerwy, psychikę i w ogóle wszystko. - Szatyn powiedział płaczliwie , dało się również zauważyć powoli zbierające się łzy w jego oczach. - Jednego dnia jest normalnie, następnego pojawiacie się wy i wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie zdziwię się jeżeli ta „magia“ to tylko jakieś tanie sztuczki, ogony są doczepiane, a ten widok za oknem to jakieś ekrany! - Z jego oczu wypłynęła pojedyncza łza, którą otarł rękawem długiej koszuli w której się obudził. - To wszystko na pewno jest tylko snem. Zaraz się obudzę i wszystko będzie jak dawniej.
Do pokoju wszedł Taavi z gorącą herbatą dla kociaka, jak zaczął go nazywać przy rodzinie. Już miał zamknąć drzwi kiedy zobaczył Lukasa wycierającego policzki z kolejnych łez. Natychmiast odstawił filiżankę na szafkę stojącą koło łóżka i minął zdezorientowanego Gabriela chcąc przytulić roztrzęsionego chłopaka.
- Ej, nie płacz. - Szepnął mu we włosy i przycisnął go mocniej do siebie. - Mały, słyszysz? Wszystko będzie dobrze. - Szatyn niepewnie uniósł głowę tak by spojrzeć w oczy Taaviemu.
- Obiecujesz? - Powiedział pewnym głosem, mimo zatkanego po płaczu nosa. Odczekał kilka sekund po czym ponowił pytanie.
- Nie jestem w stanie Ci tego obiecać, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko by tak było. - Tęczowo-włosy otarł kciukiem łzę z polika Lukasa chcąc przytulić go ponownie, czuł wewnętrzną potrzebę ochronienia go. Chłopak jednak odsunął go od siebie i usiadł na krawędzi łóżka.
- Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło. - Powiedział cicho i sięgną trzęsącymi się dłońmi po filiżankę w misterne wzory. - Zwykle się nie rozklejam. - Dodał wziąwszy łyka herbaty o intensywnym, ale i subtelnym smaku. Dwóch młodych mężczyzn przypatrywało mu się uważnie.
- Luk, nie przejmuj się tym. - Powiedział łagodnym głosem błękitnooki. - Nie ty jeden tak zareagowałeś jak dowiedziałeś się o nieśmiertelności i całej reszcie. - Kiedy skończył mówić uśmiechnął się serdecznie chcąc dodać Lukasowi otuchy.
- O jakiej znowu nieśmiertelności? - Krzyknął najmłodszy z nich. - Albo mi się wydaje albo nie powiedziałeś mi wszystkiego. - Powiedział już spokojniej w kierunku Gabriela.
- Widzisz, my jesteśmy nieśmiertelni i ty też. Podobnie zresztą jak ta twoja sąsiadeczka.
- Czekaj mówisz o Amelii, czy o Ninie? A zresztą, po co mam to teraz wiedzieć skoro mamy przed sobą tyle czasu! - Ponownie podniósł głos patrząc z wyrzutem na obu mężczyzn. - Wynocha! Ale już! Muszę wszystko sobie przemyśleć i nie mam ochoty was tu oglądać co najmniej do jutra! Zrozumiano? - Z sekundy na sekundę ilość decybeli w pomieszczeniu wzrastała przez niepozornego szatyna. Gabriel i Taavi bez słowa skinęli głowami i opuścili komnatę zajmowaną przez Lukasa. - Co to za paranoja? - Szepnął do siebie po czym położył się wygodnie w dużym łóżku, które zasługiwało na miano łoża i zasnął niczym małe dziecko w ramionach matki.
            Jedna dziewczyna siedziała na kuchennym krześle, gdy druga chodziła po dość ciasnym pomieszczeniu wymachując rękoma we wszystkie strony i krzycząc najprawdopodobniej na cały budynek.
- Chcesz mi wmówić, że jesteś z jakiejś magicznej krainy i byłaś tu żeby pilnować Luka?
- Ami, nie gniewaj się, chciałam Ci powiedzieć, ale bałam się jak zareagujesz. - Wymruczała ze skruszoną miną Nina. - Ja dostałam rozkaz i muszę wracać do Melishii, ale kiedy wrócę, a nie wiem czy w ogóle chcę wiedzieć czy mam u ciebie jeszcze jakiekolwiek szanse.
- Posłuchaj, kocham Cię i mam gdzieś skąd jesteś. Dla mnie możesz być nawet z Marsa, ale jeżeli myślisz, że tak łatwo się ode mnie uwolnisz to się mylisz! - Wrzasnęła dziewczyna wskazując na drugą palcem. - Albo zabierzesz mnie do tej Nibylandii czy czegoś tam albo przykuję Cię do kaloryfera.
- Słońce, ja nie mogę. Tylko król może wyrazić zgodę na pobyt kogoś z zewnątrz. Jeżeli bym Cię zabrała mogłybyśmy obie zostać ukarane. - Amelia tylko westchnęła, mimo czasu spędzonego na rozmowie nie potrafiła do końca uwierzyć brunetce w jej rzekome pochodzenie.
- Posłuchaj, chcę Ci wierzyć, ale nie umiem. Martwię się o Ciebie, rozumiesz? - Powiedziała ruda dziewczyna z troską wymalowaną na twarzy.
- Czyli uważasz, że mi odbiło i wymyślam? - Powiedziała Nina patrząc w oczy kobiecie, z którą miała zamiar spędzić resztę swojego życia. - Zaczekaj, proszę. - Wyszeptała i wyszła z kuchni kierując się do sypialni, którą do dziś dzieliła z Amelią. Wyciągnęła z szuflady drewnianą skrzyneczkę, z której wyjęła małe lusterko niczym z bajki o królewnie śnieżce. - Chodź. - Mruknęła do dziewczyny, która zgodnie z prośbą poszła za nią. - Zaraz coś zobaczysz. - Uniosła rękę nad zwierciadłem, wypowiedziała szeptem kilka niezrozumiałych dla przeciętnego człowieka słów i opuściła dłoń na lusterko dotykając go delikatnie. Srebrna tafla zaczęła szaleć, widać w niej było zawirowania w każdym kierunku. Nagle błysk niczym flesz aparatu przerwał dziwny pokaz, a po drugiej stronie ukazał się dość młody mężczyzna. - Muszę rozmawiać z królem. - Powiedziała pewnym głosem.
- Och, akurat masz szczęście, król ma wolną minutkę. - Odpowiedział dość przystojny blondyn. Sekundę później dało się słyszeć nawoływania pod adresem władcy.
- Co się stało Nino, że musiałaś się ze nią kontaktować za pośrednictwem zwierciadła?
- Królu, otrzymałam rozkaz powrotu na zamek. Proszę jednak o zgodę na zabranie ze sobą mojej partnerki, Amelii Rom. - Brunetka pochyliła głowę w geście szacunku czekając na wyrok.
- Wiesz, że zawiodłaś mnie dając im uprowadzić mojego wnuka? Ale mimo to nie mam zamiaru oddzielać cię od wybranki twojego serca. Co nie zmienia faktu, iż poniesiesz konsekwencje swojej nieuwagi w sposób, który dla Ciebie wybrałem. Żegnaj Nino. - Dziewczyna nic nie odpowiedziała, jedynie zniżając głowę niżej. Lustro wróciło do swojego poprzedniego stanu, a Amelia nie mogła pojąć co się chwilę temu przydarzyło.
- Czyli ty mówiłaś prawdę? I to magiczne królestwo naprawdę istnieje?
- Tak, a ty pojedziesz tam ze mną. - Odpowiedziała spokojnie Nina po czym pocałowała Amelię w policzek.
          Lukas obudził się kilka godzin później, na dworze było już ciemno. Jedynymi źródłami światła były gwiazdy i dziwne kule różnokolorowego światła pozawieszane na słupach o różnorodnych kształtach na terenie ogrodu. Chłopak usłyszał cicho otwierające się drzwi i odgłosy powoli stawianych kroków.
- Lukas, śpisz? - Powiedziała blondynka, szatyn tylko pokiwał głową - Przepraszam za nich. Gabi jest lekko zapominalski i lekko dziwny, a Tav zachowuje się czasami jak nadopiekuńcza kwoka. Oboje są zresztą dziwni jak każde z nas zresztą. - Dziewczyna zaśmiała się delikatnie pod koniec.
- Lorie, dlaczego wszyscy od razu założyli, że wolę facetów?
- A wolisz? - Chłopak lekko kiwnął głową na co dziewczyna znowu zaśmiała się dźwięcznie. - Widzisz, tutaj heteroseksualizm nie jest nawet w połowie tak powszechny jak homoseksualizm w Alverii. - Mina chłopaka wyrażała głębokie nie zrozumienie. - Och tak nazywamy świat, w którym się wychowałeś. Mogę Ci nawet opowiedzieć legendę dlaczego tak się nazywa, chcesz? - Lukas znowu pokiwał głową. - Ej, ale na migi nie będziemy rozmawiać. - Lorie położyła się obok niego zdjąwszy wcześniej buty. - Dawno temu, kiedy na świecie panowali jeszcze bogowie, jeden z nich stwierdził, że nie potrzebuje całej reszty i odgrodził magiczną barierą swoje tereny od całej reszty. Bóg ten był tak chciwy, samolubny i zapatrzony w siebie, że kazał ludziom jemu podległym składać ogromne dary i ofiary. W końcu w jego krainie zapanował chaos, głód i anarchia. Ludzie mordowali się nawzajem by mieć co jeść, ale on widział tylko czubek własnego nosa. Pewnego razu w jego pałacu pojawił się młody chłopak, który zaoferował mu pewną grę. Teraz już nikt nie wie w co grali, ale to i tak mało ważne. Chodziło o stawkę, wygrany bierze wszystko. Chłopak miał mu do zaoferowania tylko swoją duszę i ciało, natomiast bóg wszystko co posiadał, łącznie z mocami i nieśmiertelnością. A ponieważ Kiron, bo tak się nazywał ten bóg, który jak wcześniej wspomniałam był narcyzem, był pewny, że wygra z jakimś tam człowiekiem. Jednakże przegrał i musiał oddać władzę nowemu bogowi, Alveriemu. Potem nastąpiła era pokoju i dobrobytu, a ludzie uważali go jako swojego jedynego boga. Od tamtej pory nie musieli składać żadnych ofiar natomiast, Alveri przekazał tron najmądrzejszemu z ludzi, sam tylko doglądając ich życia. Nazwa zaś została nadana przez naszych władców na cześć wybawiciela ludu uciśnionego.
- Aha, a jak to się stało, że jesteście nieśmiertelni i na czym to w ogóle polega?
- Po prostu bogowie zaczęli romansować z ludźmi, natura nas udoskonaliła i tak jakoś wyszło. A i starzejemy się prawie normalnie, tak mniej więcej do czterdziestki i dalej nie idzie i dodatkowo starzejmy się wolniej, na przykład taki Michał ma 17 i na tyle wygląda ale jak przejdzie przez inauguracje to przez długi czas będzie jeszcze na tyle wyglądał.
- To ile lat wy macie? - Dopytywał robiąc w powietrzu nie określony znak ręką.
- Tylko się nie przestrasz. Gabi ma coś koło siedemdziesiątki, Taavi bodajże 67, ja 55 a ciocia 759? Jakoś tak. - Lorie zaśmiała się z miny chłopaka. - A i jeszcze jedno, kwestia dziedziczenia tronu u nas jest dość ciekawa. To też powinieneś wiedzieć. Jeżeli którekolwiek z dzieci spełni następujące warunki: Ukończeznie 150 lat, posiadanie pełnej rodziny aby zachować ciągłość rodu, niczym nie skalane imię i wysoką rangę urzędniczą. Można wystąpić o oficjalne przekazanie tronu, wtedy zostaje wszczęte postępowanie. Czyli wywlekanie trupów z szaf i magicznie sprawdzają, czy jesteś zdolny objąć władzę i dobrze kierować ludem. Potem koronacja, stary król idzie na emeryturę i czekamy aż to się powtórzy. Jednak rzadko kiedy tak się dzieje, najczęściej tron dziedziczy się w wieku ok.250 lat. A czasem nawet bezpośrednio wnuki dziedziczą pod warunkiem, że wszyscy przed nim w kolejce wyrzekną się roszczeń do tronu na rzecz delikwenta.
- To naprawdę ciekawe. Wiesz, że dużo gadasz? - Po raz pierwszy od pobytu w tym dziwnym miejscu Lucas uśmiechnął się szczerze.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wiem, że urwałam w tak dziwnym momencie, ale cóż. Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści! 


środa, 15 lipca 2015

Rozdział 3 [Opowiadanie Podstawowe]

Hej, macie przed sobą dość krótki rozdział, ale na pocieszenie jest dość bogaty w informacje. Napisałam go w rekordowym czasie, z czego jestem niezmiernie zadowolona i przepraszam jeżeli byłoby za mało szczegółów w fabule, jak się domyślacie dalej nie mam bety. Komentujcie, polecajcie ale przede wszystkim czytajcie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
               Pierwsze co poczuł po przebudzeniu to obezwładniający ból głowy, czuł każdy szmer, każde uderzenie własnego serca jakby ktoś wkładał mu głowę w imadło zaciskając je na jego czaszce.
- Chyba się budzi. - Doszedł go szept brzmiący jak startujący odrzutowiec. - Jak się czujesz? - Chłopak nadal nie otwierał oczu bojąc się bólu, który może nadejść gdy jego oczy ujrzą choć najmniejsze światło.
- Chyba boli go głowa. - Tym razem szept był znajomy, już nie tak bolesny jak poprzedni głos. Otworzył usta próbując coś powiedzieć, ale gdy poczuł suchość w gardle jedyne co mógł zrobić to poruszać wargami niczym ryba wyciągnięta z wody. Poczuł jak ktoś chwyta go jedną dłonią za plecy drugą zaś z tyłu głowy, sadzając go na łóżku. - Pij. - Usłyszał ciepły szept i poczuł szklankę przy ustach. Gdy wziął pierwszego łyka miał ochotę wypluć mało smaczny napój, powstrzymała go jednak dłoń z tyłu głowy i szklanka bardziej napierająca na usta. - Spokojnie, to Ci pomoże. - Usłyszał kojący głos i nie wiedzieć czemu poddał się wskazówkom, pijąc gorzki płyn. Kiedy przełknął już ostatni łyk poczuł jakby prąd przechodził przez całe jego ciało. Nagle ból głowy ustąpił pozostawiając tylko nieprzyjemne wspomnienia. - I jak? - Znowu usłyszał dziewczęcy szept tym razem jakby dalej, jakby osoba wypowiadająca się odsunęła się kilka kroków. Lukas otworzył powoli oczy, przyzwyczajając się do światła, które okazało się być tylko półmrokiem. Chłopak ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Ściany były jasne co mile kontrastowało z hebanowymi meblami utrzymanymi w klasycznym stylu. Spojrzał na cztery postacie stojące koło dużego łóżka, na którym leżał. Pierwszą postacią która przykuła jego uwagę był chłopak z tęczowymi włosami, Lukas rozpoznał w nim swojego korepetytora,
- Co ty tu robisz?! - Uniósł palec w oskarżającym geście na chłopaka w dość dziwnym ubraniu, jak stwierdził w myślach. - Albo nie. Co ja tu robię?! - Chłopak jeszcze bardziej podniósł głos. Spanikowany wzrok chłopaka jeszcze raz przebiegł po zgromadzonych zauważając jeszcze jedną znajomą twarz. - Lorie? Co ty? - Szatyn wydawał się być zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Spojrzał na dwóch chłopaków stojących z jego prawej strony, jeden wydawał się być od niego młodszy o rok, może 2, drugi za to starszy o mniej więcej 3 lata. Szybko jednak powrócił wzrokiem do blondynki stojącej z pustym kubkiem w ręku. - O co tu chodzi?! - Znowu prawie wykrzyczał w ich kierunku.
- Po pierwsze się uspokój, nic Ci się tutaj nie stanie jak będziesz grzeczny. - Odezwał się czarnowłosy chłopak, który miał głęboki, dość niski głos, co Lukasowi od razu na myśl przywodziło gorzką czekoladę. - Ja jestem Gabriel, ten z kolczykiem to Michał, a Taaviego i Lorie chyba już znasz? - Chłopak tylko pokiwał głową, dając dojść do głosu swojej racjonalnej i opanowanej stronie. - Zacznijmy od początku. - Gabriel uśmiechnął się do niego szeroko dodając mu tym samym otuchy. - Ale musisz obiecać, że wysłuchasz mnie do końca i nie będziesz przerywał. Obiecujesz? - usiadł na skraju łóżka patrząc przenikliwym wzrokiem na zdenerwowanego chłopaka.
- Pewnie jesteście z jakiejś mafii czy innego szajsu i mnie porwaliście. - Powiedział przez zaciśnięte zęby chłopak usadowiając się wygodniej w miękkiej pościeli. Gdy ciepłe brązowe oczy spojrzały na niego wyczekująco ten dodał tyko ciche. - Obiecuję.
- Z tą mafią i szefem byłeś nawet blisko, ale nie do końca. Pracujemy dla króla Melishii. - Widząc podniesione brwi Lukasa, Gabriel westchnął po czym kontynuował. - Melishia to kraina, której nie ma na waszych mapach. Jest to zaklęta ziemia, na której mogą przebywać tyko urodzeni na niej lub wybrani przez króla Sulejmana, najciekawsze jest to, że nie ma ona granic. Ale wracając do meritum sprawy, jesteś tutaj z rozkazu naszego władcy, dokładniej jako zakładnik polityczny. - Wyraz twarzy Lukasa wyrażał wiele, ale na pewno nie zrozumienie. Siedział z otwartymi ustami patrząc na chłopaka przed sobą kompletnie nic nie rozumiejąc. - Myślałem, że chociaż wiesz kim jest twoja matka i kim jesteś ty sam. Ale to nic, wytłumaczę ci to. - Chłopak znowu uśmiechnął się perliście do szatyna. - Na samym początku tym królestwem rządziły dwie rodziny: Bilir i Fukuda. Rządzili w miarę zgodnie, od czasu do czasu były jakieś tam sprzeczki, ale było dobrze. Później jednak zaczęły się spory i królestwo zostało podzielone na dwie części, północną i południową. Aktualnie znajdujemy się na tej południowej gdzie władze ma rodzina Bilir z Sulejmanem na czele, natomiast północ ma twoja rodzina. - W tym momencie Lukasowi opadła szczęka, co prawda jego matka rzeczywiście miała na nazwisko Fukuda. Ale każdy mógł się tego dowiedzieć patrząc na jego rodzinę na Facebooku. - Tak więc twoja matka jest córką króla Sugimoto, a ty jesteś drugi w kolejce do tronu. A, że nasz pan nie lubi sporów ty będziesz kartą przetargową. To wszystko. - Zakończył z uśmiechem Gabriel.
- Eeeee. - To było wszystko co udało mu się powiedzieć w pierwszej chwili, jednak potem gdy wziął kilka wdechów i każdemu wydawało się, że chłopak już zaznajomił się z nową wiedzą on wybuchnął śmiechem. - Jeszcze nikt mnie tak nie wkręcił. - Mówił, niemalże dławiąc się własną śliną. - Naprawdę się uśmiałem. Kto was namówił żeby mnie nabrać, albo ile wam zapłacił? - Taavi westchnął głośno po czym podszedł do chłopaka i patrząc mu w oczy z wręcz śmiertelną powagą powiedział.
- Chcesz dowodów? - Lukas tylko kiwnął głową, wycierając pojedynczą łezkę w kąciku oka. - Każdy mieszkaniec po ukończeniu dziewiętnastego roku życia ślubuje wierność krajowi oraz przysięga, że dochowa tajemnic związanych z Melishią. Wtedy król, bądź jeden z jego namiestników ofiarują tej osobie pełne prawa obywatelskie co jest równoznaczne z posiadaniem cech Melishianów takich jak ogon, możliwość korzystania z magii czy prawo do posiadania potomstwa. - Chłopak dalej siedział uśmiechnięty czekając aż tęczowo włosy chłopak przejdzie do sedna sprawy. Nagle jego oczy ujrzały jasną kitę wychylającą się spod długiej peleryny. - Chcesz więcej? - W oczach Taaviego widać było błysk przyjętego wyzwania. Uniósł rękę w kierunku zasłoniętych okien, przesunął nią energicznie i zasłony rozstąpiły się ukazując zniewalający widok. Lukas spojrzał tylko na krajobraz za oknem i w jednej chwili zapragnął tam wyjść. Liście drzew były niebieskie, czasami różowe, trawa w każdym miejscu przybierała inny kolor, a niebo nie przypominało tego które zapamiętał z ziemi. Było ono jasno fioletowe, co dziwiło młodego chłopaka. - I co? Już wierzysz? - Starszy chłopak spojrzał na minę Lukasa z satysfakcją. Ten po chwili dojrzał czarny puszysty ogon u chłopaka, który z tego co pamiętał nazywał się Gabriel i blond kitę u Lorie. Jedynie najmłodszy z nich nie miał się czym pochwalić i stał z boku z założonym rękoma.
- Czyli mam rozumieć, że jestem tu przetrzymywany jako zakładnik polityczny? - Lukas uniósł wysoko brwi i spojrzał w bliżej nieokreślonym kierunku blednąc przy tym jak ściana. 
- To jest oficjalna wersja. - Powiedziała dziewczyna lekko przymrużając powieki. - Chodzi o to, że do twojego dziadka został wysłany list, jeżeli nie połączy królestw północnego z południowym przynajmniej mocnym sojuszem to prędzej czy później ziemie zostaną połączone poprzez połączenie dynastii. W skrócie jeżeli do twoich dziewiętnastych urodzin nic nie zrobią to wyjdziesz za któregoś z książąt. - Dziewczyna obserwowała go przez chwilę mając nadzieję, że nie straci przytomności.
- I tu zaczynają się schody. - Wtrącił się Gabriel. - Masz potencjalnie trzech kandydatów do wyboru, ale jeden z nich nie jest wielbicielem chłopięcych wdzięków.
- Czytaj woli kobiety. - Wtrąciła cicho Lorie.
- Drugi jest rzekomo wielce zakochany i nie zgodzi się na ślub. - Kontynuował jak gdyby nigdy nic. - Za to trzeci jest gburem, chamem i prostakiem, delikatnie mówiąc.
- Dodatkowo lubi się zabawić z kim popadnie i nie będzie dobrym materiałem na króla. - Powiedział Taavi - Czyli musisz się modlić o rozejm albo mieć nadzieję, że potomstwo któregoś z nich będzie normalne, zrobić sobie dziecko i zaręczyć ich jako niemowlaki. Ale wtedy jest więcej biurokracji.
- Czekaj, co to wszystko ma znaczyć? Oni po prostu handlują sobie moim życiem, szczęściem albo nawet moich przyszłych dzieci, tylko dlatego, że nie potrafią się dogadać? - Prawe wybuchł na nowe wieści.
- Posłuchaj, wiemy, że możesz nie do końca wierzyć w to co słyszysz, ale nic nie poradzimy. Prześpij się jeszcze, bo toksyny nie wypłukały się jeszcze z twojego organizmu. A my już pójdziemy. - Cała czwórka już szła do wyjścia kiedy Lukas zatrzymał ich pytaniem.
- Jakie toksyny? - Chłopak usiadł wygodniej na łóżku ściskając krawędzie kołdry.
- Z „kremu do rąk” - Lorie uniosła ręce wykonując jakże dobrze wszystkim znany gest. - Jakoś wątpię, że poszedł byś z nami po dobroci. - Uśmiechnęła się delikatnie i wyszła za całą resztą. Nie pozostało mu nic innego jak pójście spać z nadzieją, że to tylko dziwny sen.

            Siedzieli w piątkę przy stoliku popijając herbatę i rozmawiając.
- Mówicie, że misja została zrealizowana pomyślnie? - Odezwała się najstarsza z siedzących tam osób.
- Tak ciociu, na początku Michał trochę namieszał, ale mimo to wszystko się udało. - Odpowiedział z uśmiechem na ustach Taavi. - Jednak trochę mi go szkoda. Wyglądał jak wystraszony kociak. - Spojrzał na twarz Elizabeth, na której malował się radosny uśmiech skrywany za filiżanką zielonej herbaty.
- Mam nadzieję, że nie ma zamiaru uciekać. - Powiedziała ruda kobieta. - Mielibyście spory problem z szukaniem go. - Dodała upijając wcześniej odrobinę herbaty. Na te słowa Lorie i Gabriel zareagowali od razu, wstali rzucając ciche „przepraszam” i wyszli razem z przytulnego saloniku.
***
Korytarze były długie i ciemne, z każdej strony było tyle samo par drzwi i z każdej strony wisiało tyle samo luster pomiędzy nimi. Młody chłopak stał na jednym z korytarzy tuż przy otwartych drzwiach z miną zgubionego dziecka.
- Lorie, Taavi? - Szepnął cicho w parodii krzyku. - Gabriel? - Stał nie wiedząc co ma ze sobą zrobić. Minutę wcześniej wstał z łóżka z naglącą potrzebą udania się do toalety, jednak nie przewidział jednego. Nikt nie powiedział mu, gdzie takowa się znajduję, miał nadzieję, że da radę sam znaleźć to pomieszczenie. W ostateczności kogoś spotka, jednak jak na złość korytarz był pusty. Usłyszał czyjeś szybkie kroki za zakrętem, delikatnie cofnął się do pokoju, już miał chwytać za klamkę, aby się w nim zamknąć gdy zobaczył znajomą dwójkę idącą w jego stroną z dość dużą prędkością.
- Luk, mam nadzieję, że nie chciałeś uciekać. - Powiedziała blondynka, której kita latała na wszystkie strony w wyraźnym geście zdenerwowania.
- Nie, ja muszę do łazienki i nie wiem gdzie jest. - Luk uśmiechnął się delikatnie i podrapał się z tyłu głowy. - I chyba mi nie dobrze. - Mruknął i poczuł jak coś toruje sobie powrotną drogę z żołądka przez przełyk. Zasłonił sobie usta ręką i pozieleniał praktycznie w jednej chwili. Lorie szturchnęła łokciem Gabriela w żebra po czym ten chwycił Lukasa w pasie i zaprowadził go do sąsiedniego pomieszczenia z którego dało się usłyszeć dźwięki zwracanego pokarmu. Chwilę później zza drzwi wyłoniły się dwie postacie. Z czego jedna z nich wyglądała jak po bliskim spotkaniu z bykiem na rodeo.
- Skutki zmiany otoczenia. I być może twój organizm tak zareagował na toksyny. - Skomentowała dziewczyna z niemrawą miną. - Skoro teraz już wiesz gdzie jest łazienka wracaj do pokoju i wypoczywaj, poproszę kogoś żeby przyniósł Cie herbatki. Jaką lubisz najbardziej? Mają tu praktycznie każdy rodzaj. - Skończyła podekscytowanym głosem.
- Nie przejmuj się nią, jest miłośniczką herbat. - Lorie skwitowała jego wypowiedź lekkim prychnięciem niczym obrażalski kot.
- Jeżeli można to zieloną z kwiatem opuncji. - Powiedział chłopak po którym widać było zdenerwowanie i niepewność.
- Świetny wybór, jeżeli będziesz czegoś potrzebował to daj znać. Mimo, że jesteś więźniem to przy okazji przyszłym władcą całego tego grajdołu, toteż będziesz traktowany po królewsku. Jedyne czego ci nie wolno to opuszczać terenu zamku i ogrodów zamkowych.
- Tak właściwie to nie wiem praktycznie niczego o tym wszystkim.
- Spokojnie, Gabi zostanie z tobą i wszystko Ci wyjaśni. - Wspomniany wcześniej brunet położył dłoń na ramieniu niższego chłopaka i uśmiechnął się szeroko, tym samym próbując uspokoić szatyna. Blondynka tylko wysłała w ich kierunku buziaka po czym pobiegła w tylko sobie znanym kierunku.
             Dwie dziewczyny siedziały na kanapie w dość przestronnym pomieszczeniu, obie były dość zdenerwowane.
- Gdzie on może być? I dlaczego nie wrócił na noc? - Odezwała się jedna z nich, nerwowo bawiąc się palcami. Nagle nerwową atmosferę przerwał dzwonek do drzwi.
- Już idę. - Krzyknęła druga wstając z kanapy i udając się w kierunku coraz bardziej natarczywego dźwięku. - Tak? - Otworzyła machinalnie drzwi nawet nie zastanawiając się kto może być po drugiej stronie. - Oh, pan Kawamura. Jak miło pana widzieć. - Powiedziała z udawaną radością w głosie.
- Niestety nie mogę powiedzieć tego samego, Nino. - Po twarzy wysokiego mężczyzny widać było gniew oraz rozczarowanie. - Możesz mi powiedzieć, gdzie aktualnie znajduje się szanowny wnuk króla Sugimoto?
- Nie do końca, wie pan. - Dziewczyna przerwała nerwowym śmiechem. - Wiek dojrzewania, chciał pobyć sam i tak jakoś nie wrócił. - Brwi mężczyzny znalazły się niebezpiecznie blisko siebie.
- Skoro nie wiesz, to ja Ci powiem, twój podopieczny przebywa właśnie w zamku króla Sulejmana jako zakładnik polityczny. Za to Król Sugimoto jest zmuszony do zawarcia jakiegoś sojuszu. -Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, czekając na dalszy ciąg wypowiedzi. - Oczywiście nie mamy zamiaru zaakceptować ich warunków, co nie zmienia faktu, że wina leży po twojej stronie.
- Czyli oni uwolnią Lukasa, wszystko będzie tak jak było a pan mówi mi to żebym nie czuła się niedoinformowana? - Spytała z nadzieją w głosie.
- Nie do końca, ten ich król od siedmiu boleści chce aby połączyć rody. Król nie ma nic przeciw temu, gdyż Lukas obejmie władze długo po jego śmierci, w końcu przed nim jest jeszcze Reiko. Tak więc zostanie tam najprawdopodobniej na zawsze, jednak to nie wszystko. Ponieważ twoja misja na ziemi zakończyła się niepowodzeniem zostajesz z powrotem oddelegowana do Melishi.
- Nie zgadzam się. Na ziemi znalazłam to czego szukałam przez całe życie. - Nina zacisnęła palce na framudze wyładowując swoją złość.
- Za tydzień król spodziewa się Ciebie w pałacu. A co do twojego ziemskiego życia to radze
Ci to zakończyć jak najszybciej. - Mężczyzna nie czekał na odpowiedź zszokowanej dziewczyny, szybko schodząc po skrzypiących schodach. Nina stała w drzwiach dopóki ręka Amelii nie spoczęła na jej ramieniu.
- Wszystko dobrze? - Spytała ze zmartwieniem wypisanym na twarzy. - Jakoś pobladłaś.
- Chyba musimy porozmawiać.  
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że mimo długości czujecie satysfakcję. Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści! :)

wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział 2 [Opowiadanie podstawowe]

Przepraszam za duuuże spóźnienie, niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie poza brakiem chęci. Jest mi niezmiernie przykro, że wstawiam kolejny rozdział dopiero teraz jednocześnie cieszę się, że powstał on w ogóle. Notka jest nie Betowana, ale niestety nie posiadam Bety. Życzę miłego czytania!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


          Obudziłem się trochę po dziesiątej, miałem nadzieję, że dzisiaj pośpię trochę dłużej. O czternastej przychodzi korepetytor, czyli mam czas się na luzie wyszykować, zjeść śniadanie i jeszcze sobie poczytam. Żyć nie umierać. Nagle mój telefon zaczął, jak to mówi Amelia, „wibrzyć“, ciekawe kto ma czelność do mnie dzwonić o tej porze? Hmm, nieznany numer, ciekawe kto to.
- Halo? - Powiedziałem jak tylko odebrałem telefon, odpowiedziała mi cisza. Toż to nie wybaczalne, ktoś dzwoni ryzykując obudzenie mojej jakże wspaniałej osoby i śmie milczeć. - Halo? - Dobra, jestem wspaniałomyślny dając komuś drugą szanse.
- Halo? Dzień dobry, mam nadzieję, że nie obudziłem. Nazywam się (tu wstawić jakiekolwiek dane), dzwonię w sprawie ankiety czy poświęcił by pan minutkę?
***
Blondynka siedziała na kanapie ściskając piąstki z nadmiaru emocji, ledwo co mogła się powstrzymać przed piszczeniem.
- Badanie ma na celu sprawdzić poziom otyłości w społeczeństwie. - Mówił do telefonu chłopak siedzący nieopodal. - Dobrze, a więc zaczynajmy. Pana wiek?...18, Przejdźmy dalej, Wzrost?...1,6m - Powtarzał za swoim rozmówcą aby dziewczyna też mogła usłyszeć.- Waga?..Oczywiście może być orientacyjnie, kilogram czy dwa nie zrobią tu dużej różnicy...Dobrze, 58kg. Dobrze, zależy nam też na sprawdzeniu stosunku wagi do pochodzenia etnicznego...Ma to na celu sprawdzenie czy predyspozycje do otyłości są na tle rasowym, ankieta jest całkowicie anonimowa, proszę się tym nie przejmować...Dobrze a więc jest pan pół Japończykiem. To wszystkie pytania, dziękuję za poświęcony czas. - Młody chłopak się rozłączył i spojrzał na dziewczynę z błyszczącymi oczami.
- Z tego co mówiłeś to jest w typie Taaviego. - Prawie zapiszczała szesnastolatka.
- Lorie? Kto jest w moim typie? - W drzwiach pojawił się wspomniany wcześniej Taavi. Oparł się o futrynę i czekał na odpowiedź.
- Nikt taki. - Odpowiedziała jak na komendę Lorie. Chłopak z tęczowymi włosami dalej patrzył na nią badawczym wzrokiem z lekko uniesioną jedną brwią. Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że nic z niej nie wyciągnie, więc przeniósł swoją ciekawość na kuzyna.
- Ode mnie niczego się nie dowiesz. - Skwitował brunet uciekając wzrokiem przed ciekawością Taaviego. -Nie patrz tak na mnie!
- Gabi, chcę się dowiedzieć kto taki jest w moim typie i zaraz któreś z was mi to powie. - Chłopak usiadł na kanapie pomiędzy „spiskującym“ kuzynostwem. - To co? Dowiem się?
- Eeee, no bo...Widzisz, to taka trochę śmieszna sytuacja. - Odezwała się blondynka spuszczając wzrok na podłogę. - Ale obiecaj, że nie będziesz zły. - Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie i zaczęła mrugać w zawrotnym tempie. Gdy jako odpowiedź otrzymała kiwnięcie głową kontynuowała. - Z Gabim przejrzeliśmy twoje rzeczy i znaleźliśmy numer do tego chłopaka co go będziesz uczył i zadzwoniliśmy z „ankietą“, żeby dowiedzieć się jak wygląda i tego typu, no i dowiedzieliśmy się, że może Ci się spodobać.. - Powiedziała na jednym wdechu o mało co się przy tym nie dusząc.
- Wiesz, że kiedyś Ci się za to oberwie? - Powiedział tęczowo włosy z pobłażliwym uśmiechem, przywykł już do dziwnych zachowań swojej rodziny i nie było to dla niego wielkim zaskoczeniem. - Ale chcę wiedzieć co usłyszeliście. - W tym momencie Gabriel podstawił mu kartkę pod nos z różnymi cyferkami, które nie mówiły zupełnie nic. - Hę? - Zapytał w uniwersalnym języku debili.
- Tu na górze masz wagę, potem wzrost i tak dalej. - Wytłumaczył chłopak jeżdżąc palcem po kartce.
- A co znaczy P.Jap? - Przeczytał ze zdziwieniem Taavi, kompletnie nie rozumiejąc dziwnego szyfru.
- Jest pół Japończykiem. - Odpowiedziała rozentuzjazmowana blondynka, na co chłopak się uśmiechnął, zawsze uważał, że Azjaci są uroczy.
***
           W tym samym czasie pewna dziewczyna dobijała się do drzwi swojego przyjaciela, po chwili wrota otworzyły się a ona przeszła przez nie jakby wchodziła do siebie.
- Cześć. - Powiedział chłopak przyzwyczajony do zachowania przyjaciółki. - Co Cię do mnie sprowadza? -Zapytał Lukas po czym wstawił wodę w czajniku, nawet nie pytał czy dziewczyna się czegoś napije doskonale wiedział, że nie przegapi możliwości skosztowania którejś z herbat z jego kolekcji przysłanej przez matkę.
- Będę miała pieska! - Wykrzyczała Amelia z iskierkami w oczach, pod tym względem niczym nie różniła się od młodszej siostry. - To będzie spanielek i nazwiemy go Shogun, co nie, że słodko? - Chłopak tylko potwierdzał, wychwytując poszczególne słowa takie jak „piesek“ „Spaniel“ „Shogun“.
- A tak właściwie to kiedy ma przyjść ten korepetytor? - Zapytała już spokojniej Amelia.
- Eee, o 14, jest już 12 i wypadałoby żebym się przygotował. - Streścił Lukas mając nadzieję, że przyjaciółka zrozumie aluzje i sobie najzwyczajniej w świecie pójdzie. Na szczęście nie była na tyle nie ogarnięta aby nie pojąć dyskretnego wyproszenia.
- A mogę zabrać herbatkę na wynos? - Otrzymawszy odpowiedź w postaci kiwnięcia głową zabrała kubek i wyszła zostawiając Lukasa samego sobie. Często wpadała do niego tylko po to aby napić się herbaty, a nie by plotkować. Chłopak poszedł od razu do łazienki mając nadzieję, że zdąży przed przyjściem korepetytora. Liczył też na pół godziny zapasu aby dokończyć czytać książkę zaczętą lata temu, mianowicie „Quo Vadis“. Nigdy nie przepadał za lekturami ponieważ, według niego były źle dobrane do wieku. No bo jak dwunastolatek miał przeczytać ze zrozumieniem „Krzyżaków“ czy „Pana Tadeusza“? Będąc już w kabinie odkręcił letnią wodę i jak to miał w zwyczaju prześledził myślami cały poprzedni dzień. Był z dziewczynami w parku, gdzie Amelia ciągle gadała o tym, że powinien sobie kogoś znaleźć, Eliza się prawie zgubiła i wykorzystała jakiegoś młodego mężczyznę do celów poszukiwawczych. Miał wrażenie, że cała sobota została zmarnowana, zawsze tak uważał jeżeli nie zrobił niczego co miało by jakiś większy wpływ na przyszłość. Stał pod prysznicem i myślał, jak zwykle o wszystkim i o niczym. Dzisiaj jednak sporo czasu poświęcił nowemu korepetytorowi. Zastanawiał się jaki on jest, może ma motocykl i skórzaną kurtkę? A może jest pryszczaty i śmierdzi mu z ust? Dopóki nie przyjdzie niczego się nie dowie, jednak po cichu liczył, że będzie on miłym atrakcyjnym gejem.
***
Stał pod drzwiami zastanawiając się czy zapukać, był 20 minut wcześniej. Teoretycznie nie miał co ze sobą zrobić przez ten czas, bo znając życie jeżeli pójdzie do parku to spędzi tam minimum godzinę. W końcu zastukał kołatką imitującą paszcze lwa czekając, aż nowy uczeń mu otworzy. Nie minęła nawet minuta i w drzwiach pojawił się młody chłopak wyglądający na 17 lat, miał brązowe włosy sięgające mu połowy szyi którą ozdabiały rzemyki z amuletami przynoszącymi szczęście. Jego intensywnie zielone oczy wpatrywały się w przybysza z ciekawością. W końcu nie codziennie do twoich drzwi puka wysoki tęczowo-włosy mężczyzna, który na dobrą sprawę nie robi nic poza gapieniem się na Ciebie.
- Mogę w czymś pomóc? - Spytał nie pewnie nie wiedząc czy przypadkiem nie ma do czynienia z człowiekiem nie poczytalnym bądź po prostu dziwnym.
- Tak, Łukasz Murawski? - Zapytał wyciągając karteczkę z kieszeni i czytając jej zawartość.
- Niestety nastąpiła pomyłka, tu nikt taki nie mieszka. - W oczach „dziwnego kolesia“ jak zaczął nazywać go w myślach pojawiło się coś na kształt rozczarowania. - Chyba, że chodzi o Lukasa Murawskiego. Bo tak się składa, że to ja. - Szatyn uśmiechnął się promiennie domyślając się, że właśnie rozmawia ze swoim korepetytorem.
- Jestem Taavi Karppinen, i chyba od dzisiaj będę Cię uczyć. - Mężczyzna wyciągną rękę w kierunku chłopaka, który prawie natychmiast ją uścisnął i przepuścił go w drzwiach. Później poleciały standardowe formułki typu „Napijesz się czegoś?“; „Może masz ochotę na jakieś ciastka?“ i tym podobne.
 Siedzieli przy stole już od godziny przerabiając materiał z matematyki, Lukasowi wcale nie szło tak źle jak przewidywał Taavi. Co prawda na początku była to dla niego czarna magia, lecz gdy tylko zostało mu to rozrysowane, wyjaśnione i przełożone na język łopatologiczny pojął wszystko bez problemu. Nagle dźwięk dzwoniącego telefonu rozległ się w pokoju przerywając ciszę spowodowaną samodzielnym rozwiązywaniem zadania. Taavi nacisną zieloną słuchawkę rzucając tylko ciche „Przepraszam, muszę odebrać“. Lukas słyszał co chwilę nerwowe potakiwanie. W oczach starszego z nich nagle pojawiła się wrogość, na jego czole widać było zmarszczki spowodowane zaciśnięciem brwi. To co usłyszał wzbudziło w nim chęć mordu, jak dotąd tylko dwóm osobom udało się doprowadzić go do takiego stanu. Jedną z nich był chłopak znęcający się nad jego młodszym kuzynem gdy tamten miał 9 lat, swoją drogą gdy się o tym dowiedział dzieciak nie miał już życia, codziennie „tłumaczył“ mu, że jego kuzyn jest nietykalny. Do dzisiaj jak widzi go na ulicy to ucieka, bojąc się o swój tyłek. O drugiej osobie nawet nie chce pamiętać. Dzisiaj do tego niechlubnego grona dołączył Samuel, z tego co się dowiedział to dzięki niemu a raczej przez niego cała jego rodzina będzie musiała stawić się przed władcą i udowodnić swoją niewinność. Niczego nie zrobili, jednak po pierwsze zabierze im to sporo czasu, po drugie nawet jeżeli nikt nie udowodni im winy to stracą swoją dobrą reputacje jako klan.
- Przepraszam, ale muszę już iść. Sprawy rodzinne i niestety będziemy musieli odwołać następną lekcję. Przykro mi. - Cała złość z chłopak uszła kiedy patrzył na swojego ucznia, nie wiedział czemu ale przypomina mu on kota i to nie jakiegoś tam dachowca, ale takiego z klasą, dumą i gracją.
- Nic się nie stało, rozumiem, że to coś ważnego. - Lukas podniósł się z krzesła za przykładem starszego z nich odprowadzając go do drzwi, jak kultura nakazała. Chłopak zamknął za gościem drzwi po czym wrócił do jadalni gdzie spędził godzinę na nauce. Sam nie mógł uwierzyć, że przez tak nie wiele czasu zrozumiał tak dużo.
***
Siedział na kanapie razem z Lorie, Gabrielem i Michałem na przeciw nich siedziała ciotka Ela, jak wszyscy ją nazywali. Na jej twarzy malował się niepokój, nie wiedziała nawet jakie było oskarżenie. Takie były reguły rządzące ich światem. Dopiero na rozprawie był czytany akt oskarżenia, nikt nie wiedział dlaczego, ale tak po prostu było.
- Drogie dzieci, jak już wiecie zostaliśmy wezwani do pałacu. Dlatego jeżeli którekolwiek z was coś przeskrobało przyznać mi się i to już. - Ton kobiety był poważny, sama nie mogła uwierzyć w to co się działo, klan do którego należeli był jednym z bardziej poważanych. Zazwyczaj prowadzono głębokie dochodzenie jeżeli zamieszana była w to szlachta, wyjaśniało się to po cichu. Nikt nie chciał zszargać dobrego imienia, gdyż prowadziło to do nie przyjemnych konsekwencji w postaci odszkodowań za zniesławienie. - Dobrze, skoro wszyscy milczą uznam, że nie macie niczego na sumieniu. Jutro z samego rana wyjeżdżamy, jeżeli dobrze pójdzie za 3 dni wrócimy, ale na wszelki wypadek spakujcie się na trochę dłużej. - Elizabeth nigdy nie lubiła mówić w stresujących sytuacjach więcej niż było to konieczne. Tak samo jak nie lubiła mówić, że wszystko będzie dobrze gdy nie była pewna tych słów. - Rozejść się. - Kuzynostwo podniosło się z kanapy i nic nie mówiąc ruszyli do swoich pokoi ze smętnymi minami. Nikt nie wiedział, po co wyruszają do krainy z którą dawno już się pożegnali, nie wiedzieli również czy ma to jakikolwiek związek z Samuelem zarzekającym się, iż dokona zemsty. Ale jedno było pewne, nie ważne co się stanie muszą być silni.
Cała czwórka siedziała w pokoju Gabriela zastanawiając się nad zaistniałą sytuacją.
- Ja osobiście nie wierzę w niewinność Sama. W końcu nie dość, że nas okłamał to jeszcze groził. Założę się, że to wszystko przez niego. - Powiedziała Lorie przez zęby.
- Nawet nie wiadomo po co władca nas wezwał, równie dobrze to może być coś zupełnie normalnego. - Starał się załagodzić sytuacje Michał, który patrzył na swoje stopy.
- Misiu patrzmy realnie, od ponad dwudziestu lat władca nie wzywał całego klanu w celach innych niż rozprawa. To jest wręcz niemożliwe, aby to było coś dla nas nieszkodliwego. - Znowu wypowiedziała się znerwicowana blondynka. Wszyscy byli zdenerwowani, każdy z nich martwił się o swoją przyszłość, spekulowali jeszcze kilka minut odnośnie wezwania po czym rozeszli się do swoich pokoi się spakować.
(List do Elizabeth)
Szanowna Pani Elizabeth z rodu Blanc!
Zostaje Pani wezwana wraz z całą rodziną przed oblicze Władcy kraju Melishii.
Prosimy o pojawienie się w terminie dwóch tygodni od otrzymania niniejszego listu, jeżeli odmówi pani pojawienia się, bądź nie stawi się w wyznaczonym czasie zostaną powzięte procedury ścigania, a następnie kary. Jeżeli jakikolwiek członek klanu z którym Pani zamieszkuje nie pojawi się wraz z Panią zostaną wyciągnięte konsekwencje w stosunku do niego, jeżeli natomiast otrzymamy pisemne zobowiązanie o pojawieniu się w terminie trzech dni od Pani przybycia uniknie on jakichkolwiek konsekwencji.
Szczegóły oraz temat wezwania zostaną ujawnione na miejscu.
Kobieta siedziała nad listem z niewyraźną miną. Każdy z jej podopiecznych uważał, że winny jest Samuel, ona też skłaniała się do tego wniosku. Jeszcze wczoraj nawet nie pomyślałaby, że mógłby zrobić coś takiego. Już nie chodziło o możliwość kary za cokolwiek, ponieważ jak wszyscy uważali byli niewinni. Chodziło o honor, o dobre imię, które zostanie zszargane procesem. Była już spakowana od dłuższego czasu, dobrze znała siebie i wiedziała, że jeżeli nie przygotuje się od razu to nie zabierze połowy rzeczy. Zawsze stres narastał z minuty na minutę, tak więc wszystko co było do załatwienia trzeba było załatwić od razu. Poczuła czyjąś rękę na ramieniu, odwróciła się i ujrzała zatroskaną twarz siostrzeńca. Prawie na natychmiast wstała aby przekazać jak najwięcej pozytywnych emocji w pokrzepiającym uścisku. Za każdym razem kiedy działo się coś złego, bądź ktoś był po prostu smutny mógł liczyć na uścisk od cioci Elizabeth. Praktycznie od razu dołączyła do nich cała reszta, mimo pozorów byli bardzo zżyci i uczuciowi. Żadne z nich nigdy nie ukrywało przed resztą rodziny łez. Dzięki ciotce nauczyli się tego, że nie warto siedzieć cicho kiedy jest się w dołku albo coś się stało.
***
Następnego dnia rano, po ciemnych korytarzach starego pałacu biegał pewien młody mężczyzna, wyglądał on na nie więcej niż 25 lat. Był ubrany w ciemno niebieską szatę wyszywana złotymi nićmi, tworzącymi misterne wzory przy zakończeniach rękawów. W końcu, po dość długim biegu stanął przed dużymi drzwiami prowadzącymi do sali tronowej, zanim wszedł wyciszył oddech i zapukał. Wrota, bo inaczej nazwać się ich nie dało otworzyły się ukazując długą salę, w ciemnych barwach, na której końcu siedział stary mężczyzna ubrany w mało elegancki strój, jedynie korona świadczyła o pełnionej przez niego funkcji.
- Panie, przybyła Elizabeth z rodu Blanc wraz z rodziną. - Młody mężczyzna mówiąc to przyklęknął na jedno kolano jednocześnie chyląc głowę przed majestatem władcy. Król jedynie poprawił się na swoim tronie niczym nudzące się dziecko chcące jak najszybciej odejść od stołu, po czym zabrał głos.
- Przekaż jej, żeby stawiła się wraz z rodziną u mnie za godzinę i proszę zakwateruj ich jak najbliżej biblioteki. - Za każdym razem, kiedy przyjmował gości kazał ich umieszczać jak najbliżej wybranych rzez siebie pomieszczeń, raz nawet żądał aby pokoje zajmowane przez gości były imitacją ruchów skoczka na szachownicy, innym zaś razem stwierdził iż przydzieli im tylko pokoje o nieparzystych numerach, ponieważ przyjechali oni w nieparzysty dzień miesiąca. Władca tłumaczył swoje zachowanie bardzo prosto. Skoro na co dzień musi być spokojny, opanowany i racjonalny, to dla czego nie mógłby odkryć trochę swojego dziecięcego „ja“ przy tak banalnych rzeczach. Z resztą kiedy tylko mógł zachowywał się jakby dopiero co skończył 5 lat. - Możesz już odejść. - Młody mężczyzna opuścił salę jeszcze raz się skłoniwszy, po czym udał się do kobiety dalej przebywającej w głównym holu. Nigdy nie przydzielano pokoi gościom przed tym aż ich król się nie wypowie. Kilka razy już była sytuacja kiedy posłowie musieli zmieniać pokój, ponieważ wola władcy była inna. Kiedy mężczyzna przekazał informację całej rodzinie, wszyscy udali się do odpowiednich komnat. Dla każdego z nich, czas na przygotowanie się oznaczał coś dobrego. Dla Elizabeth, zwiastun czegoś dobrego, a przynajmniej nie szkodliwego. Gdyby stało się coś złego praktycznie od razu musieliby stawić się w sali tronowej. Dla reszty czas ten oznaczał wytchnienie od wszystkich zmartwień i tak już nic nie dało się zmienić, trzeba było się oswoić z zaistniałą sytuacją. W dodatku nikt nie wiedział o co dokładnie chodziło, równie dobrze może to być nic nie znacząca fanaberia króla.
***(Około godziny 20:00)***
    Lukas leżał na łóżku z zamkniętymi oczami starając się przypomnieć sobie, co dzisiaj miał jeszcze do zrobienia, kiedy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Podniósł wzrok i zobaczył coś bardzo dziwnego, na podłodze leżał wazon w kawałkach. Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy to, że jest to niemożliwe, ponieważ naczynie stało za daleko od krawędzi stolika by mogło samo spaść. Kiedy pierwsze zdziwienie w miarę minęło podniósł się by posprzątać bałagan zrobiony przez tajemnicze siły. Nigdy nie wierzył w duchy czy inne stworzenia, ale kiedy coś nie miało logicznego wyjaśnienia mówił, iż zrobiły to tajemnicze siły. Kiedy zbierał grubsze kawałki szkła, zaciął się w palec, z którego uleciało kilka kropel krwi, jednak żadna z nich nie dotknęła podłogi. Gdy szatyn nie zauważył na podłodze jakichkolwiek pozostałości po posoce, zaczął się na prawdę zastanawiać co się dzieję w jego mieszkaniu. Kiedy pozbierał całe szkło, poszedł do kuchni by je wyrzucić. Wchodząc z powrotem do pokoju przeraził się widokiem jaki zastał. Oczywiście nie były to żadne zwłoki na środku pokoju czy inne mrożące krew w żyłach rzeczy. Na stoliku stał nowy wazon, inny od poprzedniego, jednak tak samo zdobiony różnorodnymi wzorkami. W środku znajdowały się kwiaty polne, świeży bukiet idealnie komponował się z jasnym wnętrzem pokoju.
- Wariuję, po prostu zwariowałem. - Powiedział do siebie szeptem, po czym wybiegł z mieszkania chwytając buty i bluzę. Chciał jak najszybciej opuścić jego zdaniem nawiedzone miejsce, więc postanowił ubrać się już na korytarzu. Kiedy tylko przekroczył próg wpadł na Ninę niosącą kilka reklamówek z pobliskiego supermarketu.
- Luk, dobrze się czujesz? Jakiś blady jesteś. - Powiedziała zmartwionym głosem patrząc na niego tak jak matka patrzy zmartwiona na swoje dziecko.
- Tak, znaczy nie. Bo chodzi o to, że mam wazon i on się zbił, a ja nadal go mam i się skaleczyłem, ale tak bez krwi. Znaczy krew była ale nie na podłodze i ten, no... - Chłopak starał się wytłumaczyć przyjaciółce całą zaistniałą sytuację, co jak widać nie najlepiej mu wychodziło.
Ok? Co powiesz na filiżankę herbaty albo melisy?
- Nie, dziękuję. Chyba wolę się przejść, świeże powietrze dobrze mi zrobi. - Młody chłopak nie czekając na odpowiedź Niny zbiegł ze schodów tak szybko jak tylko potrafił, prawie przewracając się kilka razy. Praktycznie nigdy nie schodził z nich w normalnym dla człowieka tempie. Gdy tylko opuścił klatkę schodową wybiegł przez otwartą bramę. Często zdarzało się, że była otwarta, nie zawsze sąsiedzi pamiętali o zamknięciu jej, jakoś nie przeszkadzał im fakt, iż każdy może wejść i ukraść dajmy na to rower z podwórka. Jak to mówią, mądry Polak po szkodzie. Kiedy wyszedł na chodnik, poczuł się bezpieczniej. Postanowił ochłonąć w spokojnym miejscu z emocji, które się w nim zagnieździły po niedawnych wydarzeniach. Szedł machinalnie nie zwracając uwagi na drogę, przechodził nią na tyle często by zapamiętać ją doskonale. Kiedy dotarł na miejsce, usiadł na nagrzanym słońcem betonie, delektując się chwilą . Miał przed sobą cudowny widok na Warszawskie Stare Miasto, za każdym razem kiedy przychodził na molo rozkoszował się tym widokiem.
- Przepraszam? - Usłyszał głos za sobą, odwrócił się w kierunku dziewczyny ubranej jak się okazało w bardzo kusą spódniczkę i bluzkę odsłaniającą więcej niż zasłaniała. - Sorry, że przeszkadzam, ale czekałam na przyjaciółkę i ona nie może przyjść, a pociąg do domu mam za godzinę i szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia gdzie jestem. Może pomógł byś mi znaleźć dworzec Wschodni? Znaczy wystarczy jak powiesz, dalej sama trafię, chyba.
Ok, musisz iść cały czas prosto, dopóki nie dotrzesz do centrum handlowego. - Chłopak wstał i pokazał dziewczynie kierunek w którym powinna się udać. - Potem jak już tam będziesz to skręcasz w prawo i idziesz aż do wiaduktu, potem skręcasz w lewo i masz dworzec. - Na twarzy blondynki dało się zauważyć zdezorientowanie.
- Czekaj, czy dobrze rozumiem? Prosto, potem w lewo a potem w prawo przy wiadukcie?
- Nie do końca. Wiesz co? Podprowadzę Cię do galerii a stamtąd już dasz radę dotrzeć sama. Co ty na to?
- Cudownie. A tak właściwie mam na imię Lorie. - Dziewczyna podała mu rękę i uśmiechnęła się radośnie.
Lukas, miło poznać. - Chłopak odpowiedział na gest dziewczyny po czym ruszyli przed siebie w kierunku galerii. Blondynka od razu zaczęła go zagadywać, na początku rozmawiali o pogodzie, później temat przeszedł na architekturę. Lukas nie przypuszczał, że z na pozór pustą dziewczyną będzie mu się tak dobrze rozmawiało. W końcu dotarli do centrum handlowego.
- Nie chciałoby Ci się mnie odprowadzić na dworzec? - Spytała dziewczyna z nutą nadziei w głosie. Chłopak zgodził się kuszony perspektywą dalszej rozmowy.
***
          Trzech chłopaków stało właśnie w bramie w jednej z kamienic na Targowej gdy zauważyli zbliżającą się parę na którą czekali od kilkunastu minut.
- Dobra, idą. Michał, tym razem tego nie spieprz. - Powiedział zdenerwowanym głosem Gabriel.
- To nie była moja wina, to przez poduszkę na podłodze. - Powiedział chłopak z nadąsaną miną.
- Ale już mogłeś sobie darować nowy wazon, wiesz? - Odburknął mu czarnowłosy chłopak.
- Dobrze nie kłóćcie się, na całe szczęście nie wszystko stracone. - Starał się uspokoić ich chłopak w czapce i okularach przeciwsłonecznych. - A teraz skupić się na misji, bo jak nie to ciocia nas zabije. - Gabriel jeszcze raz wyjrzał zza muru, aby sprawdzić kiedy para do nich dotrze.
- Przepraszam bardzo. - Powiedział trochę głośniej czarnowłosy chłopak do idącej dwójki. - Nie macie może ognia?-Uniósł nieodpalonego papierosa pokazując o co chodzi. Lorie postępując zgodnie z planem zaczęła udawać słodką idiotkę.
- Gdzieś mam w torebce. Zaczekajcie chwilę. - Blondynka otworzyła dużą torbę wkładając jedną rękę w poszukiwaniu zapalniczki, której oczywiście tam nie było. - Luk, przesuńmy się w bramę, bo ludzie chcą przejść. - Pociągnęła szybko chłopaka, nim ten zdążył cokolwiek powiedzieć i oboje znaleźli się w bramie. -Mógłbyś to potrzymać? - Nie czekając na odpowiedź podała mu krem do rąk w dość dużej tubie. - Powąchaj jak ślicznie pachnie. - Powiedziała dalej udając, że szuka zapalniczki.
- Nie dzięki. - Odpowiedział uśmiechając się lekko, jakoś nieswojo czuł się w towarzystwie tak zwanych dresów, którzy stanęli tak aby odgrodzić ich od ulicy.
- Weź niuchnij, bo jestem ciekawa co czujesz. Jedni mówią, że to kokos inni, że migdały, a jak dla mnie to pachnie szarlotką. - Chłopak otworzył tubę, po czym przystawił nos i lekko nacisnął, aby dokładniej poczuć zapach. Poczuł jak lekko zakręciło mu się w głowię i nim zdążył cokolwiek zarejestrować, stracił kontakt z rzeczywistością czując tylko nieopisaną błogość.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak pewne się domyślacie będzie to lekkie albo i mocne fantasy. W planach mam wprowadzenie wątku mpreg mimo to zastanawia mnie wasze zdanie, chociaż wiem, że mało was tam. Piszcie w komentarzach co o tym sądzicie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści