wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział 2 [Opowiadanie podstawowe]

Przepraszam za duuuże spóźnienie, niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie poza brakiem chęci. Jest mi niezmiernie przykro, że wstawiam kolejny rozdział dopiero teraz jednocześnie cieszę się, że powstał on w ogóle. Notka jest nie Betowana, ale niestety nie posiadam Bety. Życzę miłego czytania!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


          Obudziłem się trochę po dziesiątej, miałem nadzieję, że dzisiaj pośpię trochę dłużej. O czternastej przychodzi korepetytor, czyli mam czas się na luzie wyszykować, zjeść śniadanie i jeszcze sobie poczytam. Żyć nie umierać. Nagle mój telefon zaczął, jak to mówi Amelia, „wibrzyć“, ciekawe kto ma czelność do mnie dzwonić o tej porze? Hmm, nieznany numer, ciekawe kto to.
- Halo? - Powiedziałem jak tylko odebrałem telefon, odpowiedziała mi cisza. Toż to nie wybaczalne, ktoś dzwoni ryzykując obudzenie mojej jakże wspaniałej osoby i śmie milczeć. - Halo? - Dobra, jestem wspaniałomyślny dając komuś drugą szanse.
- Halo? Dzień dobry, mam nadzieję, że nie obudziłem. Nazywam się (tu wstawić jakiekolwiek dane), dzwonię w sprawie ankiety czy poświęcił by pan minutkę?
***
Blondynka siedziała na kanapie ściskając piąstki z nadmiaru emocji, ledwo co mogła się powstrzymać przed piszczeniem.
- Badanie ma na celu sprawdzić poziom otyłości w społeczeństwie. - Mówił do telefonu chłopak siedzący nieopodal. - Dobrze, a więc zaczynajmy. Pana wiek?...18, Przejdźmy dalej, Wzrost?...1,6m - Powtarzał za swoim rozmówcą aby dziewczyna też mogła usłyszeć.- Waga?..Oczywiście może być orientacyjnie, kilogram czy dwa nie zrobią tu dużej różnicy...Dobrze, 58kg. Dobrze, zależy nam też na sprawdzeniu stosunku wagi do pochodzenia etnicznego...Ma to na celu sprawdzenie czy predyspozycje do otyłości są na tle rasowym, ankieta jest całkowicie anonimowa, proszę się tym nie przejmować...Dobrze a więc jest pan pół Japończykiem. To wszystkie pytania, dziękuję za poświęcony czas. - Młody chłopak się rozłączył i spojrzał na dziewczynę z błyszczącymi oczami.
- Z tego co mówiłeś to jest w typie Taaviego. - Prawie zapiszczała szesnastolatka.
- Lorie? Kto jest w moim typie? - W drzwiach pojawił się wspomniany wcześniej Taavi. Oparł się o futrynę i czekał na odpowiedź.
- Nikt taki. - Odpowiedziała jak na komendę Lorie. Chłopak z tęczowymi włosami dalej patrzył na nią badawczym wzrokiem z lekko uniesioną jedną brwią. Po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że nic z niej nie wyciągnie, więc przeniósł swoją ciekawość na kuzyna.
- Ode mnie niczego się nie dowiesz. - Skwitował brunet uciekając wzrokiem przed ciekawością Taaviego. -Nie patrz tak na mnie!
- Gabi, chcę się dowiedzieć kto taki jest w moim typie i zaraz któreś z was mi to powie. - Chłopak usiadł na kanapie pomiędzy „spiskującym“ kuzynostwem. - To co? Dowiem się?
- Eeee, no bo...Widzisz, to taka trochę śmieszna sytuacja. - Odezwała się blondynka spuszczając wzrok na podłogę. - Ale obiecaj, że nie będziesz zły. - Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie i zaczęła mrugać w zawrotnym tempie. Gdy jako odpowiedź otrzymała kiwnięcie głową kontynuowała. - Z Gabim przejrzeliśmy twoje rzeczy i znaleźliśmy numer do tego chłopaka co go będziesz uczył i zadzwoniliśmy z „ankietą“, żeby dowiedzieć się jak wygląda i tego typu, no i dowiedzieliśmy się, że może Ci się spodobać.. - Powiedziała na jednym wdechu o mało co się przy tym nie dusząc.
- Wiesz, że kiedyś Ci się za to oberwie? - Powiedział tęczowo włosy z pobłażliwym uśmiechem, przywykł już do dziwnych zachowań swojej rodziny i nie było to dla niego wielkim zaskoczeniem. - Ale chcę wiedzieć co usłyszeliście. - W tym momencie Gabriel podstawił mu kartkę pod nos z różnymi cyferkami, które nie mówiły zupełnie nic. - Hę? - Zapytał w uniwersalnym języku debili.
- Tu na górze masz wagę, potem wzrost i tak dalej. - Wytłumaczył chłopak jeżdżąc palcem po kartce.
- A co znaczy P.Jap? - Przeczytał ze zdziwieniem Taavi, kompletnie nie rozumiejąc dziwnego szyfru.
- Jest pół Japończykiem. - Odpowiedziała rozentuzjazmowana blondynka, na co chłopak się uśmiechnął, zawsze uważał, że Azjaci są uroczy.
***
           W tym samym czasie pewna dziewczyna dobijała się do drzwi swojego przyjaciela, po chwili wrota otworzyły się a ona przeszła przez nie jakby wchodziła do siebie.
- Cześć. - Powiedział chłopak przyzwyczajony do zachowania przyjaciółki. - Co Cię do mnie sprowadza? -Zapytał Lukas po czym wstawił wodę w czajniku, nawet nie pytał czy dziewczyna się czegoś napije doskonale wiedział, że nie przegapi możliwości skosztowania którejś z herbat z jego kolekcji przysłanej przez matkę.
- Będę miała pieska! - Wykrzyczała Amelia z iskierkami w oczach, pod tym względem niczym nie różniła się od młodszej siostry. - To będzie spanielek i nazwiemy go Shogun, co nie, że słodko? - Chłopak tylko potwierdzał, wychwytując poszczególne słowa takie jak „piesek“ „Spaniel“ „Shogun“.
- A tak właściwie to kiedy ma przyjść ten korepetytor? - Zapytała już spokojniej Amelia.
- Eee, o 14, jest już 12 i wypadałoby żebym się przygotował. - Streścił Lukas mając nadzieję, że przyjaciółka zrozumie aluzje i sobie najzwyczajniej w świecie pójdzie. Na szczęście nie była na tyle nie ogarnięta aby nie pojąć dyskretnego wyproszenia.
- A mogę zabrać herbatkę na wynos? - Otrzymawszy odpowiedź w postaci kiwnięcia głową zabrała kubek i wyszła zostawiając Lukasa samego sobie. Często wpadała do niego tylko po to aby napić się herbaty, a nie by plotkować. Chłopak poszedł od razu do łazienki mając nadzieję, że zdąży przed przyjściem korepetytora. Liczył też na pół godziny zapasu aby dokończyć czytać książkę zaczętą lata temu, mianowicie „Quo Vadis“. Nigdy nie przepadał za lekturami ponieważ, według niego były źle dobrane do wieku. No bo jak dwunastolatek miał przeczytać ze zrozumieniem „Krzyżaków“ czy „Pana Tadeusza“? Będąc już w kabinie odkręcił letnią wodę i jak to miał w zwyczaju prześledził myślami cały poprzedni dzień. Był z dziewczynami w parku, gdzie Amelia ciągle gadała o tym, że powinien sobie kogoś znaleźć, Eliza się prawie zgubiła i wykorzystała jakiegoś młodego mężczyznę do celów poszukiwawczych. Miał wrażenie, że cała sobota została zmarnowana, zawsze tak uważał jeżeli nie zrobił niczego co miało by jakiś większy wpływ na przyszłość. Stał pod prysznicem i myślał, jak zwykle o wszystkim i o niczym. Dzisiaj jednak sporo czasu poświęcił nowemu korepetytorowi. Zastanawiał się jaki on jest, może ma motocykl i skórzaną kurtkę? A może jest pryszczaty i śmierdzi mu z ust? Dopóki nie przyjdzie niczego się nie dowie, jednak po cichu liczył, że będzie on miłym atrakcyjnym gejem.
***
Stał pod drzwiami zastanawiając się czy zapukać, był 20 minut wcześniej. Teoretycznie nie miał co ze sobą zrobić przez ten czas, bo znając życie jeżeli pójdzie do parku to spędzi tam minimum godzinę. W końcu zastukał kołatką imitującą paszcze lwa czekając, aż nowy uczeń mu otworzy. Nie minęła nawet minuta i w drzwiach pojawił się młody chłopak wyglądający na 17 lat, miał brązowe włosy sięgające mu połowy szyi którą ozdabiały rzemyki z amuletami przynoszącymi szczęście. Jego intensywnie zielone oczy wpatrywały się w przybysza z ciekawością. W końcu nie codziennie do twoich drzwi puka wysoki tęczowo-włosy mężczyzna, który na dobrą sprawę nie robi nic poza gapieniem się na Ciebie.
- Mogę w czymś pomóc? - Spytał nie pewnie nie wiedząc czy przypadkiem nie ma do czynienia z człowiekiem nie poczytalnym bądź po prostu dziwnym.
- Tak, Łukasz Murawski? - Zapytał wyciągając karteczkę z kieszeni i czytając jej zawartość.
- Niestety nastąpiła pomyłka, tu nikt taki nie mieszka. - W oczach „dziwnego kolesia“ jak zaczął nazywać go w myślach pojawiło się coś na kształt rozczarowania. - Chyba, że chodzi o Lukasa Murawskiego. Bo tak się składa, że to ja. - Szatyn uśmiechnął się promiennie domyślając się, że właśnie rozmawia ze swoim korepetytorem.
- Jestem Taavi Karppinen, i chyba od dzisiaj będę Cię uczyć. - Mężczyzna wyciągną rękę w kierunku chłopaka, który prawie natychmiast ją uścisnął i przepuścił go w drzwiach. Później poleciały standardowe formułki typu „Napijesz się czegoś?“; „Może masz ochotę na jakieś ciastka?“ i tym podobne.
 Siedzieli przy stole już od godziny przerabiając materiał z matematyki, Lukasowi wcale nie szło tak źle jak przewidywał Taavi. Co prawda na początku była to dla niego czarna magia, lecz gdy tylko zostało mu to rozrysowane, wyjaśnione i przełożone na język łopatologiczny pojął wszystko bez problemu. Nagle dźwięk dzwoniącego telefonu rozległ się w pokoju przerywając ciszę spowodowaną samodzielnym rozwiązywaniem zadania. Taavi nacisną zieloną słuchawkę rzucając tylko ciche „Przepraszam, muszę odebrać“. Lukas słyszał co chwilę nerwowe potakiwanie. W oczach starszego z nich nagle pojawiła się wrogość, na jego czole widać było zmarszczki spowodowane zaciśnięciem brwi. To co usłyszał wzbudziło w nim chęć mordu, jak dotąd tylko dwóm osobom udało się doprowadzić go do takiego stanu. Jedną z nich był chłopak znęcający się nad jego młodszym kuzynem gdy tamten miał 9 lat, swoją drogą gdy się o tym dowiedział dzieciak nie miał już życia, codziennie „tłumaczył“ mu, że jego kuzyn jest nietykalny. Do dzisiaj jak widzi go na ulicy to ucieka, bojąc się o swój tyłek. O drugiej osobie nawet nie chce pamiętać. Dzisiaj do tego niechlubnego grona dołączył Samuel, z tego co się dowiedział to dzięki niemu a raczej przez niego cała jego rodzina będzie musiała stawić się przed władcą i udowodnić swoją niewinność. Niczego nie zrobili, jednak po pierwsze zabierze im to sporo czasu, po drugie nawet jeżeli nikt nie udowodni im winy to stracą swoją dobrą reputacje jako klan.
- Przepraszam, ale muszę już iść. Sprawy rodzinne i niestety będziemy musieli odwołać następną lekcję. Przykro mi. - Cała złość z chłopak uszła kiedy patrzył na swojego ucznia, nie wiedział czemu ale przypomina mu on kota i to nie jakiegoś tam dachowca, ale takiego z klasą, dumą i gracją.
- Nic się nie stało, rozumiem, że to coś ważnego. - Lukas podniósł się z krzesła za przykładem starszego z nich odprowadzając go do drzwi, jak kultura nakazała. Chłopak zamknął za gościem drzwi po czym wrócił do jadalni gdzie spędził godzinę na nauce. Sam nie mógł uwierzyć, że przez tak nie wiele czasu zrozumiał tak dużo.
***
Siedział na kanapie razem z Lorie, Gabrielem i Michałem na przeciw nich siedziała ciotka Ela, jak wszyscy ją nazywali. Na jej twarzy malował się niepokój, nie wiedziała nawet jakie było oskarżenie. Takie były reguły rządzące ich światem. Dopiero na rozprawie był czytany akt oskarżenia, nikt nie wiedział dlaczego, ale tak po prostu było.
- Drogie dzieci, jak już wiecie zostaliśmy wezwani do pałacu. Dlatego jeżeli którekolwiek z was coś przeskrobało przyznać mi się i to już. - Ton kobiety był poważny, sama nie mogła uwierzyć w to co się działo, klan do którego należeli był jednym z bardziej poważanych. Zazwyczaj prowadzono głębokie dochodzenie jeżeli zamieszana była w to szlachta, wyjaśniało się to po cichu. Nikt nie chciał zszargać dobrego imienia, gdyż prowadziło to do nie przyjemnych konsekwencji w postaci odszkodowań za zniesławienie. - Dobrze, skoro wszyscy milczą uznam, że nie macie niczego na sumieniu. Jutro z samego rana wyjeżdżamy, jeżeli dobrze pójdzie za 3 dni wrócimy, ale na wszelki wypadek spakujcie się na trochę dłużej. - Elizabeth nigdy nie lubiła mówić w stresujących sytuacjach więcej niż było to konieczne. Tak samo jak nie lubiła mówić, że wszystko będzie dobrze gdy nie była pewna tych słów. - Rozejść się. - Kuzynostwo podniosło się z kanapy i nic nie mówiąc ruszyli do swoich pokoi ze smętnymi minami. Nikt nie wiedział, po co wyruszają do krainy z którą dawno już się pożegnali, nie wiedzieli również czy ma to jakikolwiek związek z Samuelem zarzekającym się, iż dokona zemsty. Ale jedno było pewne, nie ważne co się stanie muszą być silni.
Cała czwórka siedziała w pokoju Gabriela zastanawiając się nad zaistniałą sytuacją.
- Ja osobiście nie wierzę w niewinność Sama. W końcu nie dość, że nas okłamał to jeszcze groził. Założę się, że to wszystko przez niego. - Powiedziała Lorie przez zęby.
- Nawet nie wiadomo po co władca nas wezwał, równie dobrze to może być coś zupełnie normalnego. - Starał się załagodzić sytuacje Michał, który patrzył na swoje stopy.
- Misiu patrzmy realnie, od ponad dwudziestu lat władca nie wzywał całego klanu w celach innych niż rozprawa. To jest wręcz niemożliwe, aby to było coś dla nas nieszkodliwego. - Znowu wypowiedziała się znerwicowana blondynka. Wszyscy byli zdenerwowani, każdy z nich martwił się o swoją przyszłość, spekulowali jeszcze kilka minut odnośnie wezwania po czym rozeszli się do swoich pokoi się spakować.
(List do Elizabeth)
Szanowna Pani Elizabeth z rodu Blanc!
Zostaje Pani wezwana wraz z całą rodziną przed oblicze Władcy kraju Melishii.
Prosimy o pojawienie się w terminie dwóch tygodni od otrzymania niniejszego listu, jeżeli odmówi pani pojawienia się, bądź nie stawi się w wyznaczonym czasie zostaną powzięte procedury ścigania, a następnie kary. Jeżeli jakikolwiek członek klanu z którym Pani zamieszkuje nie pojawi się wraz z Panią zostaną wyciągnięte konsekwencje w stosunku do niego, jeżeli natomiast otrzymamy pisemne zobowiązanie o pojawieniu się w terminie trzech dni od Pani przybycia uniknie on jakichkolwiek konsekwencji.
Szczegóły oraz temat wezwania zostaną ujawnione na miejscu.
Kobieta siedziała nad listem z niewyraźną miną. Każdy z jej podopiecznych uważał, że winny jest Samuel, ona też skłaniała się do tego wniosku. Jeszcze wczoraj nawet nie pomyślałaby, że mógłby zrobić coś takiego. Już nie chodziło o możliwość kary za cokolwiek, ponieważ jak wszyscy uważali byli niewinni. Chodziło o honor, o dobre imię, które zostanie zszargane procesem. Była już spakowana od dłuższego czasu, dobrze znała siebie i wiedziała, że jeżeli nie przygotuje się od razu to nie zabierze połowy rzeczy. Zawsze stres narastał z minuty na minutę, tak więc wszystko co było do załatwienia trzeba było załatwić od razu. Poczuła czyjąś rękę na ramieniu, odwróciła się i ujrzała zatroskaną twarz siostrzeńca. Prawie na natychmiast wstała aby przekazać jak najwięcej pozytywnych emocji w pokrzepiającym uścisku. Za każdym razem kiedy działo się coś złego, bądź ktoś był po prostu smutny mógł liczyć na uścisk od cioci Elizabeth. Praktycznie od razu dołączyła do nich cała reszta, mimo pozorów byli bardzo zżyci i uczuciowi. Żadne z nich nigdy nie ukrywało przed resztą rodziny łez. Dzięki ciotce nauczyli się tego, że nie warto siedzieć cicho kiedy jest się w dołku albo coś się stało.
***
Następnego dnia rano, po ciemnych korytarzach starego pałacu biegał pewien młody mężczyzna, wyglądał on na nie więcej niż 25 lat. Był ubrany w ciemno niebieską szatę wyszywana złotymi nićmi, tworzącymi misterne wzory przy zakończeniach rękawów. W końcu, po dość długim biegu stanął przed dużymi drzwiami prowadzącymi do sali tronowej, zanim wszedł wyciszył oddech i zapukał. Wrota, bo inaczej nazwać się ich nie dało otworzyły się ukazując długą salę, w ciemnych barwach, na której końcu siedział stary mężczyzna ubrany w mało elegancki strój, jedynie korona świadczyła o pełnionej przez niego funkcji.
- Panie, przybyła Elizabeth z rodu Blanc wraz z rodziną. - Młody mężczyzna mówiąc to przyklęknął na jedno kolano jednocześnie chyląc głowę przed majestatem władcy. Król jedynie poprawił się na swoim tronie niczym nudzące się dziecko chcące jak najszybciej odejść od stołu, po czym zabrał głos.
- Przekaż jej, żeby stawiła się wraz z rodziną u mnie za godzinę i proszę zakwateruj ich jak najbliżej biblioteki. - Za każdym razem, kiedy przyjmował gości kazał ich umieszczać jak najbliżej wybranych rzez siebie pomieszczeń, raz nawet żądał aby pokoje zajmowane przez gości były imitacją ruchów skoczka na szachownicy, innym zaś razem stwierdził iż przydzieli im tylko pokoje o nieparzystych numerach, ponieważ przyjechali oni w nieparzysty dzień miesiąca. Władca tłumaczył swoje zachowanie bardzo prosto. Skoro na co dzień musi być spokojny, opanowany i racjonalny, to dla czego nie mógłby odkryć trochę swojego dziecięcego „ja“ przy tak banalnych rzeczach. Z resztą kiedy tylko mógł zachowywał się jakby dopiero co skończył 5 lat. - Możesz już odejść. - Młody mężczyzna opuścił salę jeszcze raz się skłoniwszy, po czym udał się do kobiety dalej przebywającej w głównym holu. Nigdy nie przydzielano pokoi gościom przed tym aż ich król się nie wypowie. Kilka razy już była sytuacja kiedy posłowie musieli zmieniać pokój, ponieważ wola władcy była inna. Kiedy mężczyzna przekazał informację całej rodzinie, wszyscy udali się do odpowiednich komnat. Dla każdego z nich, czas na przygotowanie się oznaczał coś dobrego. Dla Elizabeth, zwiastun czegoś dobrego, a przynajmniej nie szkodliwego. Gdyby stało się coś złego praktycznie od razu musieliby stawić się w sali tronowej. Dla reszty czas ten oznaczał wytchnienie od wszystkich zmartwień i tak już nic nie dało się zmienić, trzeba było się oswoić z zaistniałą sytuacją. W dodatku nikt nie wiedział o co dokładnie chodziło, równie dobrze może to być nic nie znacząca fanaberia króla.
***(Około godziny 20:00)***
    Lukas leżał na łóżku z zamkniętymi oczami starając się przypomnieć sobie, co dzisiaj miał jeszcze do zrobienia, kiedy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Podniósł wzrok i zobaczył coś bardzo dziwnego, na podłodze leżał wazon w kawałkach. Pierwsza myśl jaka przyszła mu do głowy to, że jest to niemożliwe, ponieważ naczynie stało za daleko od krawędzi stolika by mogło samo spaść. Kiedy pierwsze zdziwienie w miarę minęło podniósł się by posprzątać bałagan zrobiony przez tajemnicze siły. Nigdy nie wierzył w duchy czy inne stworzenia, ale kiedy coś nie miało logicznego wyjaśnienia mówił, iż zrobiły to tajemnicze siły. Kiedy zbierał grubsze kawałki szkła, zaciął się w palec, z którego uleciało kilka kropel krwi, jednak żadna z nich nie dotknęła podłogi. Gdy szatyn nie zauważył na podłodze jakichkolwiek pozostałości po posoce, zaczął się na prawdę zastanawiać co się dzieję w jego mieszkaniu. Kiedy pozbierał całe szkło, poszedł do kuchni by je wyrzucić. Wchodząc z powrotem do pokoju przeraził się widokiem jaki zastał. Oczywiście nie były to żadne zwłoki na środku pokoju czy inne mrożące krew w żyłach rzeczy. Na stoliku stał nowy wazon, inny od poprzedniego, jednak tak samo zdobiony różnorodnymi wzorkami. W środku znajdowały się kwiaty polne, świeży bukiet idealnie komponował się z jasnym wnętrzem pokoju.
- Wariuję, po prostu zwariowałem. - Powiedział do siebie szeptem, po czym wybiegł z mieszkania chwytając buty i bluzę. Chciał jak najszybciej opuścić jego zdaniem nawiedzone miejsce, więc postanowił ubrać się już na korytarzu. Kiedy tylko przekroczył próg wpadł na Ninę niosącą kilka reklamówek z pobliskiego supermarketu.
- Luk, dobrze się czujesz? Jakiś blady jesteś. - Powiedziała zmartwionym głosem patrząc na niego tak jak matka patrzy zmartwiona na swoje dziecko.
- Tak, znaczy nie. Bo chodzi o to, że mam wazon i on się zbił, a ja nadal go mam i się skaleczyłem, ale tak bez krwi. Znaczy krew była ale nie na podłodze i ten, no... - Chłopak starał się wytłumaczyć przyjaciółce całą zaistniałą sytuację, co jak widać nie najlepiej mu wychodziło.
Ok? Co powiesz na filiżankę herbaty albo melisy?
- Nie, dziękuję. Chyba wolę się przejść, świeże powietrze dobrze mi zrobi. - Młody chłopak nie czekając na odpowiedź Niny zbiegł ze schodów tak szybko jak tylko potrafił, prawie przewracając się kilka razy. Praktycznie nigdy nie schodził z nich w normalnym dla człowieka tempie. Gdy tylko opuścił klatkę schodową wybiegł przez otwartą bramę. Często zdarzało się, że była otwarta, nie zawsze sąsiedzi pamiętali o zamknięciu jej, jakoś nie przeszkadzał im fakt, iż każdy może wejść i ukraść dajmy na to rower z podwórka. Jak to mówią, mądry Polak po szkodzie. Kiedy wyszedł na chodnik, poczuł się bezpieczniej. Postanowił ochłonąć w spokojnym miejscu z emocji, które się w nim zagnieździły po niedawnych wydarzeniach. Szedł machinalnie nie zwracając uwagi na drogę, przechodził nią na tyle często by zapamiętać ją doskonale. Kiedy dotarł na miejsce, usiadł na nagrzanym słońcem betonie, delektując się chwilą . Miał przed sobą cudowny widok na Warszawskie Stare Miasto, za każdym razem kiedy przychodził na molo rozkoszował się tym widokiem.
- Przepraszam? - Usłyszał głos za sobą, odwrócił się w kierunku dziewczyny ubranej jak się okazało w bardzo kusą spódniczkę i bluzkę odsłaniającą więcej niż zasłaniała. - Sorry, że przeszkadzam, ale czekałam na przyjaciółkę i ona nie może przyjść, a pociąg do domu mam za godzinę i szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia gdzie jestem. Może pomógł byś mi znaleźć dworzec Wschodni? Znaczy wystarczy jak powiesz, dalej sama trafię, chyba.
Ok, musisz iść cały czas prosto, dopóki nie dotrzesz do centrum handlowego. - Chłopak wstał i pokazał dziewczynie kierunek w którym powinna się udać. - Potem jak już tam będziesz to skręcasz w prawo i idziesz aż do wiaduktu, potem skręcasz w lewo i masz dworzec. - Na twarzy blondynki dało się zauważyć zdezorientowanie.
- Czekaj, czy dobrze rozumiem? Prosto, potem w lewo a potem w prawo przy wiadukcie?
- Nie do końca. Wiesz co? Podprowadzę Cię do galerii a stamtąd już dasz radę dotrzeć sama. Co ty na to?
- Cudownie. A tak właściwie mam na imię Lorie. - Dziewczyna podała mu rękę i uśmiechnęła się radośnie.
Lukas, miło poznać. - Chłopak odpowiedział na gest dziewczyny po czym ruszyli przed siebie w kierunku galerii. Blondynka od razu zaczęła go zagadywać, na początku rozmawiali o pogodzie, później temat przeszedł na architekturę. Lukas nie przypuszczał, że z na pozór pustą dziewczyną będzie mu się tak dobrze rozmawiało. W końcu dotarli do centrum handlowego.
- Nie chciałoby Ci się mnie odprowadzić na dworzec? - Spytała dziewczyna z nutą nadziei w głosie. Chłopak zgodził się kuszony perspektywą dalszej rozmowy.
***
          Trzech chłopaków stało właśnie w bramie w jednej z kamienic na Targowej gdy zauważyli zbliżającą się parę na którą czekali od kilkunastu minut.
- Dobra, idą. Michał, tym razem tego nie spieprz. - Powiedział zdenerwowanym głosem Gabriel.
- To nie była moja wina, to przez poduszkę na podłodze. - Powiedział chłopak z nadąsaną miną.
- Ale już mogłeś sobie darować nowy wazon, wiesz? - Odburknął mu czarnowłosy chłopak.
- Dobrze nie kłóćcie się, na całe szczęście nie wszystko stracone. - Starał się uspokoić ich chłopak w czapce i okularach przeciwsłonecznych. - A teraz skupić się na misji, bo jak nie to ciocia nas zabije. - Gabriel jeszcze raz wyjrzał zza muru, aby sprawdzić kiedy para do nich dotrze.
- Przepraszam bardzo. - Powiedział trochę głośniej czarnowłosy chłopak do idącej dwójki. - Nie macie może ognia?-Uniósł nieodpalonego papierosa pokazując o co chodzi. Lorie postępując zgodnie z planem zaczęła udawać słodką idiotkę.
- Gdzieś mam w torebce. Zaczekajcie chwilę. - Blondynka otworzyła dużą torbę wkładając jedną rękę w poszukiwaniu zapalniczki, której oczywiście tam nie było. - Luk, przesuńmy się w bramę, bo ludzie chcą przejść. - Pociągnęła szybko chłopaka, nim ten zdążył cokolwiek powiedzieć i oboje znaleźli się w bramie. -Mógłbyś to potrzymać? - Nie czekając na odpowiedź podała mu krem do rąk w dość dużej tubie. - Powąchaj jak ślicznie pachnie. - Powiedziała dalej udając, że szuka zapalniczki.
- Nie dzięki. - Odpowiedział uśmiechając się lekko, jakoś nieswojo czuł się w towarzystwie tak zwanych dresów, którzy stanęli tak aby odgrodzić ich od ulicy.
- Weź niuchnij, bo jestem ciekawa co czujesz. Jedni mówią, że to kokos inni, że migdały, a jak dla mnie to pachnie szarlotką. - Chłopak otworzył tubę, po czym przystawił nos i lekko nacisnął, aby dokładniej poczuć zapach. Poczuł jak lekko zakręciło mu się w głowię i nim zdążył cokolwiek zarejestrować, stracił kontakt z rzeczywistością czując tylko nieopisaną błogość.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak pewne się domyślacie będzie to lekkie albo i mocne fantasy. W planach mam wprowadzenie wątku mpreg mimo to zastanawia mnie wasze zdanie, chociaż wiem, że mało was tam. Piszcie w komentarzach co o tym sądzicie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Bądźcie pozdrowieni człowieki wszelkiej maści 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz